PUBLICYSTYKA ANTONIEGO ZAMBROWSKIEGO

Coraz bliżej prawdy

(19,01,2008 źródło ASME)

Dzięki publikacjom na łamach "Gazety Polskiej" odzywają się czytelnicy posiadający wiedzę o zatajonych przez komunistach zbrodniach.

Wkraczamy w rok 2008, co oznacza, że wkrótce będziemy obchodzili 40. rocznicę wydarzeń marcowych 1968 roku. Ponieważ nie wszyscy nasi czytelnicy pamiętają zamieszczone na łamach "Gazety Polskiej" wspomnienia bezpośredniego uczestnika tych wydarzeń Bohdana Urbankowskiego, przypomnę, że chodzi o studencki protest przeciwko zdjęciu ze sceny Teatru Narodowego dramatu Adama Mickiewicza - "Dziady". Zenonowi Kliszce - osobie nr 2 w ówczesnej hierarchii partyjnej nie spodobały się spontaniczne reakcje warszawskiej publiczności na zawarte tam opisy prześladowań polskich patriotów przez władze carskie, odbierane jako aluzje do PRL. Namówił więc tow. Wiesława, czyli Władysława Gomułkę, by w imię wieczystej przyjaźni polsko-radzieckiej zrezygnowano z dalszych przedstawień dramatu narodowego wieszcza. Po upływie dwóch lat tenże Zenon Kliszko stanie się winowajcą jeszcze większej tragedii. Pragnąc nie dopuścić robotników do stoczni "Komuna Paryska" w Gdyni w obawie przed ewentualnym sabotażem, zażąda w grudniu 1970 roku użycia przez wojsko broni palnej pod stacją kolejową koło stoczni. Zamiast najzwyczajniej skasować przystanek, strzelano do idących do pracy robotników. Pomysł tow. Kliszki odnośnie konfiskaty dramatu narodowego wieszcza nie miał aż tak tragicznych skutków, ale też spowodował ofiary wśród protestujących przeciwko tej skandalicznej decyzji studentów.

Anonimowe ofiary ZOMO

Bohdan Urbankowski pod wpływem wydarzeń 1968 roku w Warszawie poświęcił swój poemat anonimowej studentce zabitej przez siepaczy z moczarowego ZOMO. Władze komunistyczne z Władysławem Gomułką na czele bezczelnie wyparły się ofiar policyjnego terroru. Przez długie lata policyjni historycy zarzucali uczestnikom i przywódcom protestacyjnego ruchu studenckiego manipulowanie wymyślonymi przez siebie faktami śmierci pobitych przez ZOMO studentów. Szczególnie oskarżani o to byli tzw. przywódcy "Ruchu 8 marca", posadzeni przez SB na ławie oskarżonych w sprawie Karola Modzelewskiego i innych. Tymczasem to władze komunistyczne wykorzystując swój monopol na środki społecznego przekazu, z właściwym sobie cynizmem wmawiały społeczeństwu, że żadnych śmiertelnych ofiar nie było.
Przypomnę, że po artykule Bohdana Urbankowskiegow tej sprawie zabrałem głos na łamach "Gazety Polskiej" i witryny ASME,ujawniając, iż były co najmniej dwie ofiary śmiertelne ZOMO. Tak wynikało z krótkiej, telefonicznej rozmowy przeprowadzonej w mojej obecności przez dwie młode lekarki warszawskie. Jedna z nich Zosia Olszewska powiedziała mojej bratowej Anicie z Wazowskich Zambrowskiej, że w jej szpitalu były dwa zejścia śmiertelne, "ale to rozmowa nie na telefon". Gdyby za te dwa zgony nie odpowiadały władze komunistyczne, nic by nie stało na przeszkodzie, aby o ich przyczynach porozmawiać swobodnie.

Nowy trop w tej sprawie

Dzięki tym artykułom na łamach "Gazety Polskiej" mamy już pierwszy trop w omawianej sprawie. Mój wieloletni przyjaciel Emil Morgiewicz - znany działacz Ruchu Obrony Praw Człowieka i Obywatela, a wcześniej członek- założyciel Komitetu Obrony Robotników opowiedział mi przed kilkoma dniami - pod wrażeniem lektury artykułów B. Urbankowskiego i mojego - historię studentki pobitej prawdopodobnie ze skutkiem śmiertelnym przy wejściu na Uniwersytet przez ZOMO-wców. Emil w czasie wydarzeń marcowych 1968 roku nie był już studentem Uniwersytetu, ale jako opozycyjny działacz niepodległościowy korzystał z każdej sposobności, aby z bliska przyglądać się wiecom studentów na Uniwersytecie. Korzystał w tym celu ze starej legitymacji studenckiej, którą okazywał przy wchodzeniu na teren uniwersytetu. I ani razu nie miał przy tym wpadki.
Takiego szczęścia nie miała pewna anonimowa studentka, zatrzymana przez ZOMO-wca przy furtce koło bramy głównej na Krakowskim Przedmieściu 8 marca 1968 roku już po rozpędzeniu wiecu studentów. Władze wprowadziły dla osób uprawnionych do wejścia na Uniwersytet specjalne przepustki, której nie miała owa studentka. Milicjant nie chciał jej wpuścić, lecz ona upierała się przy swoim prawie do wejścia, gdyż miała tego dnia egzamin poprawkowy. Choć nie stanowiła zagrożenia fizycznego dla owego milicjanta, została po dłuższej dyskusji przez niego brutalnie spałowana. Upadła na ziemię i, skopana po całym ciele, nie była w stanie wstać. Wówczas czworo obecnych przy tym studentów - w tym Jan Krasnowolski, Janusz Radziejowski i Anna Oleszczuk zaopiekowało się koleżanką i zaniosło ją na rękach do pobliskiego szpitala dziecięcego przy ul. Świętokrzyskiej (dziś izba przyjęć jest na tyłach Pałacu ks. Stanisława Staszica, wówczas była obok wejścia do Pałacu). Nieprzytomną dziewczyną natychmiast zajęli się lekarze z izby przyjęć, z których jeden z nich wypowiedział wobec Andrzeja Krasnowolskiego obawy, że dziewczyna po skopaniu przez milicjanta ma bardzo poważne obrażenia jamy brzusznej. Andrzej Krasnowolski miał też krewnych w Klubie Inteligencji Katolickiej przy ul. ks. Kopernika. Po wyjściu ze szpitala pobiegł tam i opowiedział o całym zdarzeniu, którego był świadkiem. Pod wpływem tych wrażeń napisał tam kilkanaście ulotek o pobiciu studentki. W wyniku donosu został następnego dnia zatrzymany przez SB, zabrany do Pałacu Mostowskich, gdzie mieściła się Komenda Stołeczna i tam przesłuchany przez SB-eków pod zarzutem rozpowszechniania fałszywych informacji godzących w istotny interes państwa. Mimo to Andrzej Krasnowolski nadal interesował się losami pobitej studentki. Gdy dowiedział się, że ofiary pobić milicyjnych są leczone w szpitalu wojskowym na Szaserów, namówił swą krewną lekarkę, by podczas najbliższej okazji dowiedziała się o losach dziewczyny. Ta lekarka wkrótce operowała w szpitalu na Szaserów i w rozmowie w cztery oczy zapytała towarzyszącego jej lekarza z tego szpitala, jaki jest stan owej studentki. Jego odpowiedź była krótka: "Pani doktor, tej rozmowy nie było. My musimy meldować o wszystkich przypadkach interesowania się tego rodzaju pacjentami".
Nie wykluczone, że ten incydent był jednym z powodów zgłoszenia interpelacji poselskiej przez katolicki klub "Znak" związany personalnie z warszawskim KIK-iem. Posłowie klubu w swej interpelacji do premiera Józefa Cyrankiewicza podkreślali: "Manifestująca młodzież była bita niesłychanie brutalnie, częstokroć w sposób zagrażający życiu. Widziano szereg wypadków znęcania się nad młodzieżą, w tym nad kobietami. Wszystko to rozjątrzyło niesłychanie społeczeństwo". Jak wiadomo, partyjna większość odpowiedziała na interpelacje klubu katolickiego inwektywami. Najbardziej celował w tym poseł Stanisław Kociołek - później w piosence o wydarzeniach grudniowych na Wybrzeżu określony jako krwawy kat Trójmiasta. Jak wiemy, zacieranie zbrodni na cywilnej ludności w grudniu 1970 roku odbywało się na jeszcze większą skalę niż w marcu 1968 roku. Trupy zabitych stoczniowców chowano potajemnie w nocy, wielu nawet nie w trumnach, lecz w workach ze sztucznego tworzywa. Takie praktyki tuszowania zbrodni stosowała SB również w stanie wojennym i po nim.
Dlatego należy zaapelować do historyków IPN, by nie dawali się wyprowadzać w pole przez SB-eckie matactwa i nie ustawali w poszukiwaniu prawdy o ofiarach komunistycznego bestialstwa.
Warto przypomnieć, że Episkopat Kościoła pod kierownictwem ks. Prymasa Stefana Wyszyńskiego już 21 marca 1968 roku potępił uciekanie się przez władze komunistyczne do przemocy. W Słowie Episkopatu Polski biskupi oświadczyli: "Wszelkie sprawy, jakie dzielą ludzi w świecie współczesnym, powinny być rozwiązywane nie przy pomocy siły, ale w drodze wnikliwego dialogu. Tylko taka metoda może prowadzić do unikania dyskryminacji, a nade wszystko do znajdowania prawdy i sprawiedliwości w stosunkach miedzy ludźmi. Tylko ta metoda odpowiada godności człowieka, w niej bowiem dochodzi do głosu jego siła moralna. Stosowanie środków przemocy fizycznej nie prowadzi do prawdziwego rozwiązywania napięć miedzy ludźmi ani miedzy grupami społecznymi. Brutalne użycie siły uwłacza godności ludzkiej i zamiast służyć utrzymaniu pokoju, rozjątrza tylko rany". Mądre te słowa nie docierały niestety do komunistycznych dostojników, stąd tyle bestialstwa w ich działaniach.

Antoni Zambrowski
artykuły najnowsze | wywiady z autorem | o autorze | felietony TV | o mojej książce |