PUBLICYSTYKA ANTONIEGO ZAMBROWSKIEGO

Kibice w Związku Rad - od przywódców do bandytów

Najpopularniejsze dziedziny sportu w Rosji - to niewątpliwie piłka nożna oraz hokej na lodzie, zwany tam kanadyjskim. Znany rosyjski satyryk i filozof Aleksandr Zinowjew, opisywał w swej głośnej powieści o życiu w sowieckiej Rosji za czasów Brieżniewa konflikt pomiędzy zięciem-intelektualistą a teściową. Ta szanowała tylko mężczyzn grających w hokeja. Zanim po II wojnie światowej za zgodą samego Józefa Stalina wprowadzono w Kraju Rad kanadyjską odmianę hokeju, w którą grają na całym świecie, w Rosji cieszył się popularnością hokej rosyjski. Różni się on od kanadyjskiego konstrukcją kija oraz tym, że gra się w nim piłeczką, a nie krążkiem. Rosja jest krajem północnym i ci sami ludzie w lecie kibicują piłkarzom, zaś w zimie hokeistom.

Szalapin futbolu

Wielu zresztą zawodników, jak dla przykładu legendarny napastnik, a później trener Wsiewołod Bobrow w lecie grało w piłkę, zaś w zimie - w hokeja. (Później, gdy kontuzje nóg w skutek wielu fauli na polu karnym uniemożliwiły mu dalszą grę w piłkę nożną, popularny zawodnik grał wyłącznie w hokeja. Choć hokej wygląda na grę bardziej męską, czyli brutalną, niż piłka nożna, paradoksalnie dawał większe możliwości bezpiecznej gry. Bobrow nie był jednak zbyt szczęśliwy po tej zamianie. Tłumaczył żonie, że w hokeju trzeba więcej się nabiegać, ale w piłce nożnej trzeba więcej pomyślunku ).Wszyscy przywódcy sowieccy od czasów stalinowskich byli zapalonymi kibicami. Gdy wypadało spotkanie piłkarskie lub hokejowe z udziałem Bobrowa podobno przekładano na inny termin lub przynajmniej godziny posiedzenia instancji partyjnych i państwowych wszystkich szczebli od najwyższych do terenowych. O miłości jaką budził u kibiców niech świadczy fakt, że znany poeta rosyjski Jewgienij Jewtuszenko poświęcił mu wiersz, sławiący go jako Szalapina futbolu. Przyjaźnił się z nim jego sąsiad z tego samego domu marszałek Nikołaj Bułganin, który często zapraszał go na wspólne przechadzki, na których wypytywał o sprawy klubowe. Swoje względy okazywali mu również przedstawiciele niższych warstw społecznych, a nawet tzw. marginesu. Pewnego razu jakiś młody cham chciał poza kolejką zabrać się taksówką. Gdy piłkarz czekający wraz innymi zwrócił mu ostro uwagę, wyszedł z samochodu i przeprosił go z ostentacją. W zimie 1946 roku Bobrow wracał w nocy od swych znajomych mieszkających pod Moskwą. Po drodze grupa bandytów zabrała mu jego atrakcyjny płaszcz skórzany, czapkę futrzaną oraz zegarek. By nie zamarznąć po drodze piłkarz pobiegł wzdłuż ulicy. Po chwili usłyszał tupot nóg. Bandyci dopędzili go, upewnili się, czy istotnie maja do czynienia ze sławnym sportowcem i następnie zwrócili mu zabrane rzeczy.

Klub WWS czyli Wataha Wasilija Stalina

Do dnia dzisiejszego zawodnicy i trenerzy pamiętają zainteresowanie i opiekę jakimi otaczali "swoje" kluby różni dostojnicy sowieccy najwyższego szczebla, jak premier Nikołaj Bułganin lub premier Aleksiej Kosygin. Jako kibic moskiewskiego "Spartaka" odznaczył się I sekretarz moskiewskiej organizacji WKP(b) Nikita Chruszczow. Opiekunem swego resortowego klubu "Torpiedo" był minister przemysłu zbrojeniowego Dmitrij Ustinow. Przeszła do legendy wojna toczona przez dwóch wpływowych kibiców: opiekuna klubu "Dynamo" Lawrentiego Berii oraz opiekuna klubu lotniczego Wasilija Stalina. Klub lotniczy nazywał się klub WWS (po rosyjsku: wojenno-wozdusznyje siły czyli lotnictwo wojskowe) i złośliwi rozszyfrowywali te inicjały jako wataha Wasilija Stalina. Syn przywódcy sowieckiego był po wojnie generałem lotnictwa i dowódcą sił lotniczych moskiewskiego okręgu wojskowego. Dzięki temu mógł on przeciągać do swej drużyny zawodników, obiecując w razie transferu do klubu WWS mieszkanie, stopień wojskowy i związane z tym oficerskie wynagrodzenie. Lawrenti Beria miał podobne możliwości, co młody Stalin, jeśli chodzi o zachęty. Jako komisarz ludowy spraw wewnętrznych czyli szef NKWD posiadał on dodatkowe atuty represyjne. W czasie wojny, dokładnie w 1942 roku, NKWD wpakowało do więzienia na 10 lat czterech braci Starostinowów: Nikołaja, Aleksandra, Andrieja oraz Piotra, oraz dwóch ich kolegów klubowych - Jewgienija Archangielskiego i Stanisława Leutę, oskarżając ich wszystkich o próbę zatrucia wodociągu moskiewskiego cyjankiem potasu. Każdy rozumiał, że wszechwładnemu Berii chodzi o ukaranie znakomitych piłkarzy, stanowiących trzon drużyny moskiewskiego "Spartaka" uniemożliwiających swą wspaniałą grą zwycięstwo moskiewskiego klubu "Dinamo" w mistrzostwach ZSRR. Powiadają, że już w 1939 roku usiłował on w ten sposób ukarać braci-piłkarzy, ale uniemożliwił to ówczesny premier Związku Rad Wiaczesław Mołotow. Córka Nikołaja Starostina chodziła do tej samej klasy, co córka Mołotowa Swietłana, więc premier nie chciał podcyfrować wniosku o uwięzienie piłkarzy. Wobec tego Beria odczekał parę lat i mimo wszystko sfabrykował absurdalne oskarżenie przeciwko popularnym piłkarzom. Wszechwładza tak uderzała Berii do głowy, że pewnego razu już po wojnie wtargnął on po zakończonym meczu do pokoju sędziowskiego i zwymyślał najgorszymi "bluzgami" sędziego za to, że swymi decyzjami uniemożliwił zwycięstwo "dinamowców". Do tej pory kibice opowiadają sobie dowcipy o tym, co proponował Beria sędziemu uczynić z gwizdkiem i gdzie go ma sobie wsadzić.

Młody Stalin przeciwko Berii

Młody Stalin - ufny w poparcie ojca - jako jedyny w całym Kraju Rad miał odwagę przeciwstawiać się bezeceństwom Berii. Potrafił on wysłać wojskowy samolot na Syberię, by sprowadzić stamtąd z powrotem do Moskwy podpadniętego Berii piłkarza Nikołaja Starostina. Wasilij chciał, by ten trenował mu drużynę piłkarską WWS. I tak się stało. Wdzięczni zawodnicy jeszcze dziś powtarzają, że interwencja młodego Stalina u ojca uratowała od skazania na pobyt w łagrze na Kołymie piłkarzy reprezentacji ZSRR po występach na olimpiadzie w Helsinkach w 1952 roku. Spotkali się oni dwukrotnie z reprezentacją Jugosławii, czyli kraju który przez obóz komunistyczny był traktowany jako parszywa owca. W pierwszym spotkaniu Jugosłowianie prowadzili, ale Sowieci zdołali wyrównać na 5:5. W spotkaniu rewanżowym wygrali jednak Jugosłowianie z wynikiem 3 : 1. Ponieważ trzon reprezentacji ZSRR tworzyli zawodnicy moskiewskiego klubu CDSA czyli wojskowi konkurenci moskiewskiego klubu "Dinamo", Beria doprowadził do ukarania "winowajców". Drużynę rozpędzono na cztery wiatry. I tylko wstawiennictwo młodego Stalina uratowało najbardziej podpadniętych Berii zawodników przed uwięzieniem na Kołymie. Przez dwa lata wojskowi nie brali udziału z życiu sportowym Kraju Rad. Dopiero po aresztowaniu Berii w czerwcu roku 1953 minister obrony Nikołaj Bułganin odważył się jesienią tegoż roku odtworzyć sekcję piłkarską klubu CDSA. Po pewnym czasie Wasilij zaczął zdawać sobie sprawę, że otoczenie generalissimusa nie daruje mu takiej postawy i że tyle jego młodego życia, ile będzie żył jego niemłody i schorowany ojciec. Wobec tego zalewał robaka alkoholem. Swemu przyjacielowi wytłumaczył, że ma do wyboru: samobójczą kulę w łeb lub alkohol. I rzeczywiście w kilka tygodni po pogrzebie Stalina w marcu 1953 roku Wasilij został zdegradowany, aresztowany i skazany na 8 lat pozbawienie wolności z artykułu o antysowieckiej propagandzie. W akcie oskarżenia dopisano mu również niezgodne z planem wydatkowanie środków finansowych na zbudowane z jego inicjatywy, a użytkowane do dnia dzisiejszego w Moskwie obiekty sportowe. Przy sposobności rozpędzono na cztery wiatry drużynę piłkarską WWS. Dwaj zawodnicy - napastnicy Wiktor Fiodorow oraz Siergiej Korszunow trafili do odtworzonej przez marszałka Bułganina drużyny CDSA. Wprawdzie nastąpił czerwcowy zamach stanu na Kremlu i na ławie oskarżonych zasiedli Beria oraz inni jego oprawcy, m.in. zaangażowani w śledztwo przeciwko młodemu Stalinowi. Jemu to w niczym nie pomogło i pozostał przez siedem lat w ciężkim więzieniu w mieście Władimir. Po zwolnieniu z więzienia nakazano mu przebywać na zesłaniu w mieście Kazań, gdzie zmarł przedwcześnie w marcu 1962 roku czyli w 9 lat po śmierci swego ojca. Tak kremlowska elita rozwiązywała spory zrodzone na boisku piłkarskim. Jeśli przywódcy wielkiego kraju dawali taki przykład traktowania zasady "fair play", czego można wymagać od zwyczajnych kibiców.

Scena na stadionie

Przed laty jako młody chłopak przeżyłem chwile grozy na stadionie w Łużnikach w Moskwie. Było to w lecie 1963 roku podczas mego pobytu w tym mieście. Przypadkiem w hotelu "Ukraina" spotkałem dawnego kolegę ze studiów na Uniwersytecie Moskiewskim, który zaprowadził mnie na spotkanie z innymi kolegami z roku akademickiego. Po sutym obiedzie obficie zakropionym alkoholem udaliśmy się na Łużniki, gdzie grała reprezentacja Moskwy (równorzędna zapewne reprezentacji całego kraju) z jakąś znakomita drużyną brazylijską. Brazylijczycy cały czas przeważali, co moskiewscy kibice przyjmowali z wielkim bólem. W tak trudnej psychologicznie sytuacji pod wpływem wypitego do obiadu koniaku odważyłem się solo dopingować Brazylijczyków. Znałem kilka słów po portugalsku, resztę uzupełniałem angielskim. Ponieważ ze swymi kolegami porozumiewałem się płynną ruszczyzną, sąsiedzi na trybunie brali mnie za miejscowego zdrajcę z jakichś względów dopingującego obcokrajowców. Gdybym miał na sobie jakiś znak świadczący, że również jestem cudzoziemcem, być może ich reakcja nie była tak gwałtowna. A tak wołano do mnie, bym zatkał swój pysk, bo cenę biletu na stadion już odszczekałem. Gdyby nie obecność licznej grupy moich kolegów pewno by mnie tam zlinczowano. Na usprawiedliwienie wyklinających mnie kibiców moskiewskich można powiedzieć, że słownictwo tow. Berii sztorcującego sędziego i doradzającego mu gdzie ma wsadzić gwizdek było mimo wszystko wulgarniejsze. A zatem chamstwo moskiewskich kibiców wobec mnie nie osiągnęło kremlowskich szczytów.

Antoni Zambrowski
artykuły najnowsze | wywiady z autorem | o autorze | felietony TV | o mojej książce |