PUBLICYSTYKA ANTONIEGO ZAMBROWSKIEGO

O człowieku, który przeżył własną śmierć

(grudzień 2010)

W grudniu 1949 roku cały świat "postępu i socjalizmu" obchodził 70-te urodziny wodza całej ludzkości - generalissimusa Józefa Stalina. Pewnego grudniowego poranka z bramy siedziby Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego na rogu Alei Stalina i ul. Koszykowej wyjechała ciężarówka produkcji sowieckiej typu GAZ okryta plandeką z brezentu. Skręciła w prawo w kierunku Służewa, ale w okolicy Placu Unii Lubelskiej wjechała w ulicę Chocimską. Pod Państwowym Instytutem jadący w ciężarówce ubole wyrzucili na jezdnię zwłoki młodego chłopaka. Do trupa podeszła zakonnica w błękitnym habicie i ku swemu zdumieniu stwierdziła, że ten mocno pokiereszowany człowiek zdradza oznaki życia. Chłopca przeniesiono do pobliskiego szpitala, w którym pracowała ta zakonnica i poddano leczeniu. Po upływie tygodnia pacjent odzyskał przytomność i badającemu mu lekarzowi wyznał w zaufaniu , że jest studentem i przeszedł ciężkie tortury w bezpiece. Lekarz pocieszył go, że będzie żył i co więcej - będzie władał rękoma i nogami.  

Śledztwo oznacza tortury

Ów student został zatrzymany przez UB w listopadzie 1949 roku, wkrótce po rozpoczęciu w Szkole Inżynierskiej Wawelberga. Po wstępnym przesłuchaniu na rogu Koszykowej i Stalina (tak się wówczas nazywały Aleje Ujazdowskie) trafił na rozmowę do samej towarzyszki Julii Bristigerowej, która wypytywała go szczegółowo o przebieg walk o kwaterę komendanta Armii Krajowej gen. Tadeusza Bora-Komorowskiego w fabryce Kammlera w pierwszym dniu Powstania Warszawskiego. Najbardziej ją interesowały nazwiska kolegów plutonowego "Andrzejka drugiego" z oddziału por. "Topolnickiego", który był elitarną formacją Kedywu AK. Oddział ten poniósł ciężkie straty w walkach na Starówce i Czerniakowie, ale tow. Lunę interesowali ci nieliczni, którzy Powstanie przeżyli. (Może chciała im zgotować los "Anody", który aresztowany właśnie przez jej departament Ministerstwa zginął  wyrzucony przez okno na bruk). "Andrzejek" przezornie nie chciał sypać kolegów, więc tow. Luna zapytała go, czy nie szkoda mu życia. Odparł, przypominając jej znany obraz Artura Grottgera przedstawiający śmierć sunącą ponad puszczą: "Widziałem tyle śmierci, że to już nie robi wrażenia."

Trzeba przyznać, że jego koledzy z celi w piwnicy na Koszykowej jednak się śmierci się bali. Byli o kilka lat młodsi od 20-letniego "Andrzejka" i czekała ich rozprawa przed sądem wojskowym za konspiracyjne harcerstwo w duchu okupacyjnych "Szarych Szeregów". A więźniowie przerzucani na Koszykową z Więzienia Mokotowskiego na Rakowieckiej straszyli ich młodym sędzią porucznikiem Stefanem Michnikiem, który sypie wyrokami śmierci.

Ze względu na brak właściwej współpracy ze śledztwem wobec aresztowanego Andrzeja Cieleckiego zastosowano swoista perswazję. Stał w "studni" poddany torturze kapiącej na głowę wody, a że wcześniej nieopatrznie wygadał się tow. Lunie, iż umie grać na fortepianie, ubecki oprawca zdarł mu paznokcie z palców obydwu rąk. Najgorsze było jednak na końcu. Zaprowadzono go do sali, dla izolacji wyłożonej dźwiekoszczelnym korkiem. Ściany nosiły ślady krwi. Tam trzech uboli tłukło go metalowymi prętami z nasadzonymi na nie drewnianymi gałkami. Dla wygody oprawców rurki były wyposażone w  skórzane uchwyty. Torturujący ubecy w wieku 25 - 30 lat robili wrażenie silnych i prymitywnych.

Gdy "Andrzejek" czekał na tortury w poczekalni, wyrzucono do niej straszliwie zmaltretowanego człowieka. Był to Marian Grzybowski - starszy już pan, doktor czy nawet profesor medycyny. Był cały połamany wskutek bicia, zaś na twarzy miał wgięcia od ubeckiej maczugi. Wstrząsały nim konwulsje, być może już konał.    

Zapewne wyczekiwanie w przedsionku izby tortur oraz oglądanie ich ofiar w opłakanym stanie należało do ustalonego rytuału psychologicznego oddziaływania na niepokornego aresztanta. Ostatecznie nadeszła kolej "Andrzejka" i w trakcie bicia mógł jedynie się modlić o rychłe omdlenie, kiedy torturowany nie czuje już bólu.
Dalszy ciąg znamy. Uznany za nieżywego trafił na stos trupów na ciężarówce i spadł na bruk na ul. Chocimskiej. 

Powrót do życia

Po ponad miesięcznym pobycie w szpitalu student Andrzej Cielecki wrócił na swą uczelnię i ponownie podjął studia. Lekarz trafnie zdiagnozował przypadek, więc dotrzymał słowa: refleksy nerwowe powróciły do normy, jedynie od czasu do czasu ciężkie urazy czaszki
dawały znać o sobie krótkotrwałymi drgawkami rąk.
Zaraz po powrocie na uczelnię został on ponownie wezwany do MBP na Koszykową, tym razem nie na przesłuchanie, lecz na rozmowę ostrzegawczą. O tym - co tu przeżył - nikomu ani mru-mru, bo inaczej żywy stąd nie wyjdzie.
Pan Andrzej nie szukał otwartej zwady z bezpieką. Ostatecznie nie po to wrócił do opanowanego przez komunistów kraju z brytyjskiej strefy okupacyjnej Niemiec. (Uciekł tam po wyzwoleniu z niemieckiej niewoli, do której trafił wraz z innymi kolegami z AK po upadku Powstania).
Wrócił do kraju mimo wiadomości o rozstrzelaniu ojca przez Rosjan zaraz po zdobyciu przez nich Warszawy w styczniu 1945 roku. Stało się w ich majątku koło podwarszawskiego Konstancina niemal na oczach ludzi. Był więc świadom, gdzie wraca.
Sprawa śmierci ojca powróciła jednak w roku 1952 roku, (a więc jeszcze za życia Stalina), gdy pan Andrzej Cielecki ukończył elektronikę.

Znowu nadstawia głowę

Zgłosił się wówczas do niego oficer działających wciąż w podziemiu Narodowych Sił Zbrojnych z prośbą o skonstruowanie i wykonanie nadajnika radiowego. Zaufane pana Andrzeja zdobył tym, że wiedział zbyt wiele o jego ojcu i to takich szczegółów z jego życia, jakich nie mógł znać konfident UB. Mimo straszliwego niebezpieczeństwa pan Andrzej od obowiązku się nie uchylił, nadajnik skonstruował i na własny koszt wykonał. Do jego wypróbowania w działaniu przyciągnął jeszcze dwie zaufane koleżanki, a następnie przekazał pod właściwy adres. Wpadki na szczęście nie było, UB nie było aż tak wszechwiedzące.
Jeszcze raz inż. Cielecki zaryzykował głową, gdy z urzędowego przydziału pracy trafił do Centralnych Warsztatów Zarządu Radiostacji. Tam przemyślnym sposobem uszkadzał jeden po drugim wielkie jak szafa amerykańskie wojskowe nadajniki radiowe przysłane do Polski po wojnie w ramach dostaw UNRRA. Wbrew zamiarom ofiarodawców zamierzano je użyć jako zagłuszarki audycji "Głosu Ameryki" oraz Radia Wolna Europa. Dzięki pomysłowi pana Andrzeja szybko przepalały się w nich lampy, do których - jak to w gospodarce planowej - nie było części zamiennych.   
Później przyszła stalinowska akcja usuwania z kierowniczych stanowisk syjonistów. Toteż na miejsce dotychczasowego kierownika żydowskiego pochodzenia przyszedł inż. Szmidt - fachowiec o właściwym czyli aryjskim rodowodzie z własnym projektem zagłuszarki. Wykonana w warsztatach "szmidtówka" została przekazana do przebadania w laboratorium, gdzie przepaliła jej się lampa. Inż. Szmidt był jednak wystarczająco bystry, by się nie nabrać na plewy. Domyślił się, że ktoś mu celowo psuje robotę, więc powiadomił UB. Inż. Cielecki wyczuł, że najwyższy czas salwować się ucieczką. A że w czasie trwania nakazu pracy nie mógł złożyć wymówienia, znalazł ratunek poprzez spowodowanie wypadku z porażeniem prądem. Trafił do szpitala. Stamtąd łatwiej było zwolnić się z warsztatów i tak zejść z oczu bezpiece.
Podjął studia magisterskie na wydziale łączności Politechniki Warszawskiej, a po ich ukończeniu obronił pracę doktorskich w Instytucie Fizyki.
Wśród prac, których się podejmował, warto wymienić stanowisko nauczyciela matematyki i fizyki w liceum ogólnokształcącym im. Narcyzy Żmichowskiej, gdzie jego uczennicą była m.in. Teresa Hedzianka, córka słynnego majora AK Antoniego Hedy. Jej koleżanka szkolna zakochała się w swym nauczycielu i wydała się za niego za mąż.
Niezależnie od zajęć zarobkowych pan Andrzej cały czas zajęty był pracą twórczą. Zaczął się więc długi okres stałych wojen podjazdowych z nieruchawą biurokracja komunistyczną, niepokojoną wciąż nowymi pomysłami konstrukcyjnymi niezmordowanego wynalazcy. Zastrzeżenia różnych komisji, które oceniały pomysły jako niemożliwe do wykonania obalał sam konstruktor. Po prostu pokazywał im gotowe prototypy wykonane sposobem gospodarczym we własnym domu.
Ostatecznie skończyło się to procesem sądowym z Polską Akademią Nauki, wygranym w imieniu doktora inżyniera Andrzeja Cieleckiego przez mec. Macieja Bednarkiewicza.
Radio "Solidarność"

A potem przyszła "Solidarność" i stan wojenny. Jego pomysł stworzenia sieci łączności radiowej dla podziemnego Związku zmaterializował się w postaci radia "Solidarność". Nadał około pięćdziesięciu takich audycji. Wykonał dla podziemnej "S" wiele urządzeń nadawczych. Jedno takie oglądał w radiu "Eska". Pokazywano mu je z dumą, nie domyślając się, że jest konstruktorem i wykonawcą urządzenia.
Przez długi czas prezenterką prowadzonego przez niego radia Armii Krajowej "Jutrzenka" była jego koleżanka z Powstania Warszawskiego Jadwiga Latoszyńska- Augustyńska. Ale nadal czuli się radiem "Solidarność". Pan Andrzej wyjaśnia, że pomiędzy celami Armii Krajowej a programem "Solidarności" nie ma żadnych sprzeczności. W ramach jednej i drugiej organizacji walczył o to samo - o wolną Polskę.          

Tygodnik Solidarność nr 50 (482) 1997 r.

Antoni Zambrowski
artykuły najnowsze | wywiady z autorem | o autorze | felietony TV | o mojej książce |