PUBLICYSTYKA ANTONIEGO ZAMBROWSKIEGO

Qui pro quo przy internowaniu majora Antoniego Hedy

(Opowieść córki Teresy) Mój ojciec został zatrzymany celem internowania późnym popołudniem w pamiętną mroźną niedzielę 13 grudnia 1981 roku w Kaniach koło Warszawy, gdzie mieszkał. Wcześniej ojciec przebywał w Gdańsku. Tam przy okazji zebrania Komisji Krajowej NSZZ "Solidarność" powołał konkurencyjną wobec ZBOWiD "Solidarność" kombatantów AK.

Milicyjne perypetie z zatrzymaniem.

Moja młodsza siostra Marysia na wieść o stanie wojennym wyjechała rano w niedzielę z Kań kolejką WKD do Warszawy. W tym czasie ojciec wrócił po długiej podróży z Gdańska do domu, położył się spać i nie reagował na dobijanie się milicyjno-esbeckiej ekipy, która zjawiła się, aby go zatrzymać i dostarczyć do Warszawy. Ja z kolei na wieść o stanie wojennym, nie będąc w stanie dodzwonić się do ojca w Kaniach, ponieważ telefony zostały wyłączone od północy, wyjechałam tam kolejką WKD i minęłam się w ten sposób z Marysią. Gdy zbliżyłam się do furtki rodzicielskiego domu, podjechała od pobliskiego lasu milicyjna "Warszawa" o brudno-bordowej barwie z trzema funkcjonariuszami w środku. Po ustaleniu mojej tożsamości, usiłowali oni wraz ze mną dodzwonić się od furtki do domu. Zamknięte w domu psy zachowywały się, jak gdyby dom był pusty, gdyż szczekały na milicjantów i jednocześnie skamlały na mój widok. Ponieważ siostry nie było, a ojciec - w mym przekonaniu - nie powrócił jeszcze z dalekiej podróży, postanowiłam zasięgnąć języka u miejscowego proboszcza ks. Leona Kantorskiego w pobliskiej Leśnej Podkowie. Tam dowiedziałam się, że ks. Kantorskiego jako kapelana "Solidarności" zabrała w nocy podobna ekipa milicyjna odprowadzana przez wiernych biciem w dzwony. Na szczęście po przesłuchaniu księdza Leona Kantorskiego przywieziono z powrotem do Leśnej Podkowy.

Gdy wróciłam pod dom, zauważyłam, że w nim jest ojciec, ubrany tylko w bieliznę. Na mój widok włożył on coś na siebie i wyszedł do furtki, by ją otworzyć. Wówczas podjechali czekający pod lasem funkcjonariusze. Wieść o internowaniu ojciec przyjął bardzo spokojnie, postawił jednak warunek, że muszę sprowadzić sąsiada, który weźmie pod opiekę dom i gospodarstwo, tj. szklarnie, na czas jego nieobecności. Gdy sprowadziłam owego sąsiada - pana Stanisława Czerwińskiego, ojciec za zgodą zatrzymujących go milicjantów udzielił mu szczegółowych instrukcji odnośnie ogrzewania domu oraz szklarni, stanowiących źródło utrzymania naszych rodziców. Następnie ojciec ubrał się ciepło niczym na zesłanie na Sybir. Ja powiedziałam, że wracam do Warszawy, na co funkcjonariusze MSW zaproponowali mi wspólną podróż. Wobec tego wsiedliśmy do "warszawy" - ojciec w środku na tylnym siedzeniu, z jednego jego boku funkcjonariusz, zaś z drugiego boku usiadłam ja. Ojciec ubrany jak na Sybir zajął w samochodzie tyle miejsca, że drugi milicjant by już się koło niego nie pomieścił. Usiadł wobec tego niezbyt przepisowo na przednim siedzeniu obok kierowcy. Tak zajechaliśmy na Ochotę pod komendę MO, gdzie pożegnałam się z ojcem, zachowującym cały czas olimpijski spokój. Z Placu Narutowicza wróciłam do domu tramwajem i jak się okazało, znowu rozminęłam się z Marysią, która po odwiedzeniu naszej mamy, kurującej złamanie ręki i przez to unieruchomionej w moim mieszkaniu w Warszawie, wróciła znowu do Kań. Tam przeżyła szok, gdyż po wejściu do domu zastała w nim zamiast ojca obcego mężczyznę czyli owego sprowadzonego przeze mnie sąsiada - pana Stanisława Czerwińskiego. Wszystko to wskutek wyłączenia przez generała Jaruzelskiego telefonów. Dodam, że pan Czerwiński obsługiwał w ramach pomocy sąsiedzkiej gospodarstwo rodziców przez wiele miesięcy aż do zwolnienia ojca z więzienia w Białołęce. I była to ciężka praca.

Dziś wiem, że ojciec został wytypowany do internowania już w połowie października 1980 roku, a zatem w kilka tygodni po uroczystym podpisaniu porozumień sierpniowych. W Urzędzie do spraw Kombatantów wyjaśniono mi, że ojciec był jednym z pierwszego rzutu wytypowanych przez SB do internowania w liczbie 400 osób. Kilka tygodni po podpisaniu porozumień sierpniowych Moskwa już szykowała Polakom stan wojenny i internowania bez sądu.

Zawał wskutek nieporozumienia

Nieporozumienia związane z zatrzymaniem mego ojca dotknęły również w dramatyczny sposób pana Józefa Regenta w pobliskich Otrębusach. Mieszkał on w małym domku przy ul. Słowackiego 5 i podobnie jak ojciec miał obok domu malutką (w porównaniu do naszej) szklarnię. Nie znający terenu ubole minęli Kanie i trafili na ul. Słowackiego w Otrębusach. Nazwa ulicy im się zgadzała (choć nie numer domu) i pasowała do opisu owa malutka szklarnia. Pan Józef nie dał się jednak aresztować, gdyż nie miał pewności, czy ma istotnie do czynienia z władzą, a nie podszywającymi się pod nią bandytami-przebierańcami. Wziął więc do ręki siekierę i zagroził, że stawi im czynny opór.

Gdy na nocne hałasy zaczęli wyglądać z domów sąsiedzi, ubole się wycofali i wrócili do Warszawy po posiłki. Po ich powrocie nastąpił szturm, jeden z uboli zmylony zaspami śniegu na szklarni, wspiął się na jej dach, a gdy szkło załamało się pod jego ciężarem, wpadł do środka. Na dachu została jedynie jego czapka. Ostatecznie pan Józef skapitulował i dał się zabrać ubrany jedynie w sportowy dres do samochodu. Dodam, że był starszym panem w wieku lat 73 i miał sztuczną szczękę, która zgubił podczas walki. Ponieważ pochodził z Kresów, dokładnie z Tarnopola, gdzie jako kolejarz miał jakieś porachunki z władzą sowiecką, uznał, że nadszedł kres jego życia i że za chwilę zostanie zastrzelony w tym lesie. Szczęśliwie jednak milicyjne samochody wyjechały z lasu i obawy pana Józefa okazały się przedwczesne.

Na komendzie na Ochocie pana Józefa wsadzono najpierw do celi, wypełnionej już przez znacznie młodszych od niego działaczy legalnej do tej pory "Solidarności". Wiedzieli oni już o wprowadzeniu stanu wojennego, ale nie umieli wytłumaczyć panu Józefowi przyczyny jego zatrzymania. Dopiero po wezwaniu go na przesłuchanie sprawa się wyjaśniła. Ubecy cały czas upierali się, że mają do czynienia z jakimś nieznanym mu Antonim Hedą. On im wyjaśniał, że to jakieś nieporozumienie. Pomocą w tych wyjaśnieniach posłużyły policyjne fotografie ojca, do których na szczęście nie pasował. Po powrocie do celi pan Józef zasłabł i został odwieziony na Pogotowie, gdzie - kolejny zbieg okoliczności - położono go na łóżko, na którym przedtem leżał znany warszawski dziennikarz red. Jerzy Zieleński. Miał on być redaktorem legalnego pisma "Solidarności" "Mazowsze". Pod wpływem szoku na wieść o wprowadzeniu stanu wojennego red. J. Zieleński wyskoczył przez okno i zginął. W szpitalu pan Józef przebywał ponad miesiąc, a gdy wrócił do domu, wciąż na dachu szklarni wisiała czapka milicjanta, który go chciał internować.

2008-01-03 artykuł ukazał się w Asme

Antoni Zambrowski
artykuły najnowsze | wywiady z autorem | o autorze | felietony TV | o mojej książce |