PUBLICYSTYKA ANTONIEGO ZAMBROWSKIEGO

Polityczne chuligaństwo mera Moskwy

(11.07.2008 źródło ASME)

Przybyć do obcego kraju z wizytą dyplomatyczną i naurągać gospodarzom - to nowe słowo w rosyjskiej dyplomacji.

Mer, czyli prezydent miasta, Moskwy Jurij Łużkow popisał się ostatnio politycznym chuligaństwem na ukraińskim Krymie. Nie pobił jak niegdyś Władimir Żyrinowski moskiewskiej dziennikarki, ale jego występy słowne w mieście Sewastopolu aż się proszą o takie określenie. Prezydent Łużkow jest rosyjskim nacjonalistą i do dziś nie może się pogodzić z niepodległością Ukrainy, a najbardziej z utratą przy tej sposobności Krymu i jego największego portu Sewastopola. Zamiast unikać wobec tego wizyt na Ukrainie, raz po raz przyjeżdża na Krym i tam wygłasza płomienne przemówienia, agitując za powrotem Krymu do Rosji. Jest to taki rodzaj dyplomacji "po rosyjsku".

Ukraina jest zbyt duża, by jej aspiracje niepodległościowe można było potraktować w taki sposób, w jaki potraktowano analogiczne dążenia Czeczenii. Wobec tego swe frustracje pan Łużkow rozładowuje poprzez słowne chuligaństwo. Czy wyobrażacie państwo francuskiego polityka wygłaszającego w Algerii przemówienie o tym, że Algeria powinna pozostać na zawsze francuską?! Rosyjskim politykom nie tylko takie pomysły przychodzą do głowy, ale i bez żadnych zahamowań natychmiast je wprowadzają w życie.
Ukraina powinna ogłosić mera Moskwy personą non grata na całym swym terytorium i potraktować go w sposób, w jaki przed kilkoma miesiącami moskiewskie służby graniczne potraktowały rosyjską dziennikarkę i zarazem obywatelkę mołdawską Natalię Morar. Tę śliczną dziewczynę - za artykuły demaskujące sprzeczne z prawem rosyjskim praktyki kremlowskich służb podczas wyborów do Dumy Państwowej - nie wpuszczono do Moskwy, gdzie jest zameldowana i po kilkugodzinnym przetrzymaniu na dołku policyjnym na lotnisku moskiewskim wysłano pierwszym samolotem do rodzinnego Kiszyniowa. Jurija Łużkowa też należałoby odesłać z adresem zwrotnym do Moskwy. Zamiast tego władze bezpieczeństwa Ukrainy wręczyły mu pismo ostrzegające przed wygłaszaniem przemówień godzących w integralność państwa ukraińskiego. Oczywiście pan Łużkow urzędowego pisma się nie przeląkł i wygłosił ku zachwytowi moskiewskich środków przekazu ogniste przemówienie, oświadczając, że pluje na ukraińskie zakazy i że będzie głosił wszem i wobec, iż Sewastopol powinien powrócić do Rosji. Takie są jej prawa historyczne do tego miasta. Warto tu przypomnieć, że prawa Rosji do Białegostoku i nawet do Warszawy jako centrum administracyjnego Priwislińskiego Kraju są nader podobne.

Rosyjskie, bo podbite przez Rosję

Krym przez wieki był państwem tatarskim i został zdobyty zbrojnie przez wojsko rosyjskie na rozkaz cesarzowej Katarzyny II, czczonej do dziś w Rosji, ale w Polsce określanej tradycyjnie jako osoba "z piekła rodem". Krym podbił i do Rosji przyłączył rosyjski wódz Aleksander Suworow - ten sam, co w Polsce zasłynął jako pogromca polskich powstań narodowych - konfederacji barskiej oraz powstania kościuszkowskiego. Po krwawej rzezi Pragi w październiku 1794 roku straszono nim w Polsce dzieci. Gdy Stalin wcielił zsowietyzowaną Ukrainę w grudniu 1922 roku do Związku Sowieckiego, półwysep Krym otrzymał autonomię jako republika tatarska. Dla podniesienia rangi tej autonomii podporządkowano Krym Moskwie, czyli stolicy Federacji Rosyjskiej oraz ZSRR. Podczas II wojny światowej Stalin wysiedlił Tatarów (podobnie jak wiele innych narodów, szczególnie z Północnego Kaukazu) do Kazachstanu, zarzucając im kolaborację z niemieckim okupantem. Narodowi, który zrodził gen. Andrieja Własowa oraz jego ROA (Rosyjską Armię Wyzwoleńczą) nawet Stalin nie ośmielił się stawiać zarzutów, co więcej - na sławnej popijawie na Kremlu wzniósł toast za bohaterski naród rosyjski.
Jego następca Nikita Chruszczow potępił dwukrotnie - na XX oraz XXII zjeździe KPZR zbrodnie Stalina, zrehabilitował represjonowane przez Stalina narody, ale nie Tatarów. Podczas uroczystych obchodów 300-lecia Perejasłaskiej Rady (czyli podporządkowania przez hetmana Bohdana Chmielnickiego Ukrainy moskiewskiemu carowi Aleksemu) Nikita Chruszczow podarował Ukrainie Krym, przekazując władze nad półwyspem z rąk Moskwy w ręce Kijowa. Chruszczowowi w najczarniejszych snach nie śniła się niepodległa Ukraina ani rozpad Związku Rad, wiec traktował to jako roszadę urzędniczą wewnątrz nadzorowanego przez Kreml terytorium. Gdy w Białowieży podpisano przekształcenie Związku Rad w Wspólnotę Niepodległych Państw, granice administracyjne pomiędzy tymi państwami nabrały mocy urzędowej. Tak Rosja utraciła Krym de facto i de iure, z czym do dziś nie może się pogodzić prezydent Moskwy Jurij Łużkow i reprezentowana przez niego elita moskiewska. Co więcej, Rosję oczekuje kolejny cios, gdyż za dziewięć lat kończy się umowa o stacjonowaniu w Sewastopolu floty rosyjskiej i dzisiejsze niepodległościowe władze Ukrainy nie zamierzają tej umowy przedłużać. Flotę rosyjska czeka więc przeprowadzka do miasta Noworosyjska na czarnomorskim wybrzeżu Północnego Kaukazu. Stąd naciski na Kijów, by nie zadawał kolejnych bolesnych ciosów rosyjskim uczuciom imperialnym.

Argumenty wyssane z palca

Prezydent Łużkow podczas swej wizyty 10 maja w Sewastopolu z okazji 225. rocznicy powstania rosyjskiej floty czarnomorskiej wysunął nowy argument w sporze z Kijowem. Otóż jego zdaniem Chruszczow przekazał Krym Ukrainie (tego nie da się wymazać z historii), ale bez Sewastopola. Sewastopol był bowiem jako baza floty miastem podporządkowanym Moskwie. Jest to oczywiste łgarstwo obliczone na nacjonalistyczny poklask w Moskwie. Mam w mym księgozbiorze sowiecki słownik encyklopedyczny, w którym Sewastopol wymieniony jest jako jeden z krymskich portów bez żadnych odniesień do jego rzekomych specjalnych uprawnień wobec Kijowa.
Moskiewscy politycy wciąż ingerują w sprawy wewnętrzne Ukrainy, strojąc się w obrońców rosyjskiej mniejszości na jej terenie. To samo czynią zresztą wobec Łotwy i Estonii. Rzecz jednak w tym, że domagając się rosyjskiej oświaty dla Rosjan poza granicami Federacji Rosyjskiej, nie dbają o oświatę narodową dla mniejszości etnicznych w Rosji. Ci sami Ukraińcy są tradycyjnie pozbawieni w Rosji praw do oświaty w swym języku i są skazywani na wynarodowienie. Ukraińskiej oświaty nie ma nawet na Kubaniu, gdzie przebywają potomkowie kozaków siczowych, zesłanych tam przez "z piekła rodem Katarzynę". Takie są tradycyjne zasady braterstwa między narodami w rosyjskim wykonaniu. Rosyjski Kali domaga się rosyjskiej oświaty dla mniejszości rosyjskiej poza granicami Federacji Rosyjskiej, ale nie poczuwa się w najmniejszym stopniu do traktowania swych mniejszości narodowych w zgodzie ze swymi postulatami. Podobnie jest w ogóle w polityce zagranicznej. Narodowe autonomie w ramach Republiki Gruzji, czyli Abchazja oraz Południowa Osetia, są chronione przed naciskami Tbilisi przez rosyjskie wojskowe oddziały rozjemcze, ale postulat wprowadzenia międzynarodowych wojsk rozjemczych na terenie Czeczenii Moskwa odrzuca jako zamach na integralność terytorialną Rosji.
Dalszy ciąg sporu władz ukraińskich z Jurijem Łużkowem dowodzi swoistej logiki panującej w obydwu ośrodkach władzy państwowej w Moskwie. Gdy władze w Kijowie ostatecznie zabroniły 12 maja Łużkowowi ponownego wjazdu na Ukrainę, władze rosyjskie odpowiedziały takim samym zakazem dla dygnitarzy ukraińskich, o czym wiem z moskiewskiej TV. Różnica polega jednak na tym, że Łużkow popisał się istotnie politycznym chuligaństwem na szkodę Ukrainy, natomiast żaden ukraiński dostojnik nie ośmielił się agitować kozaków kubańskich za przyjęciem obywatelstwa ukraińskiego lub przyłączeniem Kubania do ukraińskiej macierzy.

Antoni Zambrowski
artykuły najnowsze | wywiady z autorem | o autorze | felietony TV | o mojej książce |