PUBLICYSTYKA ANTONIEGO ZAMBROWSKIEGO

Zagadka światowego bestsellera

(12, 11, 2009 artykuł ukazał się w Asme)

Ta opowieść powstała niczym przysłowiowa zupa na gwoździu. Oczywiście znacie państwo historię sprytnego Cygana, który poprosił gospodynię o umożliwienie mu ugotowania zupy na gwoździu. Zaintrygowana gospodyni wyraziła zgodę, a później dodawała do zupy szczyptę soli, odrobinę kaszy, kapusty, ziemniaków itp. Nieoczekiwanie dla niej wyszedł cały gar pożywnej strawy. Podobnie było i tu.

Dziennikarza interesował Yeti

Do mieszkającego w Wielkiej Brytanii od czasów II wojny światowej polskiego oficera przybył angielski dziennikarz, który zbierał dane o himalajskim "człowieku śniegu" Yeti. Z tego powstała długa autobiograficzna opowieść o polskim oficerze ułanów, który brał udział w polskiej kampanii wrześniowej na terenie Mazowsza, ale w połowie września z na wpół zagojoną raną nogi uciekł w rodzinne strony na Kresach Wschodnich. Tam dopadło go NKWD pod zarzutem szpiegostwa przeciwko Związkowi Sowieckiemu. Porucznik ułanów Sławomir Rawicz był oficerem liniowym i nie miał nic wspólnego z wywiadem. Wystarczyło jednak, że jego rodzina mieszkała w Pińsku, a więc w pobliżu sowieckiej granicy. Na domiar złego miał matkę Rosjankę, która nauczyła go swobodnie mówić po rosyjsku. Czyż trzeba więcej dowodów szpiegostwa? W dodatku oficerowie śledczy domagali się, by Rawicz bez czytania podpisywał protokoły przesłuchania i w ten sposób przyznał się do winy. Ponieważ odmawiał, był torturowany kolejno w kilku więzieniach, aż sąd na Łubiance w Moskwie skazał go na 25 lat więzienia

Po kilku dniach załadowano go do pociągu towarowego złożonego z bydlęcych wagonów. W każdym wagonie jechało kilkadziesiąt polskich więźniów, upchanych jak śledzie w beczce. Po długiej podróży w Irkucku nad Bajkałem z transportu uformowano kolumnę marszową, pilnowaną przez żołnierzy jadących na ciężarówkach na czele i na końcu kolumny. Do tych ciężarówek przywiązano stalowe łańcuchy, do których parami przypięto więźniów. W warunkach syberyjskiej śnieżnej zawiei kolumna przemaszerowała przez około 50 dni półtora tysiąca kilometrów, kierując się na północ. Ostatecznym ich celem był łagier (obóz) nr 303 nad brzegiem rzeki Leny, położony kilkaset kilometrów na zachód od Jakucka.

Ucieczka straceńców

Z tego obozu w kwietniu 1941 roku uciekła grupa straceńców, zmontowana przez Rawicza. Liczyła ona siedmiu więźniów, w tym trzech polskich oficerów. Pozostali to byli Łotysz, Litwin, Jugosłowianin oraz Amerykanin. Obrali oni południowy kierunek ucieczki, gdyż ucieczka w kierunku Kamczatki wydała im się zbyt ryzykowna. Początkowo maszerowali dla bezpieczeństwa w nocy, pokonując za jednym zamachem po 50 km dziennie. Po przekroczeniu skutej lodem rzeki Leny szli przez tajgę za dnia po dziesięć godzin, wciąż w tempie 50 km na dobę.
Nad jeziorem Bajkał napotkali 17-letnią Polkę Krystynę Polańską, która uciekła z pobliskiego kołchozu. Trafiła tam po wkroczeniu Armii Czerwonej na Kresy, gdy ukraińska bojówka komunistyczna zamordowała na Wołyniu jej rodziców. Na wpół przytomna dziewczyna wybiegła z domu i została aresztowana przez NKWD, gdyż zabrnęła do strefy przygranicznej. Skazano ją na pracę przymusową w syberyjskim kołchozie, z którego uciekła, gdy przewodniczący chciał ją zgwałcić. Z radością dołączyła do rodaków mimo znacznie większego zagrożenia w razie ich schwytania. Wraz z nimi dzieliła trudy marszu najpierw na terenie Rosji, a następnie Republiki Mongolskiej. Na jej terenie uciekinierzy udawali pielgrzymów do świętego miasta buddystów Lhassy w Tybecie.
Podczas długiego marszu przez pustynię Gobi pozbawiona wody i żywności grupa poniosła pierwsze nieodwracalne straty. Najpierw umarła z głodu i wyczerpania Krystyna, po kilku dniach po niej - 37-letni Zygmunt Makowski, kapitan Korpusu Ochrony Pogranicza. Ich śmierć głodowa zmusiła pozostałych do skorzystania z rady Amerykanina Smitha, by zwyczajem Indian upolować i zjeść trafiające się co rusz w pustyni węże. Upieczone na ogniu węże oraz znaleziona cudem woda uratowała pozostałym "pielgrzymom" życie, więc podjęli z kolei marsz poprzez Himalaje. Podczas wędrówki przez Tybet zmarł nieoczekiwanie 30-letni Litwin Zachariasz Marcinkovas, architekt z zawodu. Wraz z pozostałymi kolegami położył się spać w napotkanej po drodze jaskini i rano już nie obudził się ze snu.
W Himalajach podróżnicy napotkali parę istot olbrzymich rozmiarów poruszających się w postawie wyprostowanej na dwóch nogach. Ciała miały pokryte brązowym owłosieniem, zaś na głowie długie szare włosy. Ponieważ te istoty nie okazywały strachu na widok grupy ludzi, podróżnicy musieli zboczyć ze swej trasy, aby ich ominąć. Podczas schodzenia z góry spadł nieoczekiwanie w przepaść i zginął wachmistrz Antoni Paluchowicz - najstarszy z Polaków, ustępujący wiekiem jedynie Smithowi. Po upływie kolejnych ośmiu dni marszu "o suchym pysku", po kompletnym wyczerpaniu zapasów jedzenia czterej uciekinierzy natrafili na patrol żołnierzy hinduskich. Ich piesza "odyseja" została szczęśliwie zakończona. Wszyscy trafili do brytyjskiego szpitala wojskowego w Kalkucie. Po powrocie do zdrowia Sławomir Rawicz musiał opuścić kolegów, gdyż zgłosił się na ochotnika do Polskich Sił Zbrojnych na Bliskim Wschodzie. Po wojnie nie miał gdzie wracać, więc osiadł w Anglii, gdzie się ożenił z Angielką.

Książka stała się światowym bestsellerem

W 1955 roku odnalazł go dziennikarz londyńskiego "Daily Mail" Ronald Downing, który szukał relacji o himalajskim człowieku śniegu Yeti. Tak powstała opowieść Sławomira Rawicza "The Long Walk" spisana przez Ronalda Downinga i wydana w 1956 roku. Stała się ona głośnym bestsellerem na całym świecie, oczywiście poza obozem socjalizmu ze Związkiem Rad na czele.
Sam czytałem ją po angielsku z wypiekami na twarzy, wypożyczoną w zaufaniu przez z kolegę z konspiracyjnego kółka dyskusyjnego Aleksandra hr. Pruszyńskiego, późniejszego świadka obrony na mym procesie "marcowym" w styczniu 1969 roku. Przeżywałem wraz z Rawiczem opisane przez niego przygody, wzruszałem się losem biednej Krystyny Polańskiej. Najmniej obchodziło mnie spotkanie z parą Yetich, choć środki przekazu pełne wtedy były opisów człowieka śniegu. Po upadku komuny ukazały się w wolnej Polsce już trzy wydania tej książki po polsku. W tym roku mój młodszy syn Jarek przywiózł mi w upominku z Londynu egzemplarz polskojęzycznego pisma "Polish Express" z 19 - 25 czerwca 2009 r. Na okładce pisma dziennikarze anonsują: "Wielka ucieczka, większa mistyfikacja". I uzasadniają swój zarzut: "Autor głośnego >Długiego marszu< Sławomir Rawicz, opisując swoją brawurową ucieczkę z syberyjskiego łagru nie mógł brać w niej udziału. Właśnie odnalazł się jej prawdziwy uczestnik".
Kto był prawdziwym uczestnikiem "długiego marszu"?

Autor artykułu red. Janusz Młynarski informuje, że Sławomir Rawicz zmarł w Anglii w roku 2004. W 50-lecie pierwszego wydania jego wspomnień dziennikarze BBC4 znaleźli w Instytucie gen. Sikorskiego w Londynie papiery Rawicza, z których wynikało, iż do polskiej armii gen. Władysława Andersa wstąpił nie w Indiach, lecz w Rosji po uwolnieniu z sowieckiego łagru na podstawie amnestii dla Polaków. Powstało podejrzenie, że S. Rawicz wszystko to zmyślił, co było wielkim ciosem dla jego fanów, zwłaszcza dla Francuza Cyryla Delafosse-Guiramanda, który cały tzw. szlak Rawicza przeszedł na piechotę, by uczcić pamięć ofiar GUŁAG-u. W 2006 roku reporterzy radia BBC4 dotarli jednak do oficera brytyjskiego wywiadu Ruperta Mayne'a, który w 1942 roku przesłuchiwał w Kalkucie trzech uciekinierów z sowieckiego łagru. Oświadczył on dziennikarzom, że treść ówczesnych zeznań pokrywa się z relacją S. Rawicza w "Długim marszu". Nie pamiętał jedynie nazwisk owych mężczyzn.
Poszukiwania trwały i dały wynik. Polakiem przesłuchiwanym w Kalkucie przez Ruperta Mayne'a okazał się żyjący szczęśliwie w Anglii 87-letni Witold Gliński. Pochodzi on z Wileńszczyzny i jako 17-letni chłopak został skazany podczas procesu na Łubiance na 25 lat łagru. W obozie pracował jako drwal na wyrębie lasu. Uciekł z obozu w składzie grupy złożonej z amerykańskiego inżyniera, Serba, Ukraińca oraz trzech polskich żołnierzy. Dotarli do Indii, ale poza Glińskim żaden z Polaków nie przeżył marszu.
Z Indii Witold Gliński trafił do Szkocji i wstąpił do I Korpusu PSZ, brał udział w lądowaniu w Normandii, był ranny. Po wojnie osiadł w Anglii i ożenił się. Oczywiście czytał książkę S. Rawicza, ale nie reagował na fakt, że Rawicz wcielił się w jego rolę. Dopiero red. John Dyson z magazynu "Readers Digest", który do niego dotarł, namówił go do ujawnienia się w roli prawdziwego bohatera "długiego marszu".

 

Antoni Zambrowski
artykuły najnowsze | wywiady z autorem | o autorze | felietony TV | o mojej książce |