PUBLICYSTYKA ANTONIEGO ZAMBROWSKIEGO

Sztafeta przyjaźni

(22.12.2008 źródło ASME)
Rosyjski dezerter uciekł ze swej jednostki tuż przed ogłoszeniem stanu wojennego. Działacze i sympatycy "S" przez ponad trzy lata przechowywali go w warunkach najściślejszej konspiracji, przekazując go z rąk do rąk niczym pałeczkę sztafetową w swoistym biegu rozstawnym w imię przyjaźni polsko-rosyjskiej i zarazem antyradzieckiej.

Aleksander Janyszew - pochodzący z rosyjskiego miasta Woroneż żołnierz Armii Sowieckiej uciekł ze swej jednostki w Oławie pod Wrocławiem i po kilku dniach ukrywania się dojechał na skradzionym rowerze do Zarządu Regionu Dolnośląskiego "S" we Wrocławiu. Przyczyną dezercji było nieludzkie traktowanie go przez jego przełożonych, ustawiczne bicie, zakończone pobytem w szpitalu. Za dezerterem natychmiast rozesłano listy gończe, patrole sowieckie poszukiwały go w całej okolicy.
Wobec tego zdecydowano przetransportować go pociągiem do Warszawy. Czołowi działacze mazowieckiej "S" Wiktor Kulerski oraz Henryk Wujec umieścili go w domu pracownicy Zarządu regionu Mazowsza Anki Matuszkiewicz. Warto dodać, że mama pani Anki pochodziła ze Lwowa i cała jej najbliższa rodzina umarła z głodu, wywieziona do północnego Kazachstanu po 17 września 1939 roku.

Pierwsi opiekunowie - kresowiacy

Pierwszymi opiekunami Saszy (tak po rosyjsku brzmi zdrobnienie od imienia Aleksander) obok pani Anki Matuszkiewicz byli jej znajomi działacze "Solidarności", w pierwszym rzędzie Ryszard Szadkowski. Pierwsze dni po ogłoszeniu wojny polsko-jaruzelskiej były bardzo trudne, ponieważ wielu działaczy "S" internowano lub ukrywało się przed SB, konspiracyjne kontakty dopiero się zawiązywały. Pani Anka musiała się liczyć z wizytą SB, gdyż jako pracownicę Zarządu Regionu Mazowieckiego "S" mogli ją internować (co też się stało). Tuż przed policyjnym najściem na ich dom jej mama znalazła pozostawione nieopatrznie przez Saszę zdjęcia w mundurze i je spaliła. Dobrze zrobiła, bo ubecy oglądali dokładnie każdy papierek i długo głowili się nawet nad zapisem przebiegu partii szachów, podejrzewając, iż jest to jakiś szyfr. Początkowo pani Anka ukryła go u zaprzyjaźnionej Marysi Osieckiej. Była to zacna rodzina kresowa, patriotyczna i antysowiecka. Długo tam być nie mógł, gdyż obcujący z nim mali synowie pani Marysi mogli coś wypaplać. W porę przejął go jednak Ryszard Szadkowski, który właśnie wrócił z sanatorium, ale i jemu groziło za działalność w "S" internowanie. Na szczęście "Kotem" zajął się współpracujący z Zarządem Regionu prawnik, mec. Jan Radlicki oraz jego bliższa i dalsza rodzina. Mieszkająca w Podkowie leśnej córka mecenasa, pani Joanna Wadowska miała sześć prawdziwych kotów i stąd pierwsza "ksywka" Saszy "Kot". Przez telefon, który był na podsłuchu, mówiło się, że z "Kotem" dzieje się to lub tamto. Gdy dowiedziała się, że ubecy chodzą w najbliższej okolicy po domach i kontrolują domowników, zadzwoniła: "Kot" napaskudził, weźcie koszyk i zabierzcie go.

Niebezpieczne przygody "Kota"

Takich niebezpiecznych sytuacji było bardzo dużo. Czasem otrzymywano cynk, że w podwarszawskich miejscowościach, gdzie przechowywano "Kota", są przeszukania, więc trzeba było Saszę przewieźć w bardziej bezpieczną okolicę. Czasem było tak, że przechowujący nie wytrzymywali nerwowo napięcia. Pani Anna Czelejowa, która kilkakrotnie przechowywała "Kota", opowiadała mi (gdy dla "Tygodnika Solidarność" zbierałem informacje o akcji ukrywania sowieckiego dezertera), że pewna pani powiedziała ówczesnemu szefowi znanej podziemnej struktury podziemnej MRKS (Międzyzakładowego Robotniczego Komitetu Solidarności) Andrzejowi Machalskiemu, który jej "Kota" dał na przechowanie, że gotowa jest utopić się w Wiśle, jeśli będzie musiała go ukrywać choćby o dobę dłużej. Również Paweł Juzwa - szef innej znanej struktury podziemnej Komitetu Porozumienia Międzyzakładowego Solidarność opowiadał mi, że przechowujący "Kota" ludzie na ogół wytrzymywali psychicznie dwa - trzy tygodnie. Później z dużą ulgą go się pozbywali, przekazując go w inne ręce. Według jego relacji w przechowywaniu Saszy w ramach struktury KPMS brało udział kilkadziesiąt osób z różnych środowisk społecznych. Kilka razy pomiędzy Saszą - młodym, przystojnym chłopcem a siostrami lub córkami przechowujących go ludzi nawiązywała się nić sympatii, które ze względów konspiracyjnych musiały być urywane. Były to dla chłopaka dramatyczne przeżycia. Nigdy nie doszło do wpadki, chociaż osoby go przechowujące trafiały od czasu do czasu w ręce SB i do aresztu. Biorąc pod uwagę ryzyko ukrywania dezertera, kierowane przez Zbyszka Bujaka struktury regionalne (RKW) podjęły decyzje o nie uczestniczeniu w tej akcji.
Jeszcze gorzej postąpiła urzędniczka w Ambasadzie USA w Warszawie, której szef MRKS Andrzej Machalski powierzył zaopiekowanie się Saszą. Zgodnie z umową do ambasady przyprowadziła "Kota" pewna dziewczyna, która go tam zostawiła. Gdy dziewczyna odeszła, urzędniczka wyprosiła dezertera z lokalu ambasady, praktycznie wyrzucając go na pastwę losu. W dużym mieście, którego nawet nie znał, przechowywany głównie w podwarszawskich miejscowościach tułał się samotnie, licząc na cud. Po kilkugodzinnej wędrówce spotkał ponownie tę samą dziewczynę, która go do ambasady przyprowadziła.

Bohaterscy księża

W ukrywaniu Jacka (tak według wyrobionych mu polskich papierów brzmiało jego nowe, polskie imię) brały udział setki ludzi. Niestety, znamy jedynie kilkanaście nazwisk z tego długiego łańcucha dobrej woli. Wśród nich szczególnie zasłużyli się dwaj księża - ksiądz Leon Kantorski z Leśnej Podkowy oraz ksiądz Jerzy Popiełuszko. Ks. Jerzy powierzył Saszę m.in. "babci" Urniażowej - mamie swej współpracownicy Ligii Urniaż-Grabowskiej - znanej lekarki z Legionowa. "Babcia", która przechowywała w czasie okupacji Żydów, opowiadała później, że od tamtych czasów nie spotkała się z takim strachem o życie. Sasza dobrze wiedział, że gdyby go złapano, niewiele by się z nim patyczkowano. Na szczęście dobrze o tym wiedzieli jego polscy opiekunowie.

Przez ponad trzy lata było wiele przypadków ostrego zagrożenia. Służby gen. Kiszczaka stawały na głowie, by schwytać dezertera. Ambasada sowiecka przez cały czas ponaglała go i SB traktowała pościg za Saszą jako sprawdzian swej sprawności wobec nadzorujących ich sowieckich mocodawców. Według relacji Andrzeja Machalskiego, przechowywaniem dezertera zajmowali się również podwładni gen. Kiszczaka - milicjanci, prokurator i różni inni ludzie. W tym księża.
Ostatecznie Andrzej Machalski sprzedał swój samochód i za te pieniądze wynajął grupę jugosłowiańskich przemytników, zawodowo trudniącą się przemycaniem ludzi zza żelaznej kurtyny na zachód. Przyjechali oni po pewnym czasie do Warszawy i w dokumentach przywiezionych ze sobą, a uprawniających do przekroczenia granicy państwowej wymienili misternie zdjęcie na podobiznę Saszy. Po czym upili go i w takim stanie przewieźli swym samochodem na Zachód. Aleksander Janyszew alias "Kot", alias Jacek Ignacy Śledziński ostatecznie wylądował bezpiecznie we Francji, gdzie uzyskał azyl polityczny. Sztafeta przyjaźni polsko-rosyjskiej zakończyła się zwycięstwem Solidarności.

Antoni Zambrowski
artykuły najnowsze | wywiady z autorem | o autorze | felietony TV | o mojej książce |