PUBLICYSTYKA ANTONIEGO ZAMBROWSKIEGO

antoni zambrowski
antoni zambrowski
syn czerwonego księcia

Dwa sety na korcie z Mijalem - wywiad z Antonim Zambrowskim


(8.05.2009 źrodło ASME)

Z Antonim Zambrowskim o jego wspomnieniach pt. "Syn czerwonego księcia" rozmawia Tomasz Zbigniew Zapert.

- Pamięta pan swoje adresy?

- Panu zapewne chodzi o adresy wspólne z rodzicami. Pamiętam wszystkie, oprócz pierwszego. Babcia opowiadała, że to gdzieś na Marszałkowskiej. Jako niemowlę matka wywiozła mnie poprzez Wolne Miasto Gdańsk statkiem do Leningradu. Musiało to być na jesieni, gdyż był sztorm na Bałtyku i matka miała chorobę morską. Krzyczała: Kapitan, ostanowitie parochod! (Kapitanie, proszę zatrzymać statek!) Był to rok 1934. Wkrótce po naszym przybyciu do Rosji, 1 grudnia zamordowano Kirowa i to się stało dla Stalina pretekstem do rozpoczęcia epoki terroru.
Gdy wróciłem jako nastolatek do Warszawy w maju 1945 roku, to mieszkaliśmy w domu E. Wedla na Puławskiej róg Madalińskiego. Po dwóch latach przenieśliśmy się na Szucha 16, gdzie naszymi sąsiadami byli Władysław Gomułka, Stanisław Mikołajczyk oraz Stanisław Radkiewicz. Ci dwaj mieszkali na jednej klatce schodowej i Radkiewicz opowiadał memu ojcu w mojej obecności na wczasach w Zakopanem, jak przez omyłkę wszedł do mieszkania Mikołajczyka. Sekretarka prezesa PSL na jego widok krzyknęła z wrażenia i wówczas do przedpokoju wybiegł sam Mikołajczyk. Widząc szefa MBP, pomyślał zapewne, że już nadeszła jego godzina, ale Radkiewicz przeprosił za najście i wyszedł.
Później mieszkałem jeszcze w willi Mariana Spychalskiego, odsuniętego, a następnie aresztowanego za "prawicowo-nacjonalistyczne odchylenie". Mieściła się ona w pięknym ogrodzie na terenie MON. Moi koledzy i koleżanki cenili ten teren jako wymarzone miejsce na prywatki, ja natomiast lubiłem chodzić na wieczorowe pokazy filmowe do MON, organizowane co dzień przez marszałka Konstantego Rokossowskiego. Swoje wspomnienia rozpoczynam od adresu moskiewskiego. Był to sławny hotel "Lux" przy ul. Gorkiego 36 (dziś tej ulicy przywrócono tradycyjna nazwę Twerskiej). Stacjonowała tam cała międzynarodowa śmietanka komunistyczna, zatrudniona w aparacie Kominternu (czyli Międzynarodówki Komunistycznej) oraz jego związkowych, rolniczych i młodzieżowych przybudówkach. Lwia jej część - zwłaszcza Polacy - została zgładzona w wielkie czystce zainicjowanej przez szefa NKWD Nikołaja Jeżowa w roku 1937

. - Romanowi Zambrowskiemu udało się przeżyć...

- Sekretarz generalny KCKPP Julian Leński zdymisjonował ojca ze stanowiska I sekretarza KC KZMP za jego wielki spektakularny sukces, czyli "Deklarację praw młodego pokolenia" podpisaną wraz z młodzieżą socjalistyczną oraz "Wici". Na jego miejsce mianowano Stanisława Radkiewicza, ps. Pietia - szefa białoruskich komsomolców z KZM Zachodniej Białorusi. Ojca wysłano do kraju na terenową robotę partyjną w Radomiu i Łodzi. Matka została w Moskwie, gdzie kończyła studia w Wojskowej Akademii Lotniczej im. Żukowskiego. Przyszli pewnego dnia po nią NKWD-ziści, ale posiedziała krótko na Łubiance i w więzieniu na Butyrkach, i wróciła do domu. Po latach zwierzyła mi się, że cały czas "na dołku" płakała z rozpaczy, ale nie tyle z troski o los dwóch małych synków, lecz o to, że Romek mógłby uwierzyć, że ona naprawdę była "wrogiem ludu". Psychoza w Moskwie była wówczas taka, że znajomi przechodzili na jej widok na inną stronę ulicy.

- Jesienią 1939 roku trafił pan do Baranowicz.

- Już po rozwiązaniu KPP ojciec trafił w ręce policji i wylądował w obozie w Berezie Kartuskiej. Gdy Stalin napadł 17 września 1939 roku na walczącą z Hitlerem Polskę, straż więzienna w Berezie uciekła i więźniowie wyszli na wolność. Ojciec przywędrował do pobliskich Baranowicz i tam dostał posadę w sowieckim urzędzie miejskim. Wobec tego ściągnął nas z Moskwy. Tam też trafiła z Warszawy przez zieloną granicę rodzina matki. W Baranowiczach chodziłem do rosyjskiego przedszkola i tam nauczyłem się czytać, i pisać po rosyjsku. W czerwcu 1941 roku Hitler napadł na Rosję. Ojcu udało się umieścić nas na ciężarówce wywożącej rodziny sowieckich urzędników. W nocy koło Słucka mieliśmy wypadek i ciężarówka nie nadawała się już do dalszej jazdy. Do Bobrujska maszerowaliśmy na piechotę, podwożeni przez wojskowe ciężarówki. Tam załadowano nas do pociągu. Po przesiadce w Homlu zajechaliśmy pociągiem towarowym aż nad Wołgę - do Kujbyszewa, czyli Samary. Cała podróż trwała kilka tygodni. Następnie ciężarówkami wywieziono nas w głąb stepów nadwołżańskich do sowchozu (czyli PGR-u) "Czerwony Październik". Było to już stosunkowo blisko północnego Kazachstanu i w naszej wsi mieszkali również Kazachowie.

- W sowchozie umarł pański brat Sergiusz.

- Matka podczas żniw obsługiwała kombajn, więc oddała go do żłobka. Tam niemowlaka napojono nie przegotowanym mlekiem. Na jesieni przeniesiono nas do centrali naszego PGR i tam już podczas zimy znalazł nas ojciec. Jego sowieccy szefowie uciekli z Baranowicz bez uprzedzenia i on maszerował przez całą Białoruś per pedes. W głębi Rosji odnalazł swego partyjnego szefa i przyjaciela Alfreda Lampego i za jego pośrednictwem ustalił nasz adres. Został nauczycielem w naszej szkole podstawowej, do której i ja trafiłem na wiosnę. Później ojca przeniesiono jeszcze dalej w step - do innego PGR, gdzie został dyrektorem szkoły podstawowej. Matka była nauczycielką. Tam ukończyłem pomyślnie II oddział (klasę). Tam też urodził się mój najmłodszy brat Witold. Natychmiast po jego urodzeniu się ojciec zgłosił się na ochotnika do I dywizji im. Tadeusza Kościuszki w Sielcach koło Riazania. Na jesieni 1943 roku ojcu udało się przenieść nas do miasta - do Kujbyszewa, czyli Samary. Tam ukończyłem III oddział rosyjskiej szkoły podstawowej. Matka została etatową przewodniczącą Zarządu Obwodowego Związku Patriotów Polskich. W lecie 1944 roku zostawiła mnie w pobliskim Stawropolu nad Wołgą w polskim domu dziecka. Miałem tam być jedynie przez lato, ale wkrótce matka wyjechała do ojca do Lublina i dzięki temu ukończyłem IV oddział - tym razem polskiej szkoły.
Było to moje pierwsze spotkanie z autentyczną Polską. Zarówno wychowankowie, jak i wychowawczynie pochodzili z Kresów, głównie z Wołynia. Zostali wywiezieni stamtąd podczas pierwszej akcji NKWD 10 lutego 1940 roku. Wywożono wtedy polską inteligencję, urzędników, m.in. leśników oraz osadników wojskowych. Polskie władze nadawały im gospodarstwa rolne na Wołyniu, by stworzyć tam polską przeciwwagę dla ukraińskiego w większości chłopstwa.
Doświadczenia bolszewickiej parcelacji majątków obszarniczych, która w ciągu kilku miesięcy 1918 roku wymazała budowany przez stulecia stan posiadania polskiego ziemiaństwa na Ukrainie, podpowiedziały polskim władzom pomysł, by przez osadnictwo stworzyć tam warstwę polskich chłopów. Z wiadomym skutkiem.
Koledzy przyjęli mnie z zawinioną przeze mnie rezerwą. Nic dziwnego. Byłem dzieckiem sowieckiego systemu wychowania, Polakiem uznającym wyższość wielkiego narodu rosyjskiego. Byłem więc ideowym przedstawicielem siły, która wywlokła ich z domów, pozbawiła życia bliskich, skazała na poniewierkę i głód. No i byłem ateistą. Na szczęście ten konflikt ideowy nie trwał długo. Już po kilku tygodniach mówiłem płynnie po polsku (z wołyńskim akcentem), na apelach z zapałem śpiewałem "Rotę", a po wysłuchaniu wielu opowieści kolegów o bohaterstwie żołnierza polskiego w wojnie z bolszewikami oraz we wrześniu 1939 roku - wgramoliłem się na dach szopy, aby na ścianie budynku napisać kredą hasło "Niech żyje Polska" oraz "Westerplatte trwa". Nawróciłem się też na katolicyzm.

- Po powrocie do Warszawy połknął pan bakcyla sportu.

- Jak wszyscy zdrowi chłopcy w moim wieku. Pływać "pieskiem" nauczyłem się jeszcze w Rosji. Grałem z kolegami z klasy w szkole podstawowej nr 98 przy ul. Grottgera na Dolnym Mokotowie w piłkę nożną, ale najbardziej pasjonowałem się pięściarstwem. Musiałem zrezygnować z uprawiania boksu już jako student, zdyskwalifikowany przez okulistę. Podczas wakacji letnich w Wiśle w 1955 roku nauczyłem się grać w tenisa i pokonałem pewnego dnia tow. Kazimierza Mijala - znanego działacza partyjnego i państwowego, późniejszego przywódcę "stalinowców" w Polsce.

- Pierwszy pana idolem był Josip Broz "Tito".

- Widziałem go z bliska na stojącego trybunie w Al. Ujazdowskich w Warszawie. Był bohaterem ruchu oporu, ale zachowywał się bardzo skromnie. Później byłem z ojcem w Jugosławii i tam widać było, że jest autentycznym przywódcą narodowym. A tu nagle wyklęcie przez Stalina! Wiele godzin poświęcił mi ojciec, by przekonać mnie do słuszności decyzji Kominformu. W 1955 roku przeżyłem szok, gdy przeczytałem w dzienniku "Prawda" słowa urzędowych przeprosin Nikity Chruszczowa odwołującego stalinowskie oskarżenia. Już po XX zjeździe KPZR Chruszczow zaprosił go do Moskwy i miałem okazję obejrzeć go z bliska. Do naszej świetlicy w Domu Studenta Uniwersytetu Moskiewskiego prowadzono wszystkie wycieczki zagraniczne, więc przyprowadzono również Tita. Zraził mnie do siebie jeszcze bardziej swą elegancją. W dodatku miał sygnet z brylantem na palcu! Później po latach zmieniłem o nim zdanie, po doświadczeniach rewolucji węgierskiej 1956 roku, nauczyłem się języka serbo-chorwackiego i przeczytałem w jego biografii pióra prof. Vladimira Dedijera, że sygnet z brylantem kupił sobie w Moskwie podczas czystki za pieniądze uzyskane za tłumaczenie "Krótkiego kursu Historii WKP(b)". Miał być lokatą kapitału na czarną godzinę...

- Zupełnie inaczej zareagował pan na "wojnę na górze" w gronie rodzimych komunistów.

- Decyzja o usunięciu Władysława Gomułki i zastąpieniu go Bolesławem Bierutem nie wywołała we mnie żadnego poruszenia. A przecież znałem "Wiesława" osobiście, skandowałem jego pseudonim na pochodach, a tu nic. Wszystko wypaliło się we mnie wraz z zerwaniem z Titem.

- Jak to się stało, że studiował pan w Moskwie?

- Był to pomysł mego kolegi szkolnego Włodka Wieczorka - syna zamordowanego w Oświęcimiu działacza komunistycznego. Pod jego wpływem jako uczeń klasy maturalnej liceum im. Tadeusza Reytana złożyłem papiery na studia ekonomiczne w Moskwie. Trafiłem na wydział ekonomiczny Uniwersytetu im. Michaiła Łomonosowa. Ukończyłem studia, otrzymując dyplom z wyróżnieniem, broniąc pracy dyplomowej pod tytułem "Zasada zainteresowania materialnego w socjalizmie". Jej promotorem był prof. Anatolij Paszkow, współautor sowieckiego podręcznika ekonomii politycznej, w Polsce popularnie zwanego przez studentów "cegłą".

- Kolega z gimnazjalnej ławki - Dariusz Fikus pozostał w Warszawie.

- Przyjaźniłem się z nim oraz jego śliczną siostrą Jolą od VIII klasy szkoły podstawowej. Bardzo często odrabialiśmy z nim lekcje, byłem u państwa Fikusów stałym gościem, pogłębiając ich ciasnotę mieszkaniową. Państwo Fikusowie byli przedwojenną rodziną inteligencką - kulturalni, dowcipni i niezależni w myśleniu. W mojej obecności słuchali przez radio BBC (RWE jeszcze nie było) i omawiali audycje polityczne. Pan Feliks był wybitnym fachowcem, ale przeszkadzała mu w karierze w PRL jego przedwojenna, endecka przeszłość. To zapewne było również przyczyną pozostania Darka na studiach w Warszawie, które zresztą znakomicie wykorzystał. Był on ode mnie starszy, znacznie bardziej dojrzały i potrafił zachować się przyzwoicie w trudnych sytuacjach. Pewnego razu nasz kolega z powszechniaka Zbyszek Łochowski przyniósł do klasy satyryczną odę do Stalina. Za karę przeniesiono go do innej klasy. Gdyby przewodniczącym Zarządu Szkolnego ZMP był nie Darek Fikus, lecz jakiś nadgorliwiec, Zbyszek zapewne odsiedziałby parę lat w więzieniu.

- Pisze pan o panującym w Rosji sowieckiej antysemityzmie.

- Objawy napotkać można było na każdym kroku. Rosyjski antysemityzm był zupełnie otwarty i objawiany wyjątkowo arogancko. Gdy słyszę narzekania na polski antysemityzm, uśmiecham się z pobłażaniem. Nawet za moczarowskiej kampanii antysemickiej w latach 1967 - 68 nie było w Polsce tyle antysemickiego chamstwa, co w Rosji.

- W gronie studentów moskiewskich nie brakowało barwnych postaci...

- Nie wszystkich wtedy miałem przyjemność poznać. Mieszkałem w jednym domu studenta na Stromynce z Michaiłem Gorbaczowem, z którym już wtedy przyjaźnił się mój kolega z pokoju. O swym pobycie w domu studenta na Stromynce opowiada we swych wspomnieniach również Zdenek Mlynarz - jeden z bohaterów praskiej wiosny 1968 roku. Na zebraniach ziomkostwa wychowywano zarówno mnie, jak i nierozłączną parę filmowców Jerzego Hoffmana i Edwarda Skórzewskiego. Im zarzucano zamiłowanie do alkoholu. Gdy Skórzewski w ramach samokrytyki powiedział, że nauczyli go pić koledzy z warsztatu w czasie okupacji, zarzucono mu, iż szkaluje naszą bohaterską klasę robotniczą. Studiowałem na jednym roku z Henrykiem Chądzyńskim - późniejszym znanym dziennikarzem. Adam Kruczkowski został nawet wiceministrem spraw zagranicznych. Gdy ja podczas internowania prowadziłem modlitwę przez zakratowane okno, kolega z celi dogadywał: "Tyle rubli na marne!". Natomiast w roku 1968 w więzieniu mokotowskim współwięzień napisał o mnie żartobliwą piosenkę, a w niej zwrotkę: "Uczono, szkolono po linii, na bazie, lecz wyrosło ono do Moskwy w urazie". Do całej Moskwy - to przesada, ale do Kremla - z pewnością.

- Dziękuję za rozmowę.

 

 

Przed pokoleniem JP II było pokolenie 1966 - pokolenie wychowanków księdza Prymasa Tysiąclecia

- wywiad z Antonim Zambrowskim przeprowadzony przez niezależnego publicystę Piotra Semkę.
(28,08,2006 źródło Asme)

Z Antonim Zambrowskim, działaczem opozycji antykomunistycznej rozmawia Piotr Semka.

W sekwencji dat wyznaczającej rytm oporu Polaków wobec komunistycznej władzy zwyczajowo wymienia się rok 1956, 1968, 1976, 1980 i wreszcie okres stanu wojennego. Już w 1981 roku w czasie karnawału "Solidarności" wskazywałeś, że zapomina się o roku 1966. Roku Millenium chrztu Polski obchodzonego pod wodzą księdza Prymasa Stefana Wyszyńskiego.
czytaj całość >>

artykuły najnowsze | wywiady z autorem | o autorze | felietony TV | o mojej książce |