PUBLICYSTYKA ANTONIEGO ZAMBROWSKIEGO

Fakty i mity o Marcu 68

Obchodzone hucznie 40. rocznica wydarzeń marcowych wywołała wiele komentarzy w środkach przekazu, nie zawsze świadczących o rozeznaniu faktów wśród młodej braci dziennikarskiej. Chciałbym jednak skomentować krytycznie dwie wypowiedzi poważnych dziennikarzy. Jednym jest zawodowy historyk i jednocześnie czołowe pióro tygodnika "Nasza Polska", w którym zdarza się również mnie zamieszczać od czasu do czasu swoje artykuły. Mam na myśli red. Pawła Siergiejczyka i jego felieton pt. "Czym był Marzec?" ("NP" nr 10 z 4 marca br.).

I

Red Siergiejczyk pisze z przekąsem o kanonicznym opisie tych wydarzeń lansowanym przez "Gazetę Wyborczą": "W społecznej świadomości funkcjonują bowiem tylko dwie klisze związane z Marcem: rozgromionego przez milicję protestu studentów UW oraz masowej emigracji Żydów z Polski". Nie jest to pełny obraz wydarzeń, gdyż patriotyczny protest studentów w obronie mickiewiczowskich "Dziadów" zapoczątkowany został przez studentów warszawskiej Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej, następnie poparty masowo przez studentów Uniwersytetu Warszawskiego i to niekoniecznie związanych z tzw. "komandosami" Jacka Kuronia i Adama Michnika. Świadczą o tym relacje Bohdana Urbankowskiego - ówczesnego mieszkańca domu studenta UW przy ul. Kickiego na Grochowie (dodam, że red. B. Urbankowski swoje relacje z przeżyć w marcu '68 zamieszcza na łamach "Gazety Polskiej", ale w stopce "Naszej Polski" jest regularnie wymieniany jako stały współpracownik "Naszej Polski"). Nie ograniczył się ów protest wyłącznie do studentów UW, jak sugeruje red. P. Siergiejczyk, lecz po brutalnym spałowaniu przez ZOMO uczestników wiecu na dziedzińcu uniwersyteckim rozlał się po wszystkich uczelniach warszawskich z Politechniką na czele, a następnie po całej Polsce. Można powiedzieć, że protesty studenckie objęły wszystkie ośrodki akademickie w Polsce.
Felieton P. Siergiejczyka jest polemiką ze środowiskiem "Gazety Wyborczej", która przywłaszcza sobie monopol na Polski Marzec '68, ale polemiką niepotrzebnie zapoznającą okoliczność, że ten wielki masowy ruch studencki wyłonił tysiące bohaterów dziś niekoniecznie podzielających stanowisko "Gazety Wyborczej" i jej redaktora naczelnego.
Dalej red. P. Siergiejczyk zadaje retoryczne pytanie: "Bo jeżeli Marzec był wydarzeniem politycznym, to należy zadać pytanie, kto wówczas zyskał, a kto stracił, czyja pozycja została umocniona, a czyja osłabiona. Pytanie to dotyczy, rzecz jasna, ówczesnej elity rządzącej, a więc aparatu partyjnego". Jest to ograniczenie nieuprawnione w ówczesnej sytuacji Polaków. PRL istotnie była Party State - jak to określają socjolodzy anglosascy - czyli państwem zawłaszczonym przez monopartię, ale naród polski - to nie PRL. W ówczesnej sytuacji najwięcej zyskał Kościół katolicki, gdyż jego Episkopat z ks. Prymasem Stefanem Wyszyńskim na czele wyraźnie i jednoznacznie poparł studencki protest. Związany z ks. Prymasem klub poselski "Znak" wystosował interpelację w sprawie brutalnego bicia młodzieży studenckiej przez ZOMO. Ks. Prymas został w owym czasie uznany za największy autorytet moralny dla Polaków, bo po takim potraktowaniu młodzieży przez Partię wiara w komunistyczne ideały szybko się rozwiała.
Dalej red. P. Siergiejczyk zestawia jako równorzędne hipotezy, iż chodziło o zamach stanu bądź ze strony gen. Moczara przeciw Gomułce, bądź ze strony dawnych "puławian" Romana Zambrowskiego oraz Stefana Staszewskiego. I konkluduje, że żadna z wersji zamachu stanu nie ma potwierdzenia w wiarygodnych źródłach, a zatem "to nie odsunięcie tow. Wiesława było stawką w ówczesnej grze". Otóż to rozumowanie również zawiera błąd. Dawni "puławianie", czyli zwolennicy proreformatorskiej koterii z Października '56 istotnie nie planowali żadnych zamachów stanu. Przypisanie im takich zamiarów było manipulacją ze strony gen. Moczara, czyli Nikołaja Tichonowicza Diomki i związanych z nim środków przekazu. Sprostuję jeszcze informację podaną przez P. Siergiejczyka, jakoby byli oni odsunięci od władzy kilka lat wcześniej. Stefan Szuster-Staszewski, który w Październiku '56 był I sekretarzem Komitetu Warszawskiego PZPR i odegrał istotną rolę w przełomie październikowym, nie był nigdy entuzjastą Gomułki i dość szybko wycofał się sam z kariery partyjnej. Roman Zambrowski - wręcz przeciwnie: odegrał decydującą rolę w utorowaniu Gomułce drogi na szczyty władzy i w namówieniu Edwarda Ochaba, by mu ustąpił stanowisko I sekretarza KC (rzecz bez precedensu w dziejach komunizmu), ale podał się do dymisji ze stanowiska członka Biura Politycznego oraz sekretarza KC jeszcze w kwietniu 1963 roku, zniechęcony odwrotem Gomułki od przyrzeczonego Polakom programu reform. Istotnie nie mieli oni żadnych zamiarów dokonywania zamachu stanu. Natomiast gen. Moczar podgryzał konsekwentnie pozycję tow. Wiesława od kilku lat i ostatecznie obalił go w grudniu 1970 roku. Popełnił przy tym błąd w kalkulacji, gdyż utorował drogę do władzy swemu partyjnemu rywalowi Edwardowi Gierkowi. Przeoczył bowiem fakt, że szefem KGB w miejsce jego dawnych protektorów Aleksandra Szelepina i Władimira Semiczastnego został jego przeciwnik Jurij Andropow, który przystopował mu karierę polityczną.
Dalej red. Siergiejczyk pisze rzecz słuszną, choć niepotrzebnie przeciwstawianą poprzedniemu rozumowaniu: "Nie ulega wątpliwości, że Marzec stał się katalizatorem chyba największej fali zmian kadrowych w dziejach PRL. Nie zmienił się wprawdzie I sekretarz, ale już na poziomie aparatu centralnego i wojewódzkiego PZPR, a także wielu urzędów, wojska, prasy, kultury, nauki, skala zmian była ogromna". I zaraz dalej: "Zmiany te miały charakter czystki, nie tyle jednak rasowej, co pokoleniowej". Otóż to była czystka i, co przemilcza red. Siergiejczyk, wykonywana przez panoszącą w PRL sowiecką agenturę na wyraźne zlecenie Kremla. Czystka była prowadzona pod pozorem wyrzucania syjonistów, ale kampania antysyjonistyczna miała - jak to już wtedy wskazywał Roman Zambrowski - charakter zasłony dymnej. W rzeczywistości usuwano elementy z punktu widzenia Kremla niepewne, zwłaszcza skompromitowane w oczach Kremla w Październiku '56 postawą konfrontacyjną wobec ówczesnego sowieckiego dyktatu. Pomijając to, że usuwano autentycznych Żydów, Polaków o żydowskim pochodzeniu kogoś z rodziców, rodowitych Polaków ożenionych z Żydówkami lub - co częstsze - z Polkami o żydowskim rodowodzie, wyrzucono wtedy z wojska oraz różnych ogniw aparatu wielu rodowitych Polaków. Gen. Tadeuszowi Bończa-Piórze zarzucono, że ukrył przed Partią swe żydowskie pochodzenie i prawdziwe nazwisko Feder w sytuacji, gdy pochodził on ze znanej ziemiańskiej rodziny i był za to szykanowany przed 1956 rokiem przez Informację Wojskową. Takich Polaków był cały legion.
Red. Siergiejczyk wyraźnie usiłuje załagodzić wizerunek tej obrzydliwej nagonki na polecenie Moskwy. Oczywiście ma słuszność, że czystki marcowe były łagodniejsze niż represje stalinowskie, ale to nieprawda, że za Stalina to Żydzi represjonowali Polaków, zaś w marcu '68 Polacy brali rewanż na Żydach. W okresie stalinowskim w więzieniach X departamentu MBP lub Informacji wojskowej trafiali się również Polacy żydowskiego pochodzenia i ich los był nieraz bardzo okrutny. Natomiast mam poważne powody do przypuszczania, że w Marcu od antysemickiej nagonki najbardziej ucierpieli rodowici Polacy. Mój kolega z celi więziennej Piotr Żebruń z humorem komentował: "nie ten Żyd kto Żyd, lecz ten kogo Partia wskaże".
Red. Siergiejczyk słusznie wskazuje: "W dyskusjach o Marcu mało kto zastanawia się nad rolą czynnika w owym czasie nadrzędnego i rozstrzygającego - Moskwy. A przecież tak ważne decyzje, jak choćby uruchomienie czystki w wojsku (którą przeprowadzał gen. Jaruzelski), nie mogły być podejmowane bez wiedzy i zgody kierownictwa sowieckiego".
Wiemy o tym dzięki wspomnieniom ówczesnych notabli sowieckich odpowiedzialnych za polskie sprawy Piotra Kostikowa czy gen. Pawłowa. To Brieżniew wyraźnie sugerował Gomułce czystkę towarzyszy żydowskich, by zwolnić miejsca dla młodszego pokolenia partyjniaków i przed nim tow. Wiesław deklarował, że nie będzie w Polsce żydowskiej V kolumny. Skutkiem tego musiał zabrać z wojska marszałka Mariana Spychalskiego, okrzyczanego - zupełnie bezpodstawnie! - przez sowiecką agenturę w wojsku "Mońkiem". Zastąpił go protegowany przez Kreml gen. Wojciech Jaruzelski.
Niejako na pocieszenie red. Siergiejczyk serwuje nam supozycje prof. Adama Schaffa, że dzięki emigracji do Izraela Moskwa mogła odbudować nadszarpnięte przez wojnę izraelsko-arabską stare siatki agenturalne. Być może o to chodziło tow. Wiesławowi, którego broniła premier Gołda Meir przed europejskimi socjalistami potępiającymi go za antysemityzm. Gołda Meir wskazywała, że Gomułka umożliwił jednak Żydom emigrację do Izraela.
Mam natomiast żal do red. Siergiejczyka o to, że redukuje on marcowe manifestacje studenckie do roli pretekstu do znacznie ważniejszych jego zdaniem działań na szczytach władzy, zaś uczestników manifestacji traktuje lekceważąco jako nawóz historii. Dla mnie wręcz przeciwnie: marcowi demonstranci uratowali wtedy honor narodowy, protestując przeciwko pomiataniu Polakami przez moskiewskich sługusów.

II

Jeśli red. Paweł Siergiejczyk jest poważnym historykiem, z którym różnimy się co do oceny pewnych faktów historycznych, to red. Marian Miszalski - znany dziennikarz prawicowy - rozpowszechnia na łamach katolickiego tygodnika "Niedziela" pozbawione podstaw mity o wydarzeniach marcowych. (nr 9 z dnia 2 marca br.) W artykule pt. "Marzec '68" słusznie podkreśla on, iż bezpośrednią przyczyną protestów studenckich było zdjęcie ze sceny Teatru Narodowego sztuki Adama Mickiewicza. Powtarza jednak niepotwierdzone w żadnych dokumentach legendy o protestacyjnym opuszczeniu widowni przez sowieckiego ambasadora w proteście przeciwko antyrosyjskiej scenie z kajdanami odegranej przez śp. Gustawa Holoubka. W rzeczywistości było wręcz przeciwnie: delegacja teatralna z Moskwy zamieściła na łamach gazety "Prawda" pochlebną recenzję z przedstawienia "Dziadów". Zdjęcie dramatu Mickiewicza przez Władysława Gomułkę i Zenona Kliszkę było samodzielnym aktem wiernopoddańczym. Tak czy owak była to decyzja w pełni zasługująca na protest społeczny.
W następnym akapicie autor pisze: "Reakcja widowni była o tyleż spontaniczna, co organizowana. Po stronie organizatorów znalazły się dzieci >puławian<, właśnie w wieku studenckim, i - jak wolno się domyślać (bo dowodów nie ma) - prowokatorzy bezpieki nasyłani przez >natolińczyków<". Są to określenia zupełnie anachroniczne dla opisu sytuacji w 1968 roku. By zrozumieć, o co chodzi autorowi, musimy się cofnąć do wydarzeń sprzed 12 lat, czyli do wydarzeń Polskiego Października 1956 roku.
Wówczas po śmierci prezydenta Bolesława Bieruta w łonie Komitetu Centralnego PZPR starły się dwie zakonspirowane koterie (obowiązujący w partii stalinowskiego typu centralizm demokratyczny wykluczał oczywiście wszelakie podziały na frakcje czy grupy). Marian Miszalski opisuje je - jak to ma od wielu lat w zwyczaju - na podstawie dawnej lektury książki żydowskiego intelektualisty z Warszawy Witolda Jedlickiego. Był on agentem UB, następnie działaczem opowiadającego się za reformowaniem PRL Klubu Krzywego Koła, zaś w roku 1962 wyjechał do Izraela z PRL - jak podejrzewam - z zadaniem od gen. Moczara. Opisał on mało znane szerszej publiczności walki na szczytach władzy w 1956 roku pod kątem interesów jego resortu. w głośnym w swoim czasie pamflecie pt. "Chamy i Żydy" wydanym przez Instytut Literacki w Paryżu. Wbrew prawdzie historycznej uznał on wielkie pokojowe zwycięstwo Polaków nad sowieckim imperium zła w październiku 1956 roku za propagandowy humbug. Walczące ze sobą koterie opisał również pod kątem interesów SB. Zwolenników reform i uniezależnienia się od Kremla opisał on jako dawnych stalinowców, poprzez opowiedzenie się za demokratyzacją i suwerennością uciekających od odpowiedzialności za zbrodnie stalinowskie. Chociaż ich przeciwnicy, popierani przez sowiecką ambasadę, byli w tym samym stopniu uwikłani w popieranie stalinowskiego kursu, Jedlicki rozgrzeszył ich z tej winy. Choć w obydwu koteriach panował kult proletariackiego chamstwa oraz roiło się od Polaków żydowskiego pochodzenia, Jedlicki równie arbitralnie partyjnym "liberałom" nadał przydomek "Żydów", zaś ich stalinowskim de facto przeciwnikom miano "chamów". W 1962 roku gen. Moczarowi bardzo pasowało, że jego przeciwników będzie się określało jako "Żydów", zaś jego zwolenników jako przedstawicieli polskiego ludu - prostych robotników i chłopów, traktowanych z pogardą jako chamy.
Październikowe zwycięstwo "puławian", którzy przeciągnęli na swoją stronę zwolnionego ze stalinowskiego więzienia Gomułkę, Jedlicki przedstawiał jako sukces jedynie propagandowy. Żydowscy stalinowcy wykołowali według niego naiwnych Polaków, wmawiając im, że odnieśli dla nich sukces w starciu z Kremlem, choć jedynie obronili swoje stołki. Tymczasem sukces październikowy był całkiem namacalny: został uwolniony z internowania w Komańczy ks. Prymas Stefan Wyszyński, Kościół katolicki odzyskał swoje uprawnienia, cofnięte w okresie stalinowskim, został przerwany kurs na kolektywizację rolnictwa, ograniczono uprawnienia UB, rozwiązano stalinowski Związek Młodzieży Polskiej, wyrwano u Moskwy odszkodowanie za dostarczany tam za pół darmo węgiel. Były to realne sukcesy Polaków, wymuszone na Sowietach mimo parcia sowieckich czołgów na Warszawę. Trzeba stwierdzić z przykrością, że na matactwach W. Jedlickiego nie poznał się redaktor "Kultury" paryskiej Jerzy Giedroyc. Nie zareagował nawet na otwarte ataki Jedlickiego na ks. Prymasa, któremu zarzucał on haniebną ugodę z komunistami.
Można powiedzieć, że w pierwszych latach 60. Witold Jedlicki odegrał rolę podobną do obecnej roli Jana Tomasza Grossa. Co więcej, żydowski intelektualista przygotował Moczarowi grunt do przyszłych czystek jego przeciwników, przyklejając im arbitralnie łatkę "Żydów" i oczyszczając prosowieckich "natolińczyków", czyli przeciwników "puławian", od zarzutu antysemityzmu.
Nie wiem, jak się stało, że znany prawicowy publicysta Marian Miszalski tak sobie upodobał ten załgany paszkwil na pierwsze polskie zwycięstwo nad Imperium Zła. Podejrzewam, że uwiódł go sprytny tytuł o walce "Żydów" i "chamów" w obozie komunizmu. Nie doczytał tej broszury do końca i nie wyczytał tam bezczelnych w ustach żydowskiego ubola zarzutów o ustaleniu przez ks. Prymasa wzorców postępowania dla katolickich oportunistów idących na ugodę z komuną. Tak czy owak błędne przesłanki powodują błędne wnioski. Red. Miszalski błędnie oceniając sytuację w popaździernikowej PRL, błędnie rozdziela sympatie wobec uwikłanych w Marzec '68 stron konfliktu. Zamiast opowiedzieć się jednoznacznie po stronie polskich studentów broniących honoru narodowego w obliczu zdjęcia przez komunistów w imię odwiecznej przyjaźni polsko-sowieckiej skarbu narodowej literatury, jakim są "Dziady" Adama Mickiewicza, rozważa racje różnych stron konfliktu, powtarzając w dobrej wierze argumenty strony partyjnej o zagrożeniu żydowskim dla polskiej racji stanu. Powtarza - trzeba to powiedzieć otwarcie - różne banialuki, znane ze stron komunistycznej lub PAX-owskiej prasy tamtych czasów.
Nie było żadnego "puławskiego" spisku przeciwko Gomułce. W pierwszym rzędzie nie było już żadnych "puławian" ani "natolińczyków", po wielu latach dyscyplinowania Partii przez Gomułkę (przy sposobności sprostuję błąd red. M. Miszalskiego, iż nazwa "puławian" pochodzi od miasteczka Puławy. Świadczy ten błąd o tym, że red. M. Miszalski nie doczytał do końca książki W. Jedlickiego). Promoskiewska koteria "natolińczyków" jeszcze w 1957 roku rozpadła się na antygomułkowską grupę Kazimierza Mijala oraz resztę, która zwyczajnie poszła na służbę do Gomułki. Z nich oraz licznych nowych zwolenników rządnych kariery utworzył gen. Moczar grupę tzw. partyzantów. Poza tym nie było dzieci żadnych "puławian" na widowni Teatru Narodowego. Zwyczajni Polacy bili brawo aktorom grającym narodowy dramat i nie było w tym żadnej prowokacji wobec władz. To władze prowokowały Polaków, podnosząc rękę na utwór narodowego wieszcza. Jedynym dzieckiem dawnego działacza koterii puławskiej działającym w ówczesnym ruchu opozycyjnym byłem ja, jako syn Romana Zambrowskiego, ale wbrew twierdzeniom SB i reżymowych mediów - nie byłem na żadnym przedstawieniu "Dziadów" i nie brałem udziału w Kuroniowym "Ruchu 8 marca". To są wszystko bzdury głoszone przez ówczesne środki przekazu oraz partyjnych i PAX-owskich agitatorów. Niepotrzebnie Marian Miszalski ufa w ubeckie brednie o zwalczaniu syjonizmu w odpowiedzi na żydowski nacjonalizm. PRL nie zagrażał syjonizm czy inne formy żydowskiego nacjonalizmu. Moskiewska agentura grała znaczonymi kartami. To polska ulica cieszyła się ze zwycięstw proamerykańskiego Izraela nad arabskimi sojusznikami Kremla. Gdy zaczęła się propagandowa nagonka przeciwko Żydom, młodzi Polacy demonstracyjnie zapuszczali brody, podobnie jak demonstracyjnie nosili czapki studenckie. Prasa komunistyczna kłamała i studenci darli demonstracyjnie gazety. Znakomitym przykładem propagandowych manipulacji były moje losy. Zostałem aresztowany pod zarzutem organizacji wiecu na Uniwersytecie, z czym nie miałem nic wspólnego, następnie oskarżany o sympatie dla Izraela, choć przez cały okres konfliktu na Bliskim Wschodzie wbrew opinii moich (polskich - nie żydowskich!) kolegów trzymałem stronę prezydenta Nasera. Ostatecznie skazano mnie za szkalowanie PRL poprzez krytykę antykatolickiej polityki władz w roku 1966, którą określiłem jako Kulturkampf, oraz za szkalowanie Narodu Polskiego poprzez ułożenie wiersza, którego prawdziwym autorem był Jan Kochanowski z Czarnolasu.
Wszystko to nie mieści się w schematach, które propaguje red. Miszalski. Najważniejsze jest to, że pisząc do katolickiego tygodnika "Niedziela", pomija on stanowisko Episkopatu, który poparł wtedy manifestującą swój sprzeciw wobec reżymu młodzież studencką. Pomija, ponieważ nie pasuje to do jego schematów.
Również przy "okrągłym stole" nie było drugiego pokolenia "puławian". To są tylko ładnie brzmiące bajki. Ja - w tym czasie stróż na budowie warszawskiego metra - napisałem artykuł przeciwko zapowiadanej ugodzie okrągłostołowej z Partią i żadne pismo drugiego obiegu nie chciało go zamieścić. Ukazało się ostatecznie na łamach "Tygodnia Polskiego" w Londynie, które redagował Włodzimierz Olejnik - mój kolega z przedmarcowego, przeciwnego Adamowi Michnikowi - "bogoojczyźnianego" (jak oni to określali) kółka dyskusyjnego. Później po wielkich staraniach wydałem w drugim obiegu swą polemikę z "Chamami i Żydami" W. Jedlickiego zatytułowaną "Rewelacje wyssane z palca". Nakład się rozszedł w mgnieniu oka (dziś ten tekst można przeczytać tylko na witrynie Antysocjalistycznego Mazowsza - ASME) i zapanowała wymuszona przez Adama Michnika cisza. Tej ciszy pilnują dziś koledzy Jana Tomasza Grossa ze Stowarzyszenia "Otwarta Rzeczypospolita". Oni dziś wraz z Janem Tomaszem Grossem zarzucają Polakom oraz polskiemu Episkopatowi antysemityzm. I dzięki zorganizowanemu przez nich przemilczaniu mojej osoby red. Marian Miszalski może spokojnie opowiadać swoje bajki dla dorosłych.
W bajki M. Miszalskiego o Marcu '68, podobnie jak w poprzedzające je łgarstwa Witolda Jedlickiego o Październiku '56 uwierzą ci, którzy są zbyt młodzi, by pamiętać, jaka była prawda. Siłą rzeczy nasuwa się jednak pytanie do red. Miszalskiego. Panie Marianie, czy aby panu nie pomyliły kierunki i sojusze?

Antoni Zambrowski
artykuły najnowsze | wywiady z autorem | o autorze | felietony TV | o mojej książce |