PUBLICYSTYKA ANTONIEGO ZAMBROWSKIEGO

Milicyjny mord na maturzyście

(19.06.2008 źródło ASME)

12 maja w Warszawie w komisariacie MO na Starym Mieście kilku ZOMO-wców zakatowało na śmierć 19-letniego maturzystę Grzesia Przemyka. Był on synem popularnej w kręgach opozycyjnych poetki Barbary Sadowskiej, współpracownicy Prymasowskiego Komitetu Pomocy Więzionym za Przekonania i kilkakrotnie SB-ecy podczas przesłuchań grozili jej śmiercią jedynaka.

Zomowcy butni jak okupanci

12 maja wypada, jak wiadomo, rocznica śmierci marszałka Józefa Piłsudskiego i z obawy przed manifestacjami patriotycznymi po okolicznościowej mszy świętej w Katedrze św. Jana po placu Zamkowym krążyły patrole ZOMO. Tego dnia grupa maturzystów z warszawskiego liceum im. A. Frycza Modrzewskiego świętowała udany egzamin pisemny z polskiego. Chłopcy wypili po lampce wina i udali się na przechadzkę na Stare Miasto. Panował w ich gronie nastrój beztroski absolutnie nie pasujący do grozy sytuacji. Towarzyszył im w tej zabawie nieco starszy od nich kolega Grzesia z Radomia Cezary Filozof, na którego plecy rozbrykany Grześ wskoczył w chwili, gdy grupa wychodziła z ulicy Świętojańskiej na plac Zamkowy. Po kilku krokach Cezary się potknął i wraz z jadącym na barana Grzesiem wywrócił się na bruk. Po chwili obydwaj poderwali się i poszli dalej każdy na własnych nogach, niestety patrolujący w pobliżu ZOMO-wiec Bogusław Bielec dogonił ich i zatrzymał. Gdy zażądał od Grzesia okazania dowodu osobistego, ten odmówił, twierdząc, iż stan wojenny właśnie został odwołany i nie ma konieczności noszenia dowodu przy sobie. Wówczas Bielec wezwał stojący w pobliżu radiowóz. Gdyby Bielec polecił swemu koledze w patrolu Ireneuszowi Kościukowi przeszukanie Grzesia, to ów bez trudu znalazłby w kieszeni spodni jego dowód osobisty.
Tu refleksja: wołaliśmy często na ZOMO-wców "Gestapo", ale w gruncie rzeczy traktowaliśmy ten epitet niejako na wyrost. Niestety, był to błąd. Nie znam metod szkoleniowych w ZOMO, ale niejednokrotnie miałem wrażenie, że nauczono ich nie liczenia się z Polakami i traktowania ludności polskich miast niczym na terenach okupowanych. Zwłaszcza polskiej młodzieży. Można przypuszczać, że gdyby Grześ nie stawiał się milicjantom, nie sprowokowałby ich do brutalnego bicia, zakończonego jego tragiczną śmiercią.
Nie można jednak wykluczyć, że Grzesia nadał patrolowi idący za nim tajniak i że ZOMO-wcy realizowali jedynie ustalony uprzednio plan zatrzymania chłopca, by na pobliskim komisariacie sprawić mu wychowawczy dla niego i jego matki "łomot".

Dlaczego Grześ był boso

Gdy zaskoczony Grześ odmówił wejścia do radiowozu, Bielec uderzył go pałką po plecach tak silnie, że chłopiec z wrażenia zgubił podczas wsiadania do samochodu swe sandały. Klapki podniósł jeden z towarzyszących mu kolegów Jakub Kotański i pobiegł w ślad za radiowozem. Niestety, nikt z całej grupy oprócz Cezarego Filozofa nie odważył się wejść na teren komisariatu MO przy ul. Jezuickiej, toteż tylko Cezary pozostał świadkiem dalszych wydarzeń.
Chłopca skatowali obecni w komisariacie ZOMO-wcy tak okrutnie, ze jego wycie z bólu słyszeli stojący pod komisariatem koledzy. Dyżurujący tego dnia sierżant Arkadiusz Denkiewicz zamiast powstrzymać ich, poradził, by "bili tak, aby nie było śladów". Następnie komendant komisariatu kapitan Konstanty Machnowski wraz z wizytującym komisariat naczelnikiem wydziału służby wywiadowczej kapitanem Romanem Gembarowskim wezwali do komisariatu karetkę pogotowia. Zamiast poinformować o dotkliwym pobiciu chłopca, podali wprowadzającą w błąd informację, iż chodzi o pijanego psychola, który na ulicy rzucał butami w przechodniów. Wobec tego ofiara pobicia zamiast natychmiast na stół operacyjny trafiła do gabinetu lekarza psychiatry, który miał problemy z diagnozą i chciał pacjenta skierować na badania psychiatryczne do szpitala. Wskazówki Denkiewicza, by nie było śladów bicia, utrudniły lekarzowi orientację, że pacjent jest w stanie ciężkiego knock-outu. Powiadomiona tym czasem o dramatycznej sytuacji syna Barbara Sadowska przyjechała na Pogotowie i zabrała syna do domu. Gdy stan chłopca się pogorszył, wezwała ona lekarzy, którzy zoperowali go w szpitalu, stwierdzając katastrofalne skutki milicyjnego bicia. Brzuch Grzesia był w stanie, jak gdyby przejechał go samochód. Przyczynił się do tego sposób, w jaki go katowano. Jeden z milicjantów chwycił go z tyłu, uniósł do góry i unieruchomił, zaś Ireneusz Kościuk wraz z kolegami bili go łokciami w brzuch. Szczególnie destrukcyjne były ciosy zadawane przez Kościuka twardą rękojeścią milicyjnej pałki. 14 maja Grześ zmarł. Na cmentarz odprowadziły go tłumy warszawiaków, w większości młodzieży.

Cyniczna postawa władz komunistycznych

Władze komunistyczne przejęły się nie tyle śmiercią młodego, dobrze zapowiadającego się poety, co rozgłosem wokół tej sprawy. Z wyjątkowym cynizmem pozorowały śledztwo w tej sprawie, prowadząc je tak, by uchronić od kary milicyjnych morderców. Odpowiedzialność za to ponosi gen. MO Czesław Kiszczak, któremu doradcy podsuwali rozsądne rozwiązanie, aby uznać prawdę i potępić łamanie prawa przez funkcjonariuszy. On jednak upierał się przy swoim, być może w obawie, że wówczas wyjdzie na jaw okoliczność, iż był to mord na odgórny rozkaz. Po rozważeniu kilku wariantów, kogo by uczynić kozłami ofiarnymi tej sprawy (m.in. rozważano wersję, że winowajcami śmierci byli jego koledzy), gen. MO Czesław Kiszczak zatwierdził wariant, że sprawcami śmierci mają być pracownicy Pogotowia Ratunkowego. W tym celu rozpętano nagonkę medialną na lekarzy Pogotowia (Bogu ducha winną lekarkę Barbarę Makowską uwięziono pod wyssanymi z palca zarzutami), a następnie wytypowano jako winowajców załogę karetki pogotowia, która zabrała Grzesia z komisariatu po pobiciu. Na przeszkodzie manipulacjom stanął jedyny pozamilicyjny świadek pobicia Cezary Filozof, dzięki któremu znamy przebieg milicyjnego mordu. By zneutralizować skutki jego zeznań, zorganizowano całą milicyjną operację pod kryptonimem "Junior". Wywierano naciski na jego ojca Jana Filozofa - oficera wojska, by wpłynął na syna, aby zaprzestał upierać się przy swojej prawdzie. Dziś wiemy, że omawiano nawet różne formy zatkania mu ust. Gdy ciężkie pobicie nie poskutkowało, rozważano nawet usunięcie na zawsze niewygodnego świadka. Cezarego uratował milicyjny sukces w napuszczaniu sanitariusza Jacka Szyzdka na kierowcę karetki Michała Wysockiego, dzięki czemu udało się uprawdopodobnić wersję pobicia Grzesia w Pogotowiu. Ostatecznie przy udziale znanych ze swej gorliwości prokuratorek Wiesławy Bardonowej oraz Anny Jackowskiej zainscenizowano w lipcu 1984 roku proces pokazowy.
Na ławie oskarżonych zasiedli wprawdzie ZOMO-wiec Ireneusz Kościuk oraz dyżurny z komisariatu Arkadiusz Denkiewicz, cudem rozpoznani przez Cezarego Filozofa mimo utrudnień tworzonych przez kierownictwo MSW. Na normalnym rozpoznaniu podejrzanego stawia się obok zwyczajnych ludzi różniących się wyglądem od siebie oraz od podejrzanego. Podczas tamtego okazania Czarkowi kazano wybierać podejrzanych milicjantów spośród kilku sobowtórów, specjalnie dobranych celem utrudnienia wskazania właściwej osoby. I mimo tych utrudnień udało mu się rozpoznać przynajmniej dwóch milicjantów uwikłanych w mord na przyjacielu. Obok nich posadzono paru lekarzy oraz załogę karetki pogotowia. W wyniku wyreżyserowanej odgórnie rozprawy sądowej uwolniono od wszelkiej winy milicjantów Ireneusza Kościuka i Arkadiusza Denkiewicza, natomiast skazano Michała Wysockiego - kierowcę karetki oraz sanitariusza Jacka Szyzdka. Po procesie zadowolony z jego wyniku min. MSW Czesław Kiszczak przydzielił wysokie nagrody pieniężne grupie funkcjonariuszy MSW z gen. MO Jerzym Grubą na czele (przypomnijmy, że gen. MO J. Gruba był odpowiedzialny za masakrę górników kopalni węgla kamiennego "Wujek" w grudniu 1981 roku, po czym został awansowany na stanowisko w Warszawie).

Prawda wychodzi na jaw

Dopiero po odzyskaniu przez Polskę "niepodległości" ów skandaliczny wyrok został uchylony przez Sąd Wojewódzki wyrokiem z dnia 29 czerwca 1990 roku. Sprawa została zwrócona Departamentowi Prokuratury w Ministerstwie Sprawiedliwości. Dzięki znalezieniu akt operacyjnych kiszczakowskiego MSW świadczących dobitnie o fałszowaniu okoliczności śmierci maturzysty prokuratura umorzyła śledztwo w sprawie skazanych uprzednio członków załogi karetki Pogotowia. Prokurator Prokuratury Wojewódzkiej, mgr Piotr Frankowski opracował nowy akt oskarżenia. W maju 1995 roku rozpoczął się proces sądowy wybranych przez prokuraturę ze znacznie liczniejszego grona winnych śmierci Grzesia ZOMO-wca Ireneusza Kościuka, dyżurnego z komisariatu Arkadiusza Denkiewicza oraz współodpowiedzialnego za matactwa i zacieranie śladów zbrodni pułkownika Kazimierza Otłowskiego. Ponieważ Barbara Sadowska zmarła w 1986 roku, oskarżycielem posiłkowym został ojciec Grzesia, pan Leopold Przemyk. Byłem sprawozdawcą na tym procesie, pisząc regularnie artykuły zamieszczane na łamach "Tygodnika Solidarność", "Najwyższego CZASU!" i przede wszystkim dziennika "Głos" wydawanego przez Antoniego Macierewicza. Wiele z mych sprawozdań przytacza w swej wstrząsającej książce "Osaczony złem" Michał Wysocki - kierowca pechowej karetki. W swych artykułach zwracałem uwagę, że na ławie oskarżonych osadzono zbyt mało osób odpowiedzialnych za mord na Grzesiu. Prokurator Piotr Frankowski w rozmowie ze mną wyjaśnił, że ta rozprawa sądowa jest pierwsza w tej sprawie i że w zależności od jej wyników Prokuratura podejmie następne decyzje. Trwający przez dwa lata i naświetlany w środkach przekazu proces sądowy przyczynił się do ustalenia prawdy, że Grześ został pobity ze skutkiem śmiertelnym na komisariacie MO przy ul. Jezuickiej, że nie było żadnych powodów do zatrzymania go i zabrania na komisariat, że do jego śmierci przyczyniła się fałszywa informacja komendanta komisariatu Konstantego Machnowskiego oraz kapitana Romana Gembarowskiego z Komendy Dzielnicowej MO, przekazana podczas wzywania karetki Pogotowia, iż chodzi o pijanego psychola, a nie ciężko pobitego chłopca wymagającego natychmiastowej interwencji chirurga. Pod tym względem sąd pod przewodnictwem sędzi Barbary Sierpińskiej spełnił swe zadanie.

Trudności ze skazaniem winowajców

Wyrok sądu niestety nie był satysfakcjonujący. Prokurator Piotr Frankowski domagał się dla obydwu milicjantów na ławie oskarżenia po 10 lat pozbawienia wolności, co nie było żądaniem zbyt surowym wobec funkcjonariuszy współwinnych śmierci zatrzymanego bezpodstawnie obywatela. Dla pułkownika Otłowskiego domagał się trzech lat więzienia. Wyrokiem sądu pułkownika Kazimierza Otłowskiego skazano na 1,5 roku pozbawienia wolności w zawieszeniu na trzy lata, sierżanta Arkadiusza Denkiewicza - na cztery lata więzienia zmniejszone do dwóch lat ze względu na amnestię z 1989 roku. Uczestniczącego w skatowaniu Grzesia b. ZOMO-wca, a później policjanta Ireneusza Kościuka sąd uniewinnił z braku dowodów winy. Przez wiele lat trwała walka o skazanie Kościuka. 19 czerwca 2000 roku w Warszawie sędziowie Marek Celej oraz Wojciech Małek pod przewodnictwem sędzi Ireny Gorel uniewinnili I. Kościuka, zaś w następnym roku kolejny sąd orzekł, że sprawa się przedawniła. Na szczęście Sąd Najwyższy uchylił tę decyzje.
Przez cały ten czas trwał dramat prawdziwego bohatera walki o ukaranie milicyjnych morderców - Cezarego Filozofa. Czynne w III RP podziemie ubeckie usiłowało go przez cały czas trwania sprawy zmusić go do milczenia. W małej miejscowości pod Radomiem, gdzie Cezary mieszkał z żoną i dziećmi, krążyły anonimowe samochody, co przypominało dawne ubeckie praktyki jawnej inwigilacji na postrach. Pewnego dnia - jeszcze przed ogłoszeniem wyroku skazującego A. Denkiewicza, zaś uniewinniającego I. Kościuka - nieznani sprawcy zatkali mu starymi spodniami komin w jego chałupce. Opatrzność Boża miała w opiece tę rodzinę: gdyby żona Czarka paliła tego wieczoru w piecu węglem, wszyscy by zaczadzieli. Na szczęście, napaliła drewnem.
Ubeckie prowokacje wobec tej rodziny trwają do chwili obecnej, dając świadectwo wartości przemian w naszym PRL-bis. Niedawno biorąc udział w programie telewizyjnym, Cezary zabronił ukazywania swej twarzy i podawania pełnego nazwiska. Najwyraźniej nie wierzy w zdolność obecnych władz do zapewnienia elementarnego bezpieczeństwa swej rodzinie. Dla niej wciąż trwają koszmary rodem z PRL.

Nowe nadzieje na tryumf sprawiedliwości

We wtorek 27 maja br. w 25-lecie owej zbrodni Sąd w Warszawie pod przewodnictwem rówieśnicy Grzesia sędzi Moniki Niezabitowskiej-Nowakowskiej skazał wreszcie Ireneusza Kościuka na osiem lat więzienia, skracając wyrok na mocy amnestii do czterech lat (oskarżyciel tradycyjnie domagał się 10 lat pozbawienia wolności). Obrońca Kościuka zapowiedział rewizję wyroku. Tak długo jak trwa walka o skazanie Kościuka, nie ma mowy o wyciągnięcie konsekwencji wobec innych sprawców pobicia w postaciach Krzysztofa Dalmaty oraz Piotra Jarmułowicza czy też Bogusława Bielca, obecnego przy tym katowaniu przełożonego ZOMO-wców chorążego Wita Jabłońskiego, jak również wobec współsprawców śmierci - pułkowników Konstantego Machnowskiego oraz Romana Gembarowskiego.
Wyrażając uznanie dla sądu pod przewodnictwem Moniki Niezabitowskiej-Nowakowskiej za decyzję o skazaniu I. Kościuka, nie mogę się zgodzić z jej oceną, że mord na Grzesiu Przemyku nie był zbrodnią komunistyczną. Zaangażowanie całego aparatu władzy PRL w jej tuszowanie świadczy dobitnie, że była to zbrodnia komunistyczna. I tak ją należy traktować.

Antoni Zambrowski
artykuły najnowsze | wywiady z autorem | o autorze | felietony TV | o mojej książce |