PUBLICYSTYKA ANTONIEGO ZAMBROWSKIEGO

Sierota po Sojuzie

(23,08,2010)

Oglądałem w moskiewskiej telewizji RTR Planeta program poświęcony stosunkom rosyjsko-ukraińskim, pomyślany jako telemost Moskwa-Kijów. Od czasów pomarańczowej rewolucji takich programów nie napotykałem, teraz po zwycięstwie wyborczym Wiktora Janukowycza znowu jak widać nastała moda na wieczystą przyjaźń rosyjsko-ukraińską. Program pomyślany był tak: w auli wypełnionej przez widzów siedział 5-osobowy zespół miejscowych (moskiewskich lub kijowskich) autorytetów kierowany przez dziennikarza prowadzącego tę debatę i wypowiadał się na tematy podnoszone przez niego. Zespołem kijowskim kierowała dziennikarka Natalia Mosejczuk mówiąca swobodnie po rosyjsku, moskiewskim - znany dziennikarz telewizyjny Dmitrij Kisielow.

Pierwszy telemost

 Podczas pierwszego spotkania 3 lipca obydwa zespoły obsługiwali dwaj satyrycy (po jednym w każdym zespole) rysujący karykatury odpowiednio na Rosjan i Ukraińców. Jako osoba postronna muszę wyznać z żalem, iż nie znam nikogo z autorytetów kijowskich, natomiast z pięciu autorytetów moskiewskich spamiętałem jedynie znanego reżysera filmowego Władimira Bortkę oraz byłego ministra kultury Rosji Michaiła Szwydkoja, pracującego obecnie jako dziennikarz telewizyjny w RTR. Równolegle pełni on zaszczytne obowiązki przedstawiciela prezydenta Rosji Miedwiediewa do spraw międzynarodowej współpracy kulturalnej.  
Dyskusja telewizyjna była zapewne pomyślana w duchu wieczystej przyjaźni pomiędzy bratnimi słowiańskimi narodami, jakie starsze pokolenie może pamiętać jeszcze z PRL. Oczywiście  w czasach PRL do braci Słowian zaliczano obok Rosjan również Polaków, budujących socjalizm pod przewodem KPZR. W III Rzeczypospolitej ta braterska słowiańskość Polaków nie jest już tak oczywista, jak dawniej, zwłaszcza w świetle przynależności Polski do NATO. Natomiast zwycięstwo Wiktora Janukowycza wpłynęło na to, że Rosjanie przypomnieli sobie o swym słowiańskim pokrewieństwie z Ukraińcami.
Oczywiście współpraca ukraińsko-rosyjska mogła budzić wiele kontrowersyjnych tematów godnych omówienia, o czym świadczy jedna z karykatur narysowana przez kijowskiego satyryka. Narysował on Moskala i Ukraińca w strojach ludowych pokazanych od strony pleców. Objęci po bratersku usiłują obydwaj wsadzić swe ręce do kieszeni współtowarzysza. Czujni prowadzący nie dopuścili do takich zgrzytów tematycznych, więc volens nolens dyskutanci omawiali bardziej ogólny temat czy Rosjanie i Ukraińcy są tacy sami i niczym się nie różnią, czy też różnią się pomiędzy sobą jako że wszyscy ludzie są jakoś zindywidualizowani w swych cechach przez Matkę Naturę.

Sierota po Sojuzie

Zgodę psuł dociekliwy reżyser Bortko, który kwestionował w ogóle różnicę pomiędzy narodem rosyjskim a ukraińskim. Władimir Bortko urodził się w Kijowie w dobie przymusowej rusyfikacji Ukrainy i taki stan traktuje jako normę. W swoim filmie "Taras Bulba" według głośnej noweli Mikołaja Gogola napisanej w XIX wieku po rosyjsku, pozwolił on Polakom rozmawiać po polsku, Żydom - w jidysz, natomiast ukraińskich kozaków zmusił, by wbrew prawdzie historycznej rozmawiali nie po ukraińsku, lecz po rosyjsku. Nie dziw, że w takich okolicznościach trudno mu  się dopatrzyć różnicy pomiędzy Ukraińcami a Rosjanami. W programie telewizyjnym  narzekał on, że obrzydliwi politycy podzielili tak wspaniały kraj jak Związek Rad na odrębne państwa narodowe. Użył nawet takiego porównania: mieliśmy wspólny duży pokój, ale komuś się zachciało rozdzielić go szafą.   
Oczywiście w obecnych warunkach dominacji promoskiewskiej Partii Regionów na Ukrainie nie było warunków w tej debacie, by uprzytomnić Moskalom po co ukraińską część pokoju oddzielono szafą od rosyjskiej. Stefan Żeromski opisane przez siebie rusyfikacyjne praktyki carskiej oświaty w Polsce określił jako "Syzyfowe prace". Ustami autorki "Roty" Marii Konopnickiej Polacy się zarzekali: "nie damy pogrześć mowy". Ukrainę władze carskie również rusyfikowały na siłę, ale mimo wszystko nie dały rady zmusić większość Ukraińców do mówienia po rosyjsku. Znacznie gorszym dla Ukraińców doświadczeniem stał się Hołodomor 1932 - 33 roku - sztuczny głód zorganizowany przez Stalina, którego ofiarą padły miliony ukraińskich chłopów. A Stalin, który podjął walkę z tzw. "burżuazyjnymi nacjonalistami" nawet w szeregach ukraińskich komunistów, broniących prawa do kultury narodowej i języka przed rusyfikacją, sam dobrze wiedział i innych pouczał, iż na Ukrainie kwestia narodowa - to kwestia chłopska.  
Dziś rosyjscy historycy obłudnie tłumaczą, że ów stalinowski głód dotknął w ZSRR nie tylko Ukrainę. To prawda, ale śmierć głodowa milionów Kazachów nie wyklucza antyukraińskiego ostrza sztucznego głodu na Ukrainie. W rejonach rosyjskich sąsiadujących z Ukrainą takiego głodu nie było, granice tych rejonów obstawiono wojskiem i pilnowano niczym granic państwowych, by nie dać głodomorom z Ukrainy żebrać o zbawienny kęs chleba, na tereny opustoszałe wskutek głodu sprowadzono później chłopów rosyjskich, a nie chłopów ukraińskich.  Mimo to rosyjscy historycy i politycy idą w zaparte, licząc zapewne na krótką pamięć Zachodu i własnych rodaków.
Rosjanie bronią dotychczasowych wpływów języka rosyjskiego na Ukrainie, zapominając, że te wpływy były wynikiem wieloletniej polityki kolonialnej białych i czerwonych carów wobec Ukrainy. I że  naturalne jest dążenie do odwrócenia tej tendencji i przywrócenia językowi ukraińskiemu powszechności na Ukrainie. Domagając się przywilejów dla rosyjskiego w iście imperialnym stylu Rosjanie zapominają, że liczni w Rosji Ukraińcy nie mają tam żadnych możliwości oglądania ukraińskiej TV, słuchania lokalnych radiostacji w języku ukraińskim i dostępu do ukraińskiej oświaty. Dotyczy to licznych Ukraińców rozproszonych po obszarach Rosji, ale najbardziej Kozaków kubańskich przesiedlonych z Zaporoskiej Siczy na Północny Kaukaz przez Katarzynę II i zrusyfikowanych już w czasach władzy sowieckiej. 
Oczywiście tych - przytoczonych przeze mnie argumentów nikt nie ośmielił by się wypowiedzieć publicznie w takiej debacie, jak w publicznej dyskusji w PRL o przyjaźni polsko-radzieckiej nie sposób byłoby mówić o rzezi Pragi lub o mordzie katyńskim. Toteż nie padły. Nie znaczy to, że nikt nie bronił Ukrainy przed reżyserem Władimirem Bortką. Bronił Ukraińców Michaił Szwydkoj polemizując raz po raz z Bortką, ale w granicach rosyjskiej racji stanu. Ostatecznie skończyło się bez zgrzytów w duchu przyjaźni i wzajemnego zrozumienia.

Drugi telemost

Ciekawszy był drugi taki telemost zorganizowany w następną sobotę 10 lipca br. Prowadzili je ci sami dziennikarze, natomiast paneliści byli tym razem inni zarówno w Kijowie, jak i w Moskwie. Ozdobą moskiewskiego panelu był Nikita Michałkow - reżyser jeszcze bardziej sławny od Władimira Bortki, łączący się telewizyjnie ze studiem ze swej daczy pod Moskwą. Ozdobą pod względem urody była w Moskwie dziennikarka telewizyjna Ksenia Sobczakówna, głośna córka nieżyjącego już polityka rosyjskiego o polskim nazwisku pełniącego w swoim czasie rolę prezydenta miasta Petersburg. Pozostali dyskutanci moskiewscy, których niestety nie znam, podjęli ciekawą dyskusję o tym, czy mieszkańcy Rosji woleliby się upodobnić do mieszkańców Europy pod względem cywilizacyjnym, uwzględniając fakt, że rosyjska prowincja, zwłaszcza wieś, nie dorobiła się jeszcze europejskich standartów i nie ma w domu zwyczajnego WC, zadowalając się prymitywną sławojką. Tę dyskusję udało się ostatecznie spacyfikować zastępując ów drażliwy dla dumy rosyjskiej temat kwestią dlaczego w Mundialu nie ma drużyn z Rosji oraz Ukrainy. Był to ostatni telemost przed letnimi wakacjami. Zobaczymy czy po wakacjach władze RTR odważą się na kontynuowanie tak odważnego eksperymentu tematycznego.

Antoni Zambrowski
artykuły najnowsze | wywiady z autorem | o autorze | felietony TV | o mojej książce |