PUBLICYSTYKA ANTONIEGO ZAMBROWSKIEGO

Biedna ofiara komunizmu


(17.03.2008 źródło ASME)

Gdy wysiadam w drodze do redakcji "Gazety Polskiej" na przystanku tramwajowym przy NIK, często przypominam sobie moją dawną koleżankę z pracy w Centralnym Ośrodku Doskonalenia Kadr Kierowniczych przy ul. Wawelskiej, panią Zofię Podstolską. Była to elegancka dama i wysoko kwalifikowana urzędniczka, która trafiła do nas po wieloletniej pracy w Urzędzie Rady Ministrów. Nasz minister, tow. Aleksander Burski - ówczesny prezes Komitetu Pracy i Płac - postawił sobie za punkt honoru obsadzenie świeżo powołanej w porozumieniu z ILO, czyli Międzynarodowym Biurem Pracy w Genewie, placówki przez wysokiej klasy specjalistów, współpracujących na co dzień z zagranicznymi ekspertami z tegoż ILO. Stąd jej transfer z Urzędu Rady Ministrów.

Ja wtedy byłem traktowany jako młoda, przyszłościowa kadra, łącząca wyższe wykształcenie z tzw. obyciem warsztatowym dzięki uprzedniej pracy w kilku warszawskich zakładach przemysłowych. Pani Zofia była natomiast pracownicą w pełni wykwalifikowaną. Zatrudniono mnie w innym dziale niż ona, ale mimo to utrzymywaliśmy kontakty towarzyskie. Często rozmawialiśmy podczas naszych przypadkowych spotkań na korytarzu lub w hallu naszego budynku. Rozmowy odbywały się na ogół z jej inicjatywy. Sam bym nie śmiał jej zagadnąć. Była starsza ode mnie i dzięki większemu doświadczeniu zawodowemu wyżej notowana w hierarchii służbowej. Nieraz opowiadała mi swe wrażenia z pracy w URM, gdzie pracowali nasi wspólni znajomi. W naszych rozmowach nie poruszała tematów politycznych, raz tylko wyraziła swe oburzenie, gdy władze oświatowe PRL dopomogły grupie dzieci prominentów w pokonaniu egzaminów wstępnych na uczelnie wyższe. Czułem się zaszczycony jej uwagą, gdyż była przystojną i zawsze ładnie ubraną damą - przedstawicielką bardziej eleganckiego świata niż ten, jaki znałem z pracy w fabryce.
Po pewnym czasie wskutek konfliktu z naszym ministrem, który wykrył herezje ideologiczne w mym okolicznościowym artykule 1-majowym, w wydawanym przez nas biuletynie, wyniosłem się z CODKK na Uniwersytet Warszawski i straciłem z nią kontakt. Słyszałem, że przeniosła się do pobliskiego Prezydium Wojewódzkiej Rady Narodowej, czyli do budynku, gdzie dziś mieści się Najwyższa Izba Kontroli. Później trafiłem na jeszcze gorsze zawirowania niż czepianie się mnie przez ministra A. Burskiego - wieloletniego przyjaciela gen. Moczara (alias Nikołaja Tichonowicza Diomki). Za obronę Kościoła w czasie millenijnej nagonki tow. Wiesława na Prymasa Tysiąclecia wyleciałem z Partii i z pracy na UW, a po mniej niż dwóch latach trafiłem do więzienia i na łamy prasy jako wroga siła antysocjalistyczna.

Dopiero po wyjściu z więzienia spotkałem panią Zofię na ulicy i dowiedziałem się od niej o jej osobistej tragedii. W czasie propagandowej kampanii marcowej 1968 roku urzędnikom Prezydium WRN dawano do czytania jakieś partyjno-esbeckie materiały propagandowe, w których poczesne miejsce zajmowała moja skromna osoba. M.in. krytykowano mnie za to, że wziąłem ślub kościelny z moją żoną i sugerowano, iż uczyniłem tak, aby nawiązać kontakt z reakcyjnym klerem. Ponieważ pani Zofia była naocznym świadkiem mego biurowego romansu zakończonego owym ślubem, poruszyły ją do głębi bezczelne kłamstwa na ten temat. W pierwszym odruchu napisała na marginesie materiału propagandowego: "To są kłamstwa!". W swej prostolinijności nie pomyślała o konsekwencjach tego kroku. Być może nie miała wcześniej doświadczeń w tym względzie. Wszak była pracownicą bezpartyjną, cenioną ze względu na jej kwalifikacje i poziom kulturalny. Nie brała udziału w różnych rozgrywkach personalnych, uprawianych przez aktyw partyjny. Nie miała w związku z tym rozeznania w tej materii. Stąd jej swego rodzaju brak samokontroli niezbędnej dla bezpiecznego przeżycia w warunkach komunistycznej dyktatury. Ludzie bardziej doświadczeni żartowali z goryczą, że jaszczurka - to krokodyl, który przetrzymał bezpiecznie socjalizm.
Skutki jej gestu były opłakane. Wyrzucono ją z dobrze płatnej pracy w wysokim urzędzie. Co więcej, na polecenie SB żaden kadrowy w instytucjach państwowych nie chciał jej zatrudnić. Czytelnikom nie pamiętającym czasów PRL wyjaśnię, że państwo było poza rolnymi gospodarstwami rodzinnymi w gruncie rzeczy jedynym pracodawcą, zwłaszcza dla pracowników umysłowych. Panią Zofię za protest w obronie prawdy skazano na śmierć głodową.
Uniknęła jej dzięki dobrym ludziom, którzy jej zlecali sprzątanie ich mieszkań. Przedtem zapewne sama jako elegancka dama wyręczała się sprzątaczkami. Teraz musiała wykonywać te prace własnoręcznie. Kilka razy spotkałem ją na ulicy Marszałkowskiej koło placu Zbawiciela (pewnie miała tam mieszkania do sprzątania) i widziałem, jak stopniowo z eleganckiej damy zamienia się coraz bardziej w "kopciucha". Fizycznie i psychicznie. Zupełnie na odwrót niż bajce. Wydawało mi się, że zmieniła się nawet jej sylwetka. Przedtem była zgrabną i w miarę wysoką damą, teraz stała się jak gdyby niższa i bardziej przysadzista. Patrzyłem na to ze zrozumiałą zgrozą, ale niczym nie mogłem jej pomóc. Przez kontakty ze mną mogła się jeszcze bardziej narazić na gniew wszechwładnego SB. I tak po pewnym czasie straciłem ją z oczu, ale nie z wdzięcznej pamięci.

Po wielu latach już w III Rzeczypospolitej brałem udział w okolicznościowym programie TVP z okazji kolejnej rocznicy wydarzeń marcowych 1968 roku. Asystowałem w tej roli posłowi Unii Wolności Janowi Lityńskiemu - jednemu z przywódców "Ruchu 8 marca" (jak mój oficer śledczy z Biura Śledczego MSW płk Zbigniew Cieślikowski z przekąsem nazywał studencki ruch w obronie mickiewiczowskich "Dziadów"). Poseł był oczywiście główną osobą w tym przedstawieniu, czego nie zamierzam kwestionować. Powiedział atoli kilka słów za dużo, iż czuje się w pełni usatysfakcjonowany zwycięstwem nad komunizmem i nie szuka zemsty. Wtedy powiedziałem mu, że wielu bojowników z komunizmem nie ma takiej satysfakcji, co on. Jan Lityński odebrał to jako osobisty afront i (jak sam wyznał mi po wyjściu ze studia) użył swoich wpływów, by nie dopuścić mnie więcej do głosu. Ze skutkiem. A miałem właśnie ochotę opowiedzieć o mojej znajomej pani Zofii Podstolskiej - jako ofierze komunistycznego bezprawia. Niestety, głosu już nie mogłem zabrać i nie dałem jej przynajmniej moralnej satysfakcji za jej cierpienia. Ponieważ takich osób są tysiące, miejmy nadzieję, że Rzeczpospolita znajdzie wreszcie sposoby na uhonorowanie ich wszystkich.

Antoni Zambrowski
artykuły najnowsze | wywiady z autorem | o autorze | felietony TV | o mojej książce |