PUBLICYSTYKA ANTONIEGO ZAMBROWSKIEGO

antoni_zambrowski
antoni zambrowski
syn czerwonego księcia

Wspólnie zajeżdżaliśmy kobyłę

Karol Modzelewski –znakomity polski mediewista, a w swoim czasie rzecznik Komisji Krajowej NSZZ „Solidarność” opublikował niezmiernie ciekawą książkę wspomnień pod nieco ironicznym tytułem „Zajeździmy kobyłę historii. Wyznania poobijanego jeźdźca”.

Zachęcam PT czytelników do uważnego przeczytania tej wartościowej książki, napisanej zresztą w bardzo przystępny sposób. Naprawdę warto. Autor jest profesorem historii, natomiast pisząc o dzisiejszych czasach zdradza, że patrzy na nie przez okulary „Gazety Wyborczej”. O wydarzeniach sprzed XXI wieku pisze na szczęście samodzielnie i przytomnie.

Nie piszę jednakowoż recenzji tej ciekawej książki, lecz chcę wyrazić swój ból, że Karol w niej usunął moją skromną osobę ze swego życiorysu. Znałem go od 1956 roku – od czasów Października 1956 r.

Byłem wtedy działaczem Rewolucyjnego Związku Młodzieży na Grochowie, gdzie pracowałem jako urzędnik w zakładach przemysłowych. RZM utworzyliśmy na gruzach stalinowskiego ZMP i Karol Modzelewski był jednym z działaczy RZM na Uniwersytecie Warszawskim. Pamiętam jego twarz wyglądającą przez dziurę w powstańczym sztandarze węgierskim w dawnym lokalu ZMP na UW. (Stalinowski namiestnik na Węgrzech Matyas Rakosi wprowadził na Węgrzech socjalistyczny herb zamiast tradycyjnego herbu Kossutha i powstańcy w Budapeszcie wycinali go z narodowych sztandarów węgierskich, tworząc w środku dziurę). Przyjaźniłem się z nim przez wiele lat. Znałem jego mamę – panią Natalię, jego pierwszą żonę – śliczna Bognę oraz jego córkę Ewę. Gdy zwolniono mnie z obozu internowania w Białołęce, traf chciał, że wracałem do Śródmieścia tramwajem wraz z jego mamą oraz nową żoną.

Zabierałem głos w prowadzonym przez niego klubie im. Wery Kostrzewy w 1957 r. oraz później po latach w dużym klubie dyskusyjnym ZMS na UW. Po zamknięciu przez władze klubu w moim mieszkaniu na Starówce odbywały się pierwsze tajne spotkania Karola i Jacka Kuronia z uczestnikami „knucia”. W wielu opisywanych przez Karola w książce zdarzeniach z jego życia brałem udział jako naoczny świadek. Mogę nawet sprostować błąd w opisie zmian w kierownictwie warszawskiego ZMS we wrześniu 1957 r. tuż przed zamknięciem „Po prostu”. Na I sekretarz KW ZMS wybraliśmy wtedy nie Józka Lenarta (jak pisze Karol), lecz Jurka Zawadzkiego. Mimo to nie ma mnie w opowieści Karola o jego życiu. Za jakieś moje przewinienia nastąpiło wydalenie mnie z życiorysu.

Nawet opisując moje perypetie marcowe 1968 roku pisze on o mnie jak o obcej osobie, a nie jak o koledze. Nie jestem Antkiem Zambrowskim z wydziału ekonomii, lecz Antonim Zambrowskim, synem Romana Zambrowskiego, byłego partyjnego dostojnika.

Tu dygresja. Nasz wspólny przyjaciel Jacek Kuroń napisał książkę pt. „Spoko”, w której dał odpór Antoniemu Macierewiczowi oraz przeprowadzonej przez niego lustracji. Przy sposobności zlustrował on moją „więzienną narzeczoną” Danusię z Pruszkowa, którą bez żadnych podstaw po temu oskarżył o współpracę z SB. Autorytet Jacka zadziałał do tego stopnia, że nawet nasze koleżanki z konspiracji uwierzyły, iż Danusia kablowała ubecji.

Mnie nie spotkała aż taka Niebios kara. Karol po prostu opisał moją sprawę bez zaglądania w dokumenty. I wyłoniło się z jego pamięci, iż Bernard (dziś Bolesław) Tejkowski oskarżył mnie o szkalowanie narodu polskiego z pozycji syjonistycznych, a nadto skazano mnie za pożyczanie zabronionych książek znajomym. I tyle.

Dla uzupełnienia tej informacji muszę przytoczyć parę prawdziwych faktów o moim procesie. W 1966 roku wyrzucono mnie z Partii za krytykę polityki władz wobec Kościoła w dobie obchodów 1000-lecia chrztu Polski. Na posiedzeniu Warszawskiej Komisji Kontroli Partyjnej kazano mi napisać Oświadczenie, w którym postulowałem rozszerzenie praw obywatelskich w PRL na wzór Egiptu. Tam członkowie rządzącej partii kandydujący do władz państwowych konkurowali pomiędzy sobą w jednoosobowych okręgach wyborczych. Na wzór Egiptu chciałem, by członkowie PZPR też konkurowali ze sobą o jedno miejsce w Sejmie lub samorządowych Radach Narodowych. Władze partyjne miały wtedy do mnie żal o sympatie do prezydenta Nassera.

W następnym roku odbyła się wojna pomiędzy Izraelem a krajami arabskimi. Szerokie rzesze Polaków cieszyły się, że proamerykańscy Żydzi dokopali prosowieckim Arabom. Ja popierałem nadal prezydenta Nasera, tym bardziej że popierał go prezydent Jugosławii marszałek Tito. Mimo to władza oskarżyła mnie o sympatie syjonistyczne, gdyż takie były potrzeby partyjnej propagandy. Stąd oskarżenia ze strony Bernarda alias Bolesława Tejkowskiego. Sprowadzeni przez niego świadkowie spamiętali zwłaszcza fakt, iż przerobiłem znane powiedzenie „mądry Polak po szkodzie” na wierszyk „Nową przypowieść Polak sobie kupi, że i przed szkodą i po szkodzie głupi”. Mimo mego tłumaczenia, iż jest to cytat ze znanej pieśni Jana Kochanowskiego z Czarnolasu o spustoszonym przez Tatarów Podolu, autorzy uzasadnienia wyroku (którzy zapewne nie byli na sprawie) oskarżyli mnie o napisanie tego wiersza. Dostałem za to dwa lata więzienia.

Ponadto oskarżono mnie o szkalowanie państwa polskiego, gdyż zarzuciłem władzom PRL naruszanie praw Kościoła i w swej krytyce użyłem określenia Kulturkampf. Na domiar złego podawałem pod wątpliwość socjalistyczny charakter PRL. Za to dostałem kolejne półtora roku więzienia. Władza była jednak wobec mnie wyrozumiała i otrzymałem tzw. włącz czyli większa kara pochłonęła mniejszą i do odsiedzenia otrzymałem tylko dwa lata. Wyszedłem po amnestii na 22 lipca 1969 r.

Co się tyczy pożyczania niedozwolonych książek, to jest to nieporozumienie wynikające z tego, że Karol nie zadał sobie trudu poczytania materiałów sprawy. Zarzucano mi prowadzenie tzw. samizdatu czyli przepisywanie na maszynie nieprawomyślnych

treści. Istotnie trzy maszynistki przepisywały mi za opłatą teksty, które rozprowadzałem wśród kolegów po złotówce za stronę. Z tego zostałem uniewinniony, gdyż udało się wykazać, iż teksty polskie pochodziły z zagranicznych gazet mających tzw. debit komunikacyjny w PRL.

Również udało się nam wybronić z odpowiedzialności za działalność naszego kółka dyskusyjnego konkurencyjnego wobec „komandosów”. Prokurator Andrzej Jarzyna, który mnie oskarżał, oświadczył, iż kółko Zambrowskiego nie przekroczyło granic prawa. Nie było to oczywiście kółko Zambrowskiego, gdyż u nas nie było wodzów i wszyscy byli równi. Przewodniczył dyskusji zawsze właściciel mieszkania, w którym odbywało się posiedzenia kółka.

Karol nie był obserwatorem mej sprawy, bo siedział w więzieniu. Ale pisząc wspomnienia korzystał z wielu źródeł historycznych, natomiast moją sprawę najwyraźniej sobie odpuścił. W dodatku już raz jeszcze w PRL na łamach podziemnej „Krytyki” opisał on w analogiczny sposób moją sprawę i wtedy również musiałem mu ripostować.

Na zakończenie życzę Karolowi wszelakiej pomyślności i pragnę zapewnić, że z mego życia jego nikt nie wykreśli. Ani jego, ani Jacka Kuronia, a zwłaszcza Gajki Kuroniowej, która jest moją kandydatką na ołtarze.

  Antoni Zambrowski

artykuły najnowsze | wywiady z autorem | o autorze | felietony TV | o mojej książce |