PUBLICYSTYKA ANTONIEGO ZAMBROWSKIEGO

Kapłan podziemnej "Solidarności"- wywiad Antoniego Zambrowskiego z dr Ligią Urniaż-Grabowską

(17.11.2008 źródło ASME)
O swej współpracy z ks. Jerzym Popiełuszką opowiada dr Ligia Urniaż-Grabowska - działaczka "S" służby zdrowia, b. senatorka Rzeczypospolitej.

- Poznałam księdza Jerzego na mszy świętej pod kościołem św. Anny w Warszawie, odprawianej dla młodzieży przez ojca świętego Jana Pawła II podczas jego pierwszej pielgrzymki do Polski w czerwcu 1979 roku. Ks. Jerzy zajmował się wtedy w kościele św. Anny duszpasterstwem akademickim i zaczął budować duszpasterstwo środowisk służby zdrowia. Zakładano, że będzie to duszpasterstwo dla średniego personelu medycznego, ale już po pierwszych spotkaniach z nim włączyli się również lekarze oraz studenci medycyny.

Kazał nam zwracać się do siebie po prostu Jurek

Robił wielkie wrażenie na swym otoczeniu wyjątkową bezpośredniością i autentycznością. Nie było w nim nic z pretensjonalności, biła z niego prostota i szczerość. Wszyscy byliśmy z nim po imieniu. Gdy ze względu na stan zdrowia Jurka (tak kazał się do siebie zwracać), przeniesiono go na rezydenta w kościele św. Stanisława Kostki, w ślad za nim na Żoliborz przeniosło się natychmiast całe nasze środowisko.
W sierpniu 1980 roku w czasie fali strajków robotniczych otrzymał on polecenie odprawienia mszy świętej dla strajkujących robotników huty Warszawy. Pamiętam, jak bardzo przeżywał swe zadanie, pełen niepokoju, czy mu podoła. I radość z sukcesu, kiedy z huty powrócił. Odtąd jego malutki pokoik na plebanii kościoła stał się ośrodkiem działalności związkowej i duszpasterstwa świata pracy.
Później przyszedł stan wojenny, który mnie zastał chorą po ciężkim pobiciu przez nieznanych sprawców po nocnym dyżurze na pogotowiu w Legionowie. Komisja Interwencji Zarządu Regionu Mazowsza uznała to za zemstę SB za mą działalność związkową w Legionowie i Nowym Dworze.
Uprzedzona przez Gosię - moją córkę, która wtedy właśnie brała udział w strajku studenckim na Politechnice Warszawskiej w obronie podchorążych Wyższej Oficerskiej Szkoły Pożarnictwa, wyniosłam się z domu i nie dałam się internować. Mimo to włączyłam się natychmiast w prace Prymasowskiego Komitetu Pomocy Więzionym za Przekonania przy kościele św. Marcina przy ul. Piwnej na Starym Mieście. Przychodziłam też na rozprawy sądowe robotników represjonowanych za działalność związkową i udział w strajku po ogłoszeniu stanu wojennego.
Byłam w stałym kontakcie z księdzem Jerzym, wokół którego skupiło się liczne grono ludzi potrzebujących poparcia i otuchy. Przywoziłam z Piwnej dary dla różnych podopiecznych ks. Jerzego siedzących w więzieniu lub działających w ukryciu. Na wzór księdza Jerzego, który od ostatniej niedzieli października 1981 roku odprawiał u siebie w kościele msze święte za Ojczyznę, i którego wspierało swymi występami liczne grono aktorów scen warszawskich, od stycznia 1982 roku zainicjowałam u nas w Legionowie takie same msze święte z udziałem tych samych artystów każdego 13-tego dnia miesiąca. Pozwoliło to ludziom w naszym kalekim mieście poczuć się razem i przełamać barierę strachu.
W sierpniu 1982 roku ostatecznie zostałam internowana przez SB. Gdy ks. Jerzy został o tym powiadomiony, natychmiast pomknął na uczelnię do mojej córki. Znał ją z kościoła, gdzie pomagała ona w dekorowaniu przed mszą. Zapytał ją, czy mógłby w czymś nas pomóc. Otrzymałam też kilkakrotnie grypsy od niego w czasie widzeń, a wiele satysfakcji sprawiła mi wiadomość, że wspomniał o mnie i mym uwięzieniu podczas najbliższej mszy za Ojczyznę.
Z internowania wróciłam w nocy przed wigilią Bożego Narodzenia 1982 roku i zaraz w pierwszy dzień Świąt przyjechaliśmy z Legionowa na Żoliborz. Ksiądz Jerzy cieszył się z naszej wizyty spontanicznie jak chłopiec.

Był oparciem duchowym dla Basi Sadowskiej - matki śp. Grzesia Przemyka

Zamordowanie Grzesia było strasznym ciosem dla Basi. Wydawało się, że tego ciosu ona nie przeżyje. Nie jadła, nie spała, zeschła na wiórek. Gasła w oczach. Musieliśmy zabrać ją do szpitala na Barskiej na kroplówki. Przebywała tam przez dłuższy czas. Pomyślałam, że tylko taki autentyczny kapłan, jak ksiądz Jerzy, może wytłumaczyć jej sens tak strasznego cierpienia.
Trzeba powiedzieć, że ksiądz Jerzy odegrał bardzo ważną rolę w pogrzebie Grzesia. Przecież w pierwszej chwili młodzież chciała iść na komisariat na Jezuickiej na Starym Mieście, gdzie go tak skatowano, i w odwecie obrzucić go butelkami z benzyną. Ksiądz Jerzy wpłynął na nich i odwiódł od takich pomysłów. Ustaliliśmy, że młodzież przejdzie w ciszy i skupieniu za trumną Grzesia od kościoła na cmentarz na Powązkach i każdy będzie trzymał w ręku czerwony goździk. Ja te goździki dla nich kupiłam i przyniosłam do kościoła. Przedtem ksiądz Jerzy musiał przekonywać różne wielkie autorytety z opozycji, że jest w stanie zapanować nad tak wielką manifestacją młodzieży.
Na spotkaniu z Ojcem Świętym w kościele o.o. kapucynów stałyśmy z Basią razem. Trzymałam ją w objęciach, gdyż dosłownie brakło jej sił. Oczekiwanie na Ojca Świętego przeciągało się ze względu na jego spotkanie w Belwederze z gen. Wojciechem Jaruzelskim. Wreszcie przyjechał i przeszedł przez cały kościół do sarkofagu, gdzie pochowano serce króla Jana III Sobieskiego. Gdy wracał, zaszło coś doprawdy metafizycznego. Maja Komorowska oraz Andrzej Łapicki wskazali mu na Basię i on szedł w naszym kierunku przez tłum. Trzymałam Basię tak, że była do niego plecami, ale ja patrzyłam na niego, gdy do nas się zbliżał. Objął nas obydwie i na jego twarzy było tyle bólu i współczucia. Całą twarz miałam zalaną łzami. Trwało to długo w milczeniu. Słowa były zbędne. Ksiądz Jerzy był wtedy w kościele, ale go koło nas nie widziałam.
Prosiłam księdza Jerzego, by zaopiekował się Basią, gdyż ciężar jej bólu był ponad jej siły. Przedtem ona przychodziła na msze za Ojczyznę, ale to była osoba tak nieśmiała, że nigdy chyba nie zamieniła z nim słowa. Stała sobie w kąciku i nie zwracała na siebie uwagi. Na moja prośbę ksiądz Jerzy wpadał do Basi wraz ze swym kierowcą Waldkiem Chrostowskim albo ja zabierałam ją ze sobą do niego. Ona czuła w nim szczere, nie udawane współczucie, więc był dla niej - podobnie jak dla wielu innych ludzi - prawdziwą ostoją i oparciem w potrzebie. Dlatego też Basia tak strasznie przeżyła jego porwanie i nie chciała dopuścić myśli, że on już nie żyje. Tak jak wielu innych nie wyobrażała sobie świata bez niego.
To był przecież niezwykły kapłan. Całym swoim życiem głosił Ewangelię. W pierwszą Wigilię stanu wojennego on - taki przeciwnik "junty" - wsiadł w samochód i dzielił się opłatkiem ze zmarzniętymi żołnierzami koło koksowników. A później, gdy SB już jawnie chodziła za nim, wychodził on do nich poza ogrodzenie kościoła i częstował ich kanapkami i gorącą herbatą. On kochał ludzi szczerze, a nie tylko w słowach, i dlatego jego kazania miały taką siłę nośną.
Mało kto zdaje sobie sprawę z tego, ile pracy te homilie go kosztowały. Na dwa tygodnie przed mszą za Ojczyznę zaczynał układanie treści kazania, dobierał słowa i zdania. Wielokrotnie sprawdzał na nas oddziaływanie poszczególnych zwrotów. Pytał nas, swych przyjaciół z wyższym wykształceniem o odbiór poszczególnych zwrotów, ale z nie mniejszą uwagą sprawdzał ich odbiór w rozmowach z prostymi hutnikami. Pytał hutników, czy rozumieją dokładnie, o co mu w danym ustępie kazania chodzi. Był stale otoczony przez garnących się do niego ludzi, więc gdy brakowało mu czasu na ułożenie homilii, znikał na dłuższy czas, by mu nie przeszkadzano w pracy. Często ukrywał się u mojej mamy, gdzie miał lepsze warunki do pracy.

Wystarczyła karteczka od ks. Jerzego

Przyjaźń z moją matką - to materiał na całą opowieść. Ona przy nim jak gdyby odmłodniała, przypominając czasy, gdy jako młoda dziewczyna była łączniczką w Armii Krajowej. Pytałam kiedyś Jerzego, czy moja matka mu nie przeszkadza, przecież widuję ją u niego ranki i wieczory. Zgromił mnie, bym nie wtrącała się w ich sprawy, bo on bez "babci" nie wyobraża załatwienia wielu spraw. Po jego śmierci jeszcze długi czas wielu sądziło, że moja mama była jego prawdziwą babcią.
Jej wystarczyła karteczka od księdza Jerzego, by wzięła do siebie na kilka tygodni rosyjskiego dezertera, który uciekł z jednostki pod Wrocławiem tuż przed ogłoszeniem stanu wojennego i był ukrywany w Warszawie oraz okolicy przez ludzi "Solidarności" mimo niebezpieczeństwa, które on mógł ściągnąć na siebie i otoczenie. Obydwoje zdawali sobie sprawę z tego niebezpieczeństwa. Gdy było już po wszystkim i dezerter ukrywał się gdzie indziej, przyznała się mnie - nieświadomej niczego, co ona przeżyła. Powiedziała, że od czasu okupacji hitlerowskiej, kiedy chowała przed Niemcami jakąś Żydówkę, nie widziała nikogo tak straszliwie przerażonego. Zrobiła to, gdyż dostała karteczkę od księdza Jerzego.
Tuż przed jego porwaniem 13 października 1984 roku moja córka Małgosia przyszła do niego, by się pożegnać przed jej wyjazdem do Paryża. Dałam mu kiedyś różaniec mojej prababci, który traktowałem jak talizman, przynoszący szczęście. Ten różaniec chciał oddać Małgosi, ale ona odparła, że tam za granicą jest bezpieczniej, więc lepiej niech ten różaniec pozostanie z nim. Bardzo się tym wzruszył.
Czuł zaciskającą się obręcz SB wokół siebie. Wzywali go na przesłuchania, zorganizowali bezczelną prowokację z podrzuceniem broni w jego mieszkaniu na Chłodnej. Zdawał sobie sprawę, że nawet stałe poświęcenie ludzi "S", którzy go chronili, nie może mu zapewnić bezpieczeństwa. I tak się stało.
W przeddzień pogrzebu miał już przygotowany grób na Powązkach. Ludzie jednak uparli się, by pochować go koło jego kościoła. Wzięłam ze sobą jego mamę oraz Basię Sadowską i pojechałyśmy do księdza Prymasa Józefa Glempa na Miodową. Długo klęczałyśmy tam na stopniach, nim udało się nam przekonać księży z Kurii, by powiadomili o nas księdza Prymasa.
Gdy wyszedł do nas, każda z nas jak pod wpływem Ducha Świętego mówiła do niego swoje: pani Marianna - że zna tylko drogę do kościoła św. Stanisława Kostki, zaś na Powązki nie trafi, Basia - że nie chce, by ubecy tak samo profanowali grób księdza Jerzego, jak profanują grób jej syna. A ja namawiałam księdza Prymasa, by zaufał instynktowi ludu, który domaga się pozostawienia grobu kapłana koło jego kościoła, że kolejka wiernych składających podpisy pod apelem o jego pozostawienie przy kościele ciągnie się aż pod Dworzec Gdański. Dwaj hutnicy, którzy byli z nami, również nas poparli. Ksiądz Prymas wysłuchał nas i podjął decyzję o pozostawieniu grobu przy kościele.

Rozmawiał i zanotował Antoni Zambrowski
artykuły najnowsze | wywiady z autorem | o autorze | felietony TV | o mojej książce |