PUBLICYSTYKA ANTONIEGO ZAMBROWSKIEGO

antoni_zambrowski
syn czerwonego księcia

Ten Żyd, kogo Partia wskaże

Red. Aldona Zaorska - dziennikarka "Gazety Warszawskiej" napisała książkę pod tytułem 'Sąsiedzi", najwyraźniej zainspirowaną książką Jana Tomasza Grossa pod tym samym tytułem. Zanim przejdę do omawiania pracy pani Aldony Zaorskiej chciałbym przypomnieć okoliczności powstania i odbioru społecznego książki prof. J.T. Grossa w Polsce i na świecie. Książka prof. Grossa opisywała pogrom miejscowych Żydów w małym miasteczku Jedwabne na Podlasiu zorganizowany przez Niemców w pierwszych dniach ofensywy hitlerowskiego Wehrmachtu na Związek Sowiecki. Jedwabne przed wybuchem wojny niemiecko-sowieckie było bowiem okupowane przez Sowiety, było nawet ośrodkiem polskiego ruchu oporu przeciwko nim, z czego powinno być dumne. Jan T. Gross przedstawił zagładę miejscowych Żydów jako spontaniczne dzieło polskich sąsiadów, gdy w rzeczywistości była to zorganizowana przez Niemców akcja miejscowych rzezimieszków (z Jedwabnego i okolic).
Biorąc pod uwagę skalę małego miasteczka, jakim jest Jedwabne, można powiedzieć, ze takich Jedwabnych w lecie 1941 roku na froncie wschodnim były setki, a może i tysiące. Znacznie głośniejsze i bogatsze w żydowskie ofiary były w owym czasie pogromy zorganizowane przez Litwinów w Kownie w następstwie antysowieckiego powstania w tym mieście, jak również wielodniowe antyżydowskie rozruchy we Lwowie zorganizowane przez nacjonalistów ukraińskich.

W związku z książką prof. Grossa szykowała się antypolska kampania propagandowa w świecie, o czym uprzedzał władze polskie prof. Zbigniew Brzeziński. (Wiem o tym od mego kolegi redakcyjnego red. Andrzeja Romana - kuzyna prof. Brzezińskiego). Władze SLD wraz z prezydentem Aleksandrem Kwaśniewskim i ex-premierem Leszkiem Millerem zorganizowały przy szerokim wsparciu medialnym wielkie uroczystości w Jedwabnym, mając na celu uderzenie w sprawującą w tym czasie w Polsce rządy Akcję Wyborczą "Solidarność" z Marianem Krzaklewskim oraz premierem prof. Jerzym Buzkiem na czele.
Warto zauważyć, że Janek Gross jest wychowankiem Jacka Kuronia, który wcześniej również popisał się antypolską akcją żydowską o międzynarodowym rozgłosie. W okresie, gdy Polska dzięki zwycięstwu "Solidarności" nad komuną była na propagandowym topie, sprowadził on do Polski z Nowego Jorku mało znanego ze swej działalności religijnej, ale znanego z wrogości wobec Polski rabina Weissa, który usiłował protestować w Oświęcimiu przeciwko obecności tam polskich zakonnic, modlących się za dusze pomordowanych przez Niemców więźniów. Zdjęcie polskich robotników polewających wodą uczestników żydowskiej manifestacji obiegło wtedy wiele pism europejskich i amerykańskich jako dowód polskiego antysemityzmu.  Później podczas podróży do USA ks. prymasa Józefa Glempa polska prasa i media elektroniczne miast bronić go przed atakami rabina Weissa kibicowały niczym na zawodach sportowych rabinowi w jego próbach wręczenia ks. prymasowi pozwu sądowego.
Jacek Kuroń był jak wiadomo przywódcą "Ruchu 8 Marca" czyli akcji protestacyjnej studentów polskich w obronie mickiewiczowskich "Dziadów" zdjętych decyzją Władysława Gomułki ze sceny Teatru Narodowego w Warszawie w imię przyjaźni polsko-radzieckiej. Rozpoczął on akcję protestacyjną na czele swych wychowanków z "czerwonego harcerstwa". Założył on hufiec im. gen. Waltera czyli polsko-sowieckiego generała Karola Świerczewskiego po Październiku 1956 roku, kiedy powstał na nowo ZHP w tradycyjnym bogo-ojczyźnianym kształcie. Do "walterowców" chętnie posyłali swe dzieci rodzice z komunistycznych rodzin zwłaszcza żydowskiego pochodzenia. Gdy Jacek Kuroń wyruszył ze swym "wojskiem" na Gomułkę, partyjna propaganda odpowiedziała w sposób naturalny oskarżeniami o "żydowskiej piątej kolumnie". Skutkiem była antysemicka kampania w środkach przekazu, usuwanie osób żydopodobnych z pracy i satysfakcja Brieżniewa z międzynarodowej kompromitacji PRL w świecie. Polska miała zbyt wysoki prestiż w świecie po pokojowym zwycięstwie nad "imperium zła" w Październiku 1956 r., więc gomułkowska kampania antysemicka była na rękę Kremlowi. Nawiasem mówiąc mówimy o antysemickiej kampanii w PRL w latach 1967 - 68, choć miała ona charakter zasłony dymnej. Dla Kremla najważniejsze znaczenie miały rugi nie tyle opozycyjnych Żydów, ile w ogóle polskich opozycjonistów, którzy podpadli Kremlowi jeszcze w 1956 roku. Mój kolega z celi więziennej na Mokotowie Piotr Żebruń zwykł był wtedy mawiać: "nie ten Żyd, kto Żyd, ale kogo partia wskaże". Warto by było policzyć ofiary marcowych czystek i ustalić ich parametry, gdyż ja odnoszę wrażenie, że więcej wtedy w roli syjonistów ucierpiało rodowitych Polaków, niż prawdziwych Żydów.   
Napisałem tyle słów zdawałoby się nie na temat, ale chodzi mi o to, że odpowiedź prof. Janowi T. Grossowi powinna była mieć na celu  dociekanie nie wyjaśnionych do tej pory tajemnic podejmowania przez ośrodki zagraniczne powiązane z wpływowymi ośrodkami krajowymi antypolskich inicjatyw. Tymczasem pani Aldona Zaorska dała się sprowokować do napisania książki zawierającej
12 życiorysów żydowskich ponoć komunistów znęcających się w czasach stalinowskich nad Polakami. Nie jest przy tym odkrywcza, gdyż te tematy poruszały już w czasach PRL komunistyczne środki przekazu, zwłaszcza patrioci ze Zjednoczenia "Grunwald". Podobnie jak oni w wielu przypadkach mija się ona z prawdą, co nie uchodzi w przypadku prawicowej dziennikarki zatroskanej o wartości chrześcijańskie.

Roman Zambrowski

By nie być gołosłownym zacznę od spraw, które znam najlepiej, czyli od swoich. Na początku rozdziału poświęconego memu ojcu pisze ona pod moim adresem: "Dziś syn Zambrowskiego nerwowo reaguje na próby opisania poczynań ojca." Wystarczy zapytać moich znajomych historyków, by przekonać się, że to jest bzdura. Jestem w stałym kontakcie z historykami, którzy dociekają prawdy o Romanie Zambrowskim, natomiast staram się prostować kłamstwa na jego temat. Kłamstwa nazbyt często zamierzone. Pani Aldona Zaorska powołuje się na moją ewidentnie błędną informację zamieszczoną w internecie, że ojciec urodził się 15 lipca 1907 roku, gdy inne źródła podają, iż było to w roku 1909. Z tego wynika, że pani Aldona czytała moją notatkę w internecie (zapewne www. asme.pl.), ale pomija pozytywne jej treści. Należałoby więc przypomnieć, że porzucona przez męża, który z USA przysłał jej rozwód, babcia Helena prowadziła polski dom, w którym rozmawiano nie po żydowsku, lecz po polsku, zaś jej kuzyn Władysław Skoryński był bojowcem w Organizacji Bojowej PPS i ranny w strzelaninie z kozakami został inwalidą wojennym. Nie umarł z głodu dzięki temu, że pewien właściciel ziemski kupił jego nazwisko. Po odzyskaniu niepodległości przez Polskę dziadek odnalazł ojca i proponował mu przyjazd do USA, ale ojciec odmówił, wybierając Polskę. Znacznie wcześniej niż podaje pani Aldona, bo w wieku 16 lat został komunistą, jako nieletni zaliczył więzienie. "Według encyklopedii prawdziwe imię i nazwisko Romana Zambrowskiego brzmiało Rubin Nusbaum - pisze pani Aldona - jego syn informację tę nazywa "totalną bzdurą", chociaż nawet on nie zaprzecza żydowskim korzeniom swego ojca i matki."
Nie rozumiem, dlaczego miałbym zaprzeczać znanej sobie prawdzie.
Jedynie podkreślam z uporem, że moi rodzice byli świadomymi swej przynależności narodowej Polakami, choć o żydowskich korzeniach. Przecież asymilacja lub mówiąc inaczej polonizacja polskich Żydów była stałym procesem, zaś KPP rozwiązanie kwestii żydowskiej w Polsce widziało w stopniowej i dobrowolnej asymilacji Żydów, co wynika zresztą z doktryny marksistowskiej. Nie przypominam sobie wprawdzie, bym rozpisywał się w sprawie mojej matki, gdyż nie była ona osobą publiczną. Gdy się jednak porusza sprawę jej żydowskiego pochodzenia, to warto dodać, że nie znała ona języka żydowskiego, że jej kuzyn Janek - lekarz z zawodu, podporucznik WP zginął zamordowany w Katyniu, zaś kuzynka - siostra Bonifacja była zakonnicą w Laskach i jest tam pochowana.      
Co się tyczy encyklopedycznej informacji o Rubinie Nusbaumie, to jest to kompromitująca wpadka encyklopedii PWN. Ojciec był osobą dobrze znaną w kręgach partyjnych przed wojną, stawał kilkakrotnie przed sądem i mam jego policyjne fotografie sprzed wojny podpisane policyjna ręką R. Zambrowski. Ponadto liczna rodzina ojca rozsiana po świecie nosiła to samo nazwisko. (Moja ciotka Barbara Zambrowska mieszkała w Nowym Jorku i była naukowcem). Służby specjalne PRL, nadzorowane przez sowieckich doradców,  specjalnie wymyślały podpadniętym lub uwikłanym w rozgrywki koterii towarzyszom różne żydowskie nazwiska. Nawet premier Józef Cyrankiewicz miał się nazywać Cymerman, choć pochodził ze znanej w Krakowie rodziny, w dodatku o poglądach narodowych. O jego rzekomo żydowskim pochodzeniu pisał w swych wspomnieniach Nikita Chruszczow. Zaiste, nie ten Żyd, kto Żyd, lecz kogo Partia wskaże.
Cytując list ambasadora sowieckiego Wiktora Lebiediewa  do Andrieja Wyszynskiego, w którym pada nazwisko Zambrowski, pani Aldona wyjaśnia czytelnikom: "Zambrowski  to Roman Zambrowski - właściwie Rubin Nusbaum - miał nadzór m.in. nad sądownictwem oraz nadużyciami w gospodarce, ojciec znanego dziś dziennikarza Antoniego Zambrowskiego". Tu Rubin Nusbaum występuje bez żadnych zastrzeżeń, choć pisząc te słowa pani Aldona o nich wie. Za moich młodych lat o takich autorach żartowaliśmy, że dokopują ile sił "czerwonemu".
Muszę tu zauważyć, ze pisanie o mnie jako znanym dziennikarzu - to eufemizm. Jeśli jestem znany - to jako wieloletni opozycjonista o nastawieniu niepodległościowym, więziony, internowany, zbierający podpisy o mszę świętą w  PR i TVP, pikietujący na wezwanie Episkopatu w sierpniu sklepy monopolowe. Wtedy też uważałem, że walcząc z komuną nie należy mimo wszystko kłamać. Bo Nusbaum - to taka kropka nad i. Gdy byłem jako mały chłopiec w polskim sierocińcu nad Wołgą, nasza wychowawczyni pani Morozowa mówiła często: "Zambrowski, przepraszam, że cię wołam po nazwisku. Ale ty masz takie piękne polskie nazwisko". I to nazwisko niektórym przeszkadza. Lepsze byłoby Nusbaum.
Pisząc, iż ojciec był przez wiele lat etatowym funkcjonariuszem KPP, (powinno być KZM i KPP), dodaje, iż za tą działalnością często kryła się działalność szpiegowska. Tu znowu pani Aldona dokopuje "czerwonemu". KPP oraz wywiad sowiecki - to były dwie różne struktury organizacyjne i komuniści nie musieli być szpiegami sowieckimi, zwłaszcza ci znani policji . 
Bałamutnie opisuje pani Aldona dalsze losy ojca. Uwolniony z obozu w Berezie Kartuskiej nie mógł połączyć się z rodziną, która przebywała w Moskwie, gdyż władze sowieckie na to nie pozwoliły. Sprowadził nas do Baranowicz, gdzie udało mu się zdobyć pracę, dzięki dobrej znajomości rosyjskiego. Do partii bolszewickiej go nie przyjęto, gdyż jeden z dawnych polskich komunistów zeznał, iż należał do antypartyjnej grupy "markowców" (od pseudonimu partyjnego Alfreda Lampe "Marek). Coś się pani Aldonie pokićkało w opisie losów naszej rodziny, gdyż z Baranowicz odesłał nas w głąb Rosji dopiero w kilka dni po najeździe Niemiec. W Baranowiczach chodziłem wraz z bratem do rosyjskiego przedszkola. W stepie zawołżańskim byliśmy nie w kołchozie, lecz w PGR i tam odnalazł nas ojciec. Później był ważny epizod, na który zwracał uwagę mój przyjaciel -  śp. prof. Paweł Wieczorkiewicz, gdy na propozycję Aleksandra Kowalskiego powrotu do okupowanej przez Niemców Polski w ramach tzw. grupy inicjatywnej ojciec odpowiedział odmownie: niech Komintern najpierw wypowie się na temat przyszłych granic Polski i jej niepodległości. (Opowiedział o tym Teresie Torańskiej Leon Kasman, któremu tę rozmowę powtórzył sam Aleksander Kowalski). Z innego PGR, gdzie był kierownikiem szkoły podstawowej, natychmiast po urodzeniu się najmłodszego syna Witolda zgłosił się na ochotnika do I Dywizji im. Tadeusza Kościuszki w Sielcach pod Riazaniem. Brał udział w bitwie pod Lenino, za co został odznaczony sowieckim orderem "Czerwonej Gwiazdy". W wojsku zrobił karierę, a po zatrzymaniu się frontu nad Wisłą został odwołany przez Władysława Gomułkę do pracy w aparacie partyjnym PPR. Ze ścisłą współpracą z tow. Wiesławem wiąże się mój żart traktowany zbyt dosłownie przez panią Aldonę. Cytuje ona na zakończenie swego rozdziału poświęconego memu ojcu moje słowa, iż robił on straszne rzeczy i że był zbrodniarzem. W rozmowie z red. Mazurkiem zażartowałem, że jego przeciwnicy wypominają mu, iż był zbrodniarzem stalinowskim, zapominając, że tę działalność rozpoczął w okresie tzw. pierwszej gomułkowszczyzny, zatem był zbrodniarzem gomułkowsko-stalinowskim. Istotnie razem z Gomułką odegrał czynną rolę w fałszowaniu wyników referendum oraz pierwszych wyborów. Wtedy żartowano: urna wyborcza, cudowna szkatułka, wrzucasz Mikołajczyka, wychodzi Gomułka. Za Gomułki też został przewodniczącym Komisji Specjalnej. Do końca swego życia był dumny z jej dokonań, podobnie jak niektórzy jego współcześni biografowie. Ja natomiast miałem sąsiada - pana Kożucha, przedwojennego komunistę, który siedział najpierw w więzieniu NKWD, przeżył marsz śmierci w czerwcu 1941 roku, zaś po wojnie trafił do obozu Komisji Specjalnej, więc wiem jak tam było naprawdę. 
Obalenie Gomułki w sierpni 1948 roku nie było na polecenie Bieruta, jak sugeruje pani Aldona. Gomułka wygłosił na plenum KC PPR referat przed planowanym zjednoczeniem PPR i PPS. Mając merytorycznie słuszność, popełnił niezręczność krytykując KPP rozwiązaną wszak przez Komintern. Tymczasem jego współpracownicy z Biura Politycznego KC PPR podnieśli rokosz broniąc honoru KPP. Poparty przez KPPowską większość Bierut uzyskał u Stalina błogosławieństwo na uznanie KPP za partię prowadzącą słuszną linię, partię typu bolszewickiego, prawdziwie leninowsko-stalinowską.
Omawiając meandry kariery partyjnej Romana Zambrowskiego pani Aldona popełnia szkolne błędy. Szczytem jego kariery był Kongres zjednoczeniowy, na którym został członkiem Biura Politycznego i sekretarzem KC. Wbrew sformułowaniom pani Aldony zasiadanie w Biurze Politycznym było wyższym wyróżnieniem niż piastowanie stanowiska sekretarza KC. Pani Aldona zgłasza wątpliwości co do słuszności moich słów o załamywaniu się kariery partyjnej ojca, ale fakty są nieubłagane. Pod naciskiem Chruszczowa po II Zjeździe PZPR został wyprowadzony z sekretariatu KC, wcześniej - na polecenie Stalina zabrano mu w sekretariacie KC nadzór nad sprawami rolnymi. W ogłoszonym po II Zjeździe składzie Biura Politycznego ułożonym nie wg alfabetu, lecz w układzie hierarchicznym jego nazwisko było ostatnie na liście. MBP, a dokładnie X Departament aresztował jego osobistą sekretarkę w KC PZPR Krystynę Arciuchową bez porozumienia się z nim. Po interwencji ojca u Bieruta, ten przyznał, że to skandal, kiedy aresztuje się sekretarkę, nie uprzedzając szefa, ale zapewnił, iż jej wina jest niewątpliwa, gdyż ona jest związana z Naumienką.( Po śmierci Stalina zarówno gen. Naumienko, jak i p. Krystyna Arciuchowa zostali zwolnieni z więzienia i zrehabilitowani). Później UB aresztowało  kolegę mojej matki z  przedwojennej konspiracji komunistycznej Kazimierza Cessanisa, który więzienia nie przeżył. Aresztowano kilku przyjaciół ojca i matki, m.in. gen. Wacława Komara, którego okrutnie torturowano.
Mija się z prawdą pani Aldona, gdy pisze, ze ojciec "na polecenie Bieruta zadbał o aresztowanie Gomułki". Te rewelacje zawdzięcza ona pamfletowi agenta gen. Moczara Witolda Jedlickiego pod tytułem "Chamy i Żydy". Napisałem w swoim czasie polemikę z tym paszkwilem na polski Październik 1956 pod wymownym tytułem "Rewelacje wyssane z palca". Jest ona dostępna niestety tylko w internecie. Wiesława aresztował Światło na osobiste polecenie Bieruta. Prawdą jest natomiast jej stwierdzenie, że w 1956 roku ojciec spotkał się z Gomułką i przekonany o jego opowiedzeniu się za odnową włożył wiele wysiłku w utorowaniu mu drogi do władzy. M.in. spotkał się z ówczesnym I sekretarzem KC Edwardem Ochabem i zaproponował mu ustąpienie Gomułce swego stanowiska.     
Ostatnia część rozdziału poświęconego memu ojcu kojarzy mi się bądź z głośnymi reportażami Marii Osiadaczowej o procesach marcowych, bądź z marcowymi protokołami przesłuchań por. Wolińskiej z Biura Śledczego MSW. Odrzuca pani Aldona wszystko, co przemawia na korzyść "oskarżonego". Przecież faktem jest, że ojciec został wybrany na wniosek Gomułki zarówno do Biura Politycznego, jak i po długiej przerwie do sekretariatu KC na VIII plenum KC w październiku 1956 r. Niestety później zaczął się odwrót Wiesława od realizacji zapowiedzianego programu reform. Ostatecznie w marcu 1963 r. ojciec przyszedł do Gomułki i z własnej inicjatywy zgłosił mu dymisję ze swych wysokich stanowisk. Wtedy dano mu stanowisko v-prezesa NIK. Później ojciec na plenum KC omawiającym założenia nowej 5-latki ostrzegł Partię, że jeśli się nie zacznie więcej dbać o poziom życia Polaków, to ta polityka doprowadzi do konfliktu ze społeczeństwem. Przemówienie uznano za platformę opozycyjną. Ta prognoza sprawdziła się w roku zakończenia owej 5-latki czyli w grudniu 1970 roku  krwawymi rozruchami na Wybrzeżu. Wcześniej podczas studenckich protestów w marcu 1968 roku ojca oskarżono o przewodzenie antysocjalistycznej rewolcie. Ubole biorący udział w studenckich manifestacjach wznosili okrzyki: "Chcemy Zambrowskiego !"lub "Zambrowski do Biura !" Skończyło się osadzeniem mnie w więzieniu mokotowskim nie tyle za moje winy, ile za karę dla ojca.  Odwiedził mnie zresztą w więzieniu w Barczewie i stwierdził z przykrością, że w Polsce sanacyjnej więźniowie polityczni mieli lepiej niż w PRL. Aż do końca swoich dni był inwigilowany przez SB, zaś maszynopisy jego prac były konfiskowane podczas rewizji jako materiał wywrotowy. Przed śmiercią zdążył poprzeć Komitet Obrony Robotników w korespondencyjnych kontaktach z partiami eurokomunistycznymi. Zawdzięczam mu jedną wielką rzecz: nawróciłem się w więzieniu i o tym dużo mówiło radio Wolna Europa. Gdy miałem już wyjść z więzienia, do ojca zgłosiła się grupa towarzyszy z propozycją, by mnie oddał na przymusowe leczenie psychiatryczne, aby mnie wyleczono z manii religijnej. Ojciec zdecydowanie odrzucił owe sugestie. Już po jego śmierci od p. Andrzeja Micewskiego dowiedziałem, że jako jedyny członek kierownictwa partyjnego popierał koło poselskie "Znak", gdyż  jego posłowie byli autentycznymi przedstawicielami społeczności katolickiej i ks. Prymasa Wyszyńskiego. Dlatego "Pax" z Bolesławem Piaseckim na czele atakował go tak zawzięcie podczas wydarzeń marcowych.
Czytelnik zda sprawę, że ojciec wyciągał wnioski z błędów popełnianych przez Partię oraz przez niego samego.  Chrześcijanie oceniający takiego komunistycznego grzesznika mogą mieć przed oczyma postać św. Pawła z Tarsu, który był najpierw prześladowcą chrześcijan, a następnie wielkim apostołem.

Antoni Alster

W innych sprawach nie mogę wypowiadać się tak zdecydowanie, gdyż życiorysy innych osób znam gorzej, niż życiorys swego ojca.  Niemniej błędy pani Aldony dostrzegam wyraźnie. Weźmy dla przykładu sprawę Antoniego Alstera. Rozdział o nim pani Aldona zatytułowała: Nachum Alster - zapomniany twórca bezpieki. Jest to błąd, gdyż partyjnym nadzorcą bezpieki Antoni Alster został - według jej własnej informacji - dopiero po przełomie październikowym 1956 roku i zreformowaniu tych służb. Pani Aldona opowiada natomiast o zbrodniach stalinowskiej bezpieki jak gdyby Antoni Alster był tam od początku. Przychodząc na swe stanowisko obiecał towarzyszom partyjnym, że jak długo on będzie odpowiadał za służbę bezpieczeństwa, tak długo tam nie będzie łamania praworządności. Stracił swoje stanowisko, gdyż zachował się przyzwoicie w skandalicznej sprawie aresztowania pod zarzutem szpiegostwa Henryka Hollanda, zakończonej jego tragiczną śmiercią. Wówczas Gomułka przeniósł go do innego resortu na równorzędne stanowisko.
Później pani Aldona popełnia kolejne kłamstwo: pisze, iż puławianie czyli liberalna koteria w KC PZPR, jaka wyłoniła się po śmierci Bieruta i objęciu władzy przez Edwarda Ochaba , byli uznawani w Partii za stalinowców. Jest to oczywista nieprawda, wynikająca z zawierzenia Witoldowi Jedlickiemu. Puławianie byli koterią dążącą do reform i ich tryumfem był Październik1956. Stalinowcami popieranymi przez sowiecka ambasadę byli tzw. natolińczycy, którzy ponieśli klęskę w Październiku, ale później powrócili do łask Gomułki w miarę jego odwrotu od programu odnowy.
Bez żadnych ku temu dowodów pani Aldona  oskarża też Antoniego Alstera o udział w mordzie syna Bolesława Piaseckiego - Bohdana. Piasecki jako agent KGB przeciwstawiał się w 1956 r. procesowi odnowy, po VIII plenum KC padł za to ofiarą nagonki prasowej, ale umiejętnie się bronił składając wizyty w KC Wiesławowi i Romanowi Zambrowskiemu. Z tego co wiem, jego protektorzy w Moskwie zamordowali mu syna rękoma jakichś prowincjonalnych Żydów, którym umożliwili ucieczkę na Zachód. Fala współczucia jaka ogarnęła społeczeństwo polskie uratowała mu karierę, na co w Moskwie liczono. Po jakimś czasie Bolesław Piasecki ze śmierci swego syna uczynił maczugę, którą zwalczał swoich domniemanych przeciwników.
Na zakończenie sprawy Antoniego Alstera chciałbym zauważyć, że cała jego rodzina była polskojęzyczna. Dziś się zapomina, że Żydzi polscy byli przede wszystkim mniejszością etniczną, posługującą się językiem żydowskim. W II Rzeczypospolitej posiadali prawa obywatelskie, swoje partie polityczne, szkolnictwo podstawowe i średnie, kluby sportowe, teatry i kina i nawet własną kinematografię w języku żydowskim. Mimo to pewien margines społeczności żydowskiej ulegał polonizacji. Pewna część polonizujących się Żydów włączyła się w ruch komunistyczny, choć Żydzi mieli swoje własne partie lewicowe. Działając w ruchu komunistycznym wielu Żydów zmieniało swe imiona na brzmiące po polsku. Taki był przypadek Antoniego Alstera, Wacława Komara, Heleny Wolińskiej  i wielu innych. Wypominanie Antoniemu Alsterowi, że przy narodzeniu nadano mu żydowskie imię, którego później nie używał, tym bardziej przy piastowaniu stanowisk urzędowych, jest swego rodzaju publicystycznym nadużyciem. Wystarczyłoby, gdyby biograf na samym wstępie poinformował czytelników o tym fakcie.     

Lena Wolińska - Brusowa

Następna osoba, o której chciałbym powiedzieć kilka słów, to pani Lena Wolińska. Byłem asystentem i doktorantem prof. Włodzimierza Brusa, poza tym znałem wcześniej panią Lenę jako partyjną żonę tow. Witolda czyli Franciszka Jóźwiaka. Koledzy w katedrze ekonomii politycznej UW opowiadali mi, że Włodzimierz Brus oraz pani Lena pobrali się we Lwowie. (Data ślubu 1942, którą podaje pani Aldona, jest oczywiście nierealna. To musiało się wydarzyć znacznie wcześniej). Później Włodzimierz Brus był w głębi Rosji, m.in. pracował tam jako robotnik w fabryce, a następnie wstąpił do berlingowego wojska. Ja go poznałem już jako wybitnego ekonomistę, zwolennika urynkowienia gospodarki planowej. Wcześniej znałem panią Lenę właśnie jako byłą partyzantkę AL. i partyjną żonę Jóźwiaka. Wbrew temu co pisze pani Aldona była wtedy niewiastą przystojną, której do twarzy było w mundurze. Jak wynikałoby z opowieści kolegów, po wojnie Brus ożenił się z jakąś panią, z którą pono miał dzieci. Po Październiku 1956 tow. Witold stracił swą władzę i prof. Brus połączył swe losy z panią Leną.  
Bałamutnie opisuje pani Aldona koniec kariery pani Leny. Po przemówieniu Gomułki w 1967 roku, na zebraniu partyjnym w swym Instytucie pani Lena ostro skrytykowała Wiesława i została za to wydalona z partii. Wówczas prof. Brus oddał swą legitymację partyjną, dołączając do tego uzasadnienie na piśmie.  Zrezygnował z kierowania katedrą, ale został na Wydziale. Po wydarzeniach marcowych, w ramach których uwięziono kilku jego wychowanków, został zwolniony z Uniwersytetu, ale -  wbrew temu, co pisze pani Aldona - pozostał w Polsce, mimo że wiele znakomitych uczelni na Zachodzie proponowało mu pracę naukową. Po obaleniu Gomułki już za rządów Gierka został zaproszony na konferencję naukową przez komunistów włoskich i podczas pobytu na Zachodzie załatwił sobie pracę na uniwersytecie w Oxfordzie. Nie da się negować win pani Leny, ale sprawa została zmanipulowana. W czasie, kiedy władze III RP wystąpiły o ekstradycję pani Leny, w Warszawie mieszkał były ubol płk Kazimierz Górski, który był oficerem śledczym gen. Nila i autorem aktu oskarżenia przeciwko niemu. Włos z głowy mu nie spadł mimo artykułów moich, a następnie mego kolegi Tadeusza Płużańskiego w jego sprawie.

Luna Brystigerowa

Na uwagę zasługuje kilka kompromitujących błędów pani Aldony przy opisywaniu życiorysu Luny Bristigerowej. Kilkakrotnie pani Aldona przeciwstawia Komunistyczną Partię Polski Komunistycznej Partii Zachodniej Ukrainy, do której należała tow. Luna.  Pisze wręcz, iż przez fakt przynależności do KPZU tow. Luna dowodziła swej obcości dla polskości. Tymczasem struktura KPP była terytorialna i każdy komunista - niezależni od narodowości na terenie Lwowa musiał należeć do KPZU. Porównywanie roli starosty w tzw. "komunie" więziennej do roli kapo w hitlerowskim obozie jest oczywistym nieporozumieniem. Starosta wybierany przez samych więźniów był ich reprezentantem w rozmowach z administracją więzienną. Kapo był wyznaczany odgórnie i był narzędziem władz obozu. Jest to zwykłe dokopywanie "czerwonemu" i to kosztem obiektywnego obrazu polskich więzień w II RP.
Opisując działalność tow. Luny podczas sowieckiej okupacji Kresów w 1939 r. pani Aldona pomija przede wszystkim czyn, który przyniósł sławę Lunie Bristigerowej. Przerażona terrorem NKWD wobec polskich komunistów tow. Luna zdołała mimo wielkich przeszkód przedostać się do Moskwy i złożyć skargę przywódcy Kominternu czyli Międzynarodówki Wilhelmowi Pieckowi. Poskarżyła się ona jemu na represje wobec polskich komunistów, na co on odpowiedział: "Moje dziecko, zobaczysz tu jeszcze gorsze rzeczy. Ale tylko ten kraj jest w stanie zatrzymać Hitlera".  Przyjęcie we Lwowie obywatelstwa sowieckiego nie było aktem ideowego zaprzaństwa, gdyż nadawano je wszystkim nie pytając o zdanie. Takich bohaterów jak poeta Aleksander Wat, który wolał sowieckie więzienie niż sowiecki paszport, było niewielu. Warto zauważyć, że - wbrew temu , co pisze pani Aldona - pismo "Nowe Widnokręgi" nie wychodziło we Lwowie, lecz znacznie później. Roman Zambrowski miał za chude uszy, by jako bezpartyjny komunista współpracować z polskojęzyczną prasą przed atakiem Hitlera na Związek Rad.  
Pani Aldona pisze o Bristigerowej straszne rzeczy. Nie wszystko tu pasuje do siebie. Mój znajomy dr inż. Andrzej Cielecki był przesłuchiwany jako powstaniec warszawski przez tow. Lunę. Opisuje ją jako inteligentną panią, która usiłowała go zastraszyć, ale do tortur wykorzystała trzech osiłków w specjalnym pomieszczeniu z izolacją dźwiękową. Zatłuczono go na niemal śmierć, zdzierając przy sposobności paznokcie z rąk, gdyż nieopatrznie wyznał tow. Lunie, że gra na fortepianie. Jest to jedyny mój znajomy, który miał do czynienia z tow. Luną, więc nie wiem, czy jest prawdą, że osobiście torturowała więźniów. Natomiast fakt, iż już w 1953 roku tow. Luna oskarżała Różańskiego w CKKP o znęcanie się nad więźniami dotarł do mnie dzięki pani Aldonie. Widocznie zmiany w Moskwie po śmierci Stalina i aresztowaniu Berii dały jej wiele do myślenia. Pod wpływem swych podopiecznych z "Paxu" trafiła ona do Lasek pod Warszawą. Pani Aldona nie wierzy w jej nawrócenie, gdyż pogrzeb miała świecki i na cmentarzu powązkowskim, ale przecież była to decyzja jej syna Michała, który do Lasek nie pielgrzymował.

Stefan Michnik

W rozdziale dotyczącym Stefana Michnika chciałbym sprostować kilka nieścisłości popełnionych przez panią Aldonę.  Ozjasz Szechter - członek kierownictwa KPZU został skazany w głośnym procesie za działalność antypaństwową, a nie antypolską. Pani Aldona przypomina mi eksperta z cenzury, który opiniował w 1968 roku skonfiskowane przez SB u mnie teksty. Wszystko, co godziło w autorytet władz PRL on określał jako antypolskie. Pomija ona milczeniem fakt, że po zetknięciu się z sowiecka rzeczywistością był on tak rozczarowany, że po powrocie do Polski świadomie wyhamowywał swój udział w budownictwie socjalizmu, zajmując podrzędne stanowiska w porównaniu do tych, do jakich mógł pretendować z racji swych przedwojennych zasług. Adam Michnik nie jest biologicznym synem Ozjasza Szechtera. Według informacji udzielonych przez Szymona Szechtera memu koledze pani Helena i pan Ozjasz wzięli go z polskiego sierocińca na wychowanie. Poza tym godna wzmianki jest informacja, iż Ozjasz Szechter w latach 70-ch oświadczył publicznie, iż był przeciwny karierze Stefana Michnika w PRLowskim wymiarze sprawiedliwości. Nie ma u pani Aldony słowa o tym, że Ozjasz Szechter włączył się w działalność opozycji demokratycznej w PRL i brał udział w głodówce protestacyjnej w kościele św. Marcina. Gdy zmarł, podziemna "Solidarność" zorganizowała mu uroczysty pogrzeb poprowadzony przez kapelana internowanych ks. Jana Sikorskiego. Również Stefanowi Michnikowi warto zapisać na plus jego poparcie dla opozycji demokratycznej w Polsce, współpracę z Radiem Wolna Europa oraz "Kulturą" paryską. Nie zmniejsza to jego przestępstw popełnionych w PRL, ale najgorszy nawet przestępca ma prawo do poprawy.  

Józef Światło

Na zakończenie chciałbym zauważyć, że pani Aldona niepotrzebnie traktuje jako rzetelne źródło wspomnienia Józefa Światły, gdyż był to notoryczny kłamca. Dzięki mądrości dyr. Jana Nowaka-Jeziorańskiego jego wystąpienia radiowe miały piorunujący wpływ na sytuację w PRL, ale dziś jego zeznania wymagają weryfikacji.
Nie można też tytułować rozdziału "Anatol Fejgin - bezkarny aż do śmierci" jeśli się w tekście pisze, iż został on skazany za swe zbrodnie na 12 lat pozbawienia wolności, z czego odsiedział 8. Siedziałem w 1968 roku ze Ślązakiem Ewaldem Szymiczkiem (NB. ofiarą PRLowskiego wymiaru sprawiedliwości) w więzieniu na Rakowieckiej i opowiadał mi, że siedząc przed laty w więzieniu w Strzelcach Opolskich musiał sprzątać celę Anatolowi Fejginowi. Można się zgodzić, że zarówno Fejgin, jak i Różański otrzymali zbyt mało za swe zbrodnie, ale przecież wielu zbrodniarzy komunistycznych  z tamtego okresu, jak i następnych etapów budowania socjalizmu w ogóle uniknęło kary.

Podsumowując moje wywody, powtórzę, że polemika z Janem Tomaszem Grossem wymagała raczej analizy źródeł generujących antypolskie prowokacje w kraju i na świecie. Przecież z punktu widzenia rabinackiego Jan Tomasz Gross nie jest nawet Żydem, ponieważ jego matka była polską ziemianką. Antypolskie teksty, które pisze, dają mu dochód finansowy dzięki dużym nakładom jego książek w kraju. Natomiast książka pani Aldony Zaorskiej powinna mieć tytuł nie "Sąsiedzi", lecz "Strach".

 

  Antoni Zambrowski

artykuły najnowsze | wywiady z autorem | o autorze | felietony TV | o mojej książce |