PUBLICYSTYKA ANTONIEGO ZAMBROWSKIEGO

Reportaż z pogrzebu Stalina

912,04,2007 źródło ASME)

Podczas uroczystości poprzedzających pogrzeb Stalina w Moskwie zatratowano na śmierć kilka tysięcy osób. Swoje wrażenia z tych wypadków opisuje po latach dziennikarz "Gazety Polskiej".

Wiadomość o zgonie wodza całej postępowej ludzkości dopadła nas skoro świt 6 marca 1953 roku w pokoju domu studenta Uniwersytetu Moskiewskiego. Wstaliśmy jak zwykle rano, by udać się na wykłady na godzinę ósmą czasu moskiewskiego do budynku Uniwersytetu im. Łomonosowa położonego naprzeciwko Kremla. Jak co dzień któryś z kolegów włączył radio, a raczej głośnik nadający moskiewski program miejski, i usłyszeliśmy znany wszystkim Rosjanom głos lektora sowieckiego radia Jurija Lewitana. Zasłynął on z pięknego głosu i znakomitej dykcji w czasie II wojny światowej dzięki odczytywanym uroczyście urzędowym komunikatom z frontu nadawanym przez Sowinformbiuro, czyli Sowieckie Biuro Informacyjne. W ostatnich miesiącach zniknął on z anteny jako osoba narodowości żydowskiej, co było skutkiem głośnej afery z lekarzami lecznicy kremlowskiej (w większości Żydami) oskarżonymi o celowe przyczynianie się do przedwczesnej śmierci swych prominentnych pacjentów. Po tej aferze nastąpiła czystka osób narodowości żydowskiej wśród nomenklatury partyjnej, m.in. w mediach. Lewitan z patosem charakterystycznym dla jego maniery odczytywania urzędowych tekstów wymieniał historyczne zasługi tow. Stalina i, co zaniepokoiło moich kolegów z pokoju, mówił o nich w czasie przeszłym. Już wiedzieliśmy o poważnej chorobie Stalina, ale wciąż nie byliśmy przygotowani psychologicznie do wiadomości o jego śmierci.

O możliwości śmierci Stalina nie wolno było mówić

Stalin miał już ukończone 73 lata i w normalnym społeczeństwie ludzie zastanawialiby się nad tym, co będzie po jego śmierci. W stalinowskim Związku Rad takie rozważania (nawet w prywatnej rozmowie) byłyby potraktowane jako akt terroryzmu państwowego, więc ludzie świadomi spraw o takich rzeczach przezornie nie rozprawiali. Stąd zwyczaj traktowania go jako nowego wcielenia biblijnego Matuzalema, mającego żyć kilkaset lat. Dlatego też nie mieściło się nam w głowach, że tow. Stalin może - jak każda ziemska istota - najzwyczajniej umrzeć.
Słowa komunikatu odczytywanego przez Lewitana: "śmierć tow. Stalina" ucięły wszelkie wątpliwości i w pokoju powiało grozą. W ponurym milczeniu zjedliśmy kanapki popite herbatą i udaliśmy się najpierw tramwajem, a następnie metrem do śródmieścia Moskwy pod Kreml. W audytorium uniwersyteckim panowała ponura cisza, przerywana głośnym szlochem dziewcząt. Chłopcy siedzieli w ławkach bez słowa. Zajęcia dydaktyczne odwołano. Tak minął dzień.
Po południu wróciliśmy do swego akademika, mieszczącego się w dawnych koszarach wojskowych z czasów cara Piotra I nad rzeką Jauzą obok głośnego aresztu śledczego przy ul. Matrosskaja Tiszyna (po polsku "Cisza Marynarska"). Nie wiedzieliśmy oczywiście, że w naszym sąsiedztwie są uwięzieni dostojnicy sowieccy, szykowani na pierwsze prominentne ofiary następnej Wielkiej Czystki.

Straszna noc marcowa w Moskwie

Wieczorem 7 marca powrócił z miasta pełniący w naszym pokoju obowiązki starosty Grisza Bińkiewicz - starszy od nas wiekiem i doświadczeniem życiowym kombatant wojenny, studiujący wraz z nami na tym samym II roku studiów ekonomicznych. Dowiedział się on na mieście, że ciało Stalina ma być tegoż wieczora wystawione na widok publiczny w sali kolumnowej Domu Związków Zawodowych (przejętych po dawnej resursie obywatelskiej, czyli po klubie szlacheckim). W tejże sali kolumnowej tradycyjnie odbywały się uroczyste koncerty oraz świeckie pogrzeby elity komunistycznej, od pogrzebu Włodzimierza Lenina poczynając. Grisza natychmiast spróbował dotrzeć tam i jego próba została uwieńczona sukcesem. Zaliczył przejście koło otwartej trumny Stalina. Gorąco radził nam, byśmy bez zwłoki podjęli takie same starania. Bez wahania zastosowaliśmy się do jego rady: być w Rzymie i nie zobaczyć papieża... Mieliśmy już marzec, ale noce w Moskwie były całkiem mroźne, więc ubrałem się odpowiednio i dołączyłem do kolegów. Tylko Litwin Boleslavas Drilingas, lub mówiąc po polsku: Bolesław Dryling, pozostał w łóżku i nie udał się z nami.
Spodziewałem się, że dojedziemy metrem do stacji Ochotnyj Riad, przy której codziennie wysiadaliśmy w drodze na zajęcia na Uniwersytecie, ponieważ z niej było kilka kroków do sali kolumnowej Domu Związków. Tymczasem Grisza nakazał opuszczenie metra o dwa przystanki wcześniej, a zatem o kilka kilometrów od upragnionego celu. Miał rację, gdyż tam rozpoczynała się kolejka do trumny Stalina. Niestety, popełniłem błąd, gdyż jak na Europejczyka przystało stanąłem zupełnie odruchowo w kolejce. Moi koledzy nie oglądając się na mnie poszli dalej i natychmiast straciłem ich z oczu. Kolejka początkowo pomału posuwała się do przodu i pomyślałem, że wszystko jest w porządku. Po chwili jednak zaczęliśmy się cofać do tyłu pod naporem wielkiego tłumu. Zrobił się wielki ścisk, jakiego nie doświadczyłem w Warszawie na żadnym z meczów piłkarskich lub bokserskich podczas opuszczania stadionu. Takiego ścisku nie doświadczałem też w żadnym środku lokomocji. W tłumie było masa kobiet młodych lub w średnim wieku i w ścisku nie dając sobie rady, głośno lamentowały. Tłum parł kilkanaście metrów do przodu i po chwili tyleż wstecz. Cały czas deptaliśmy po kaloszach, które pogubili ludzie moskiewskim zwyczajem zakładający je w zimie na obuwie. Trzeba było cały czas uważać, by nie dać się wywrócić, gdyż zadeptano by człowieka niczym owe kalosze.
Kolejka szamotała się na szerokim, moskiewskim chodniku. Drogę na jezdnię blokowały ustawione rzędem ciężarówki, na których stali żołnierze, na szczęście bez broni palnej. Mieli oni za zadanie nie dopuszczanie do kolejki osób postronnych od strony jezdni. Ponieważ tłum napierał, należało uważać, by nie dać się przycisnąć do ciężarówki lub latarni, ponieważ groziło to pogruchotaniem kości. Po godzinie szamotaniny miałem już dość i przy pomocy żołnierza wdrapałem się na ciężarówkę. Choć byłem młodym i wysportowanym chłopakiem, nie miałem już siły wdrapać się na nią sam bez niczyjej pomocy. Usiadłem zmęczony na ławce, by zasznurować zimowe buty. W świetle latarni widać było wysoki słup pary nad kolejką i słychać było ciągły lament walczących o przeżycie w potwornym ścisku niewiast. Zrezygnowałem z dalszych prób i udałem się do pobliskiego metra. Po drodze spotkałem znajomą studentkę z naszego akademika - zwyczajną Rosjankę z prowincji, studiującą w stolicy. Była w szoku. Na jej oczach tłum przycisnął do latarni czy też ciężarówki młodego chłopca tak silnie, że pękła mu czaszka. Krew i mózg pochlapały ludzi w tłumie. Gdy wróciłem do pokoju w akademiku, zbudził się ze snu leżący na sąsiednim łóżku Bolesław Drilingas i jemu relacjonowałem w podnieceniu wrażenia z tej koszmarnej nocy, bredząc coś o krwi i trupach.
Później dowiedziałem się od mego kolegi szkolnego Andrzeja Helbinga, studiującego w Moskwie na innej uczelni, o jego jeszcze bardziej makabrycznej przygodzie tej nocy. Poszedł on ze swą żoną Emilką, studiującą filologię na Uniwersytecie Moskiewskim, do tej samej kolejki. Wkroczyli tam idąc pod rękę, ale rychło zostali rozdzieleni. Trasa prowadziła przez wał i w pewnej chwili zobaczył on swą żonę nieprzytomną i turlającą się w dół z nasypu w gęstwinie poplątanych ze sobą ciał. Przez długie godziny szukał jej po całej okolicy. Miała na sobie polskie narciarki, nieznane w Moskwie, i po tych narciarkach usiłował ją rozpoznać, oglądając sterty trupów ułożonych jak drwa na stosie. Na szczęście znalazł ją w jakimś ad hoc zorganizowanym punkcie doraźnej pomocy medycznej.
Coś podobnego przeżywała Moskwa podczas uroczystości koronacyjnych cara Mikołaja II w maju 1896 roku, gdy na Polu Chodyńskim zatratowano w potwornym ścisku aż 1200 osób płci obojga. Ile osób stratowano na pogrzebie czerwonego faraona, nie wiadomo do dziś dnia. Przynajmniej opinii publicznej (Edward Radziński - rosyjski biograf cara Mikołaja II oraz Stalina podał jednak po latach, że były ich tysiące). Odpowiedzialny nominalnie za uroczystości pogrzebowe Nikita Chruszczow przejął wkrótce władzę na Kremlu i nikt nie odważyłby się pisać o ofiarach śmiertelnych, zawinionych przez kierowane przez niego służby.

Mój marsz z przeszkodami do trumny

Następnego dnia była sobota i mieliśmy zajęcia na studium wojskowym. Wprawdzie zmarł generalissimus i wódz naczelny Armii Sowieckiej, ale zajęcia były jak zwykle. Po zajęciach, które odbywały się rzecz jasna w męskim gronie, poszliśmy gromadą ponownie szukać szczęścia w drodze do trumny Stalina. Przeszliśmy kilkaset metrów najbliższą nam ulicą Mochowaja, równoległą do głównej ulicy noszącej imię wybitnego pisarza Maksyma Gorkiego (dziś przemianowaną zgodnie z tradycją na ulicę Twerską). Przejścia na nią pod arką broniła ciężarówka pilnowana przez dwóch milicjantów. Rzuciliśmy się całą grupą pod ciężarówkę i po chwili byliśmy po drugiej stronie. Ofiarą milicjantów padło dwóch obcych nam chłopaków, którzy dali się złapać. Na ul. Gorkiego musieliśmy się rozproszyć, gdyż całą szerokością ulicy szedł kordon żołnierzy spychający gapiów w górę ulicy ku skwerowi Puszkina. By ich uniknąć, wszedłem do pobliskiego sklepu z prezentami. Teraz musiałem sforsować kolejną barykadę z ciężarówek, broniącą wejścia do zaułki Teatralnego. Bronili jej pod wodzą młodego oficera żołnierze, powstrzymujący szturmujący barykadę tłum młodzieży płci męskiej. O nastroju powagi i żałoby nie mogło być mowy, gdyż toczyła się pełna napięcia rywalizacja sportowa, czyje będzie na wierzchu. Jedni bronili barykady, drudzy usiłowali ją sforsować na siłę i atmosfera przypominała raczej tradycyjne syberyjskie gry karnawałowe zwane zdobywaniem śnieżnego grodu. Panował wrzask i gwizdy szturmującej ów gród, a raczej ciężarówkę młodzieży. Po dłuższej chwili podszedłem do oficera pilnującego barykady i poprosiłem go, by mnie puścił. Miałem szczęście, bo mi powiedział, bym otworzył drzwi do szoferki i przeszedł na drugą stronę. Co też uczyniłem.
W zaułku Teatralnym dołączyłem do kilkuosobowej grupy kadetów w strojach marynarskich. Wraz z nimi wspiąłem się po rynnie na dach pobliskiego budynku. Na szczęście panowała tam wciąż niewysoka zabudowa, która przetrwała z dawnych, carskich czasów. Z tego dachu wspięliśmy się na dach przylegającego wyższego budynku. Następnie zeskoczyliśmy na inny dach, a z niego już do zaspy śnieżnej łagodzącej upadek. Tak znaleźliśmy się w małym podwórku, z którego brama prowadziła wprost na ulicę, którą sunęła kolejka do trumny. Niestety brama była zamknięta na kłódkę, zaś kłódki pilnowało kilku żołnierzy. Nie pozostawało nic innego, jak czekać cierpliwie na bieg wydarzeń. Widać swym spokojnym zachowaniem zasłużyłem na względy żołnierzy, gdyż po jakimś czasie zawołali mnie i pozwolili przeczołgać się pod bramą na ulicę. Tak znalazłem się w kolejce o kilkaset metrów do celu. Przeżyliśmy jeszcze mocno stresujący atak tłumu przedzierającego się przez barykadę przy wylocie z zaułka Teatralnego i interwencję konnej milicji. Po dłuższej chwili porządek przywrócono i krok za krokiem zbliżaliśmy się do Domu Związków. W Sali Kolumnowej orkiestra grała rosyjską muzykę żałobną (ja bym wolał marsz pogrzebowy Chopina), było pełno świateł i kwiatów. Stalin leżał w trumnie w mundurze generalissimusa do połowy mniej więcej przykryty kocem. Miał spokojną, opaloną twarz. Dopiero później dowiedziałem się, że była to znakomita robota kremlowskich charakteryzatorów. Cera Stalina wydawała się gładka, choć w dzieciństwie chorował on na ospę i zachował charakterystyczne dzioby po tej chorobie. Gdy minąłem trumnę, odwróciłem się tyłem i wciąż jeszcze patrzyłem na Stalina. Po chwili byłem już na ulicy. Spojrzałem na zegarek. Była godzina 4. Opuściliśmy Uniwersytet w południe. Trasa, której pokonanie normalnie wymaga półgodzinnego marszu, zajęła mi cztery godziny. Był to zarazem największy wyczyn sportowy w całym mym życiu. Największy sukces w marszu z przeszkodami.

Pogrzeb oglądany z daleka.

Następnego dnia była niedziela - dzień uroczystego pogrzebu Stalina. Pojechałem wraz z kolegami w okolice Kremla. Trafiliśmy jednak, co było do przewidzenia, daleko od placu Czerwonego. Staliśmy w tłumie i słuchaliśmy transmisji radiowej z głośników. Jakość transmisji była jednak marna i niewiele usłyszeliśmy. Mumię Stalina położono w szklanej trumnie do mauzoleum Lenina obok szklanej trumny dotychczasowego lokatora. Na trybunie stało nowe kierownictwo wyłonione z szerszego grona współpracowników Stalina, wybranego, a ściślej przegłosowanego na XIX zjeździe KPZR. Przemawiali Gieorgij Malenkow - nowy premier rządu, Ławrenti Beria - wicepremier i nowy szef MSW oraz Wiaczesław Mołotow. Ten ostatni dzięki śmierci Stalina uniknął rychłej śmierci z jego ręki, ale on właśnie z trudem powstrzymywał łkania.
Nadchodziła nowa, lepsza epoka, lecz mało kto z Rosjan zdawał sobie z tego sprawę. Jakaś starsza babina, stojąca niedaleko mnie w tłumie słuchającym transmisji z pogrzebu i po chamsku potraktowana przez milicjanta, powiedziała do niego: "Zmarł nasz obrońca, więc sobie pozwalacie". Więcej wyczucia mieli więźniowie w obozach GUŁAG-u, którzy otwarcie demonstrowali swą radość z okazji śmierci tyrana. Ludzie poza obozami, jeśli nawet cieszyli się z tej śmierci, nie mogli tego okazywać. Dopiero po XX zjeździe KPZR i zdemaskowaniu Stalina przez Nikitę Chruszczowa przyznał mi się znajomy Rosjanin - ojciec dziewczyny z naszego wydziału, że zabronił swej córce udziału w uroczystościach pogrzebowych. Nie ze względu na niebezpieczeństwo, lecz by odreagować sprzeciw wobec powszechnego żalu. Niestety, takich Rosjan było mniej niż opłakujących śmierć swego dręczyciela.

Artykuł pierwotnie opublikowany w tygodniku "Gazeta Polska"

Antoni Zambrowski
artykuły najnowsze | wywiady z autorem | o autorze | felietony TV | o mojej książce |