PUBLICYSTYKA ANTONIEGO ZAMBROWSKIEGO

O odpowiedzialności publicysty - polemika Antoniego Zambrowskiego ze Stanisławem Michalkiewiczem oraz artykuł "Dzieci jednego Boga"

(9, 09,2007 źródło ASME)

Drogi Stasiu, dzięki Tobie osiągnąłem istotny dla mnie sukces dziennikarski. Już wiele razy polemizowałem z Tobą, a raczej z tezami Twoich artykułów, ale trafiło się wreszcie ślepej kurze ziarno i po raz pierwszy z internetu moja polemika przeniosła się na łamy prasy. "Gazeta Polska" zamieściła bowiem moją polemikę z Twoim artykułem "Dzieci gorszego Boga?". (Dotychczas żadna z zaprzyjaźnionych redakcji nie chciała zamieścić moich polemik z Twoimi artykułami). Mimo to starym zwyczajem nadal kontynuuję dyskusję z Tobą na gościnnych łamach ASME, gdyż "Gazeta Polska" nie dała mi miejsca na wypowiedzenia wszystkich mych przemyśleń w tym względzie, zaś tu nie ma ograniczeń ani merytorycznych, ani pod względem ilości słów.

Twój artykuł w "Naszym Dzienniku" z 21 lipca br. wywołał we mnie masę wątpliwości i zastrzeżeń. Jesteś uznanym publicystą prawicowym, rzekłbym guru dużego odłamu opinii publicznej w dzisiejszej Polsce i to powinno zobowiązywać Cię do większej troski o precyzję przekazywanej czytelnikom informacji. Atakujesz w swym tekście w "Naszym Dzienniku" znanego publicystę ukraińskiego, śp. Dmitra Doncowa, obciążając go odpowiedzialnością moralną za zgubne skutki jego publicystyki, których on zapewne nawet nie przewidywał. A sam rozgrzeszasz naszych narodowców, wysuwając zaskakującą tezę, iż nasi narodowcy na tle swych młodszych - ukraińskich braci "prezentują się niezwykle łagodnie, żeby nie powiedzieć - safandulsko". Jest to fałsz. Historyk Obozu Narodowego powinien w tym momencie zaprotestować. Nasi narodowcy z całą pewnością nie byli i nie są safandułami. W chwili potrzeby umieli uciekać się do przemocy. Nie zawsze wybierali opcje najkorzystniejsze dla swych celów, czyli dla dobra narodu polskiego, ale nie brak im było ani odwagi, ani poświęcenia. Zacznijmy najpierw od przykładów chwalebnych. Gdy siedziałem po raz pierwszy w więzieniu (było to na wiosnę 1968 roku na Mokotowie), wstrząsnęła mną więzienna legenda o straconym tam młodym żołnierzu NSZ, który podczas "kiblowego" procesu powiedział do swych sędziów: "Prócz Orła Białego i Narodu Polskiego, pierdolę wszystko w dupę - w tym pana sędziego!". I z satysfakcją przyjął KS-a, czyli wyrok śmierci. Narodowcy polscy często uciekali się do przemocy fizycznej, a nieraz i do gwałtu wobec swych przeciwników ideowych i politycznych i sami to opiewali ("Brzmią pod Łodzią brauningi, błyszczą majchrów się klingi, to obrońcy Narodu z socjałami bój wiodą"). Morderca prezydenta Gabriela Narutowicza był odważnym fanatykiem, który swym czynem w sumie zaszkodził wizerunkowi Obozu Narodowego, ale nie safandułą. Nie rozumiem, skąd więc takie diagnozy w Twoim artykule. Owszem z Obozu Narodowego pochodzili konformiści, którzy w godzinie próby poszli na układy z NKWD i później tworzyli jako "PAX" część krajobrazu politycznego PRL, ale to zupełnie coś innego niż nadmiar łagodności lub safandulstwo.
Jesteś działaczem UPR, która sama określa się jako stronnictwo konserwatywno-liberalne, ale widać gołym okiem, że - jak wielu w UPR - sympatyzujesz z ideami polskiego nacjonalizmu. I nie dziwota. Każdy naród dąży do posiadania swego narodowego państwa, które by broniło jego interesu narodowego. Oczywiście trudno jest wykroić tak granice państwowe, by w nich nie było mniejszości narodowych i te też muszą korzystać z przywilejów obywatelskich. Ale państwo - dla przykładu polskie - zostało powołane, by w pierwszym rzędzie broniło interesu Polaków. Dlatego mamy prawo mieć pretensje do polskich sędziów, którzy wyżej stawiają interes przybywających z RFN Niemców nad interes mieszkających w kraju ojczystym Polaków. W wielu swych artykułach bronisz polskiego interesu narodowego i wielka chwała Ci za to.
W dzisiejszych czasach jest wiele zamieszania spowodowanego nieraz umyślnym myleniem pewnych podstawowych pojęć i w publicystyce, i co gorsza - w prawie. Marian Krzaklewski jako przywódca "Solidarności" chciał, aby w konstytucji RP zapisano we wstępie, iż Polska jest państwem narodowym Polaków. Większość sejmowa z Aleksandrem Kwaśniewskim oraz Tadeuszem Mazowieckim na czele zapisała wobec tego potworka prawnego: "My naród polski - wszyscy obywatele Rzeczypospolitej". W ten sposób zakwestionowano pojęcie prawne osoby narodowości polskiej obok narodowości ukraińskiej, białoruskiej, niemieckiej, żydowskiej itp. Każdy obywatel Polski, nawet jak ten piłkarz pochodzący z narodu Ibo w Nigerii, ma być eo ipso Polakiem. Przecież to bzdura. Polakiem jest człowiek poczuwający się do narodowości polskiej. Ktoś, kto jest rasistą, będzie nalegał na tym, by osoba narodowości polskiej miała rodziców Polaków. Ja rasistą nie jestem i decydująca jest dla mnie polska samoświadomość narodowa. Poza tym Polakami są ludzie o polskiej samoświadomości narodowej, nawet posiadający obce obywatelstwo. Jeśli w domu mówią z dziećmi po polsku, to ich polskość jest nie do podważenia.
To samo dotyczy osób narodowości ukraińskiej. Pamiętam scenę w TVP, gdy zapatrzony w literę takiego konstytucyjnego "prawa", znany dziennikarz pytał kierownictwo Związku Ukraińców w Polsce, czy czują się Polakami. Dla niego było rzeczą oczywistą, że tak. Oni natomiast przezornie milczeli. Po co bowiem mieliby zakładać Związek Ukraińców i dbać o przechowanie mowy i kultury ukraińskiej u swych dzieci i wnuków, jeśli mają się czuć Polakami?

Jest to zgubny wpływ europejskiej Hakaty na prawo międzynarodowe i poprawność polityczną. We Francji, każdy obywatel - niezależnie od faktycznej narodowości - jest Francuzem. Nie ma Basków, Bretończykow, Korsykańczyków i innych autochtonicznych mniejszości narodowych. Dzięki temu nie ma konieczności zaspokajania ich praw do narodowej oświaty i kultury oraz narodowego języka w powszechnych środkach przekazu. I Francja czuje się państwem wzorcowym w europejskiej demokracji. Wszak każdy urodzony we Francji jest Francuzem. Natomiast Polska przedwrześniowa była i pozostaje w ocenach "historyków europejskich" państwem półfaszystowskim, uciskającym swe liczne mniejszości narodowe, mimo że te mniejszości miały w Polsce większe uprawnienia narodowe niż we Francji. Miały swe narodowe stronnictwa polityczne, swe szkolnictwo podstawowe i średnie, własne organizacje sportowe i kulturalne. "Uciskani" przez polskich antysemitów Żydzi mieli przed wojną w Polsce multum legalnych partii politycznych, legalne i poczytne gazety z jidysz, po hebrajsku i po polsku, kluby sportowe, teatry i nawet kinematografię w jidysz. Ale to Francja bryluje jako wzorzec demokracji.

Zabieram głos w internecie, by móc dokładnie wyjaśnić, o co mi chodzi. Na Zachodzie co i rusz myli się narodowość z obywatelstwem oraz z drugiej strony - narodowość z pochodzeniem. Wpływa to przez indukcję na poziom naszych dyskusji, choć w polskim przedwojennym prawie te sprawy były uregulowane w sposób jak najbardziej właściwy. Na to nakłada się dodatkowo określanie narodowości nie poprzez samoświadomość narodową delikwenta, lecz poprzez dziedziczność (Są to wpływy obce, pochodzące z III Rzeszy oraz Związku Rad. Szczególnie wpływy sowieckie w dobie PRL odegrały tu istotną rolę). Tymczasem wystarczy popatrzeć na nazwiska ludzi, by stwierdzić, że wielu ludzi czujących się Polakami ma nazwiska niemieckie, rosyjskie, ukraińskie itp. Posłanka SLD Anita Błochowiakówna pochodząca spod Łodzi zapewne nie zdaje sobie sprawy, że ma typowe nazwisko ukraińskie o bardzo ironicznym wydźwięku. Trzeba więc odróżniać Polaków ukraińskiego pochodzenia od polskich Ukraińców etnicznych o ukraińskiej samoświadomości narodowej.
To pomieszanie pojęć wpływa negatywnie na dyskusję o stosunkach polsko-ukraińskich. Mój przydługi wstęp ma służyć wyjaśnieniu podstawowych pojęć i uniknięciu nieporozumień w sporze.
Rozumiem, że masz jak najlepsze intencje, ale obawiam się, że nie wszystkie Twoje tezy sprzyjają ich rozwikłaniu. Najważniejsze wynikają z negacji przez Ciebie konieczności pojednania polsko-ukraińskiego, a co najważniejsze - z negowania znaczenia niepodległości Ukrainy dla polskiego bezpieczeństwa narodowego. Prof. Bohdan Osadczuk nie był odkrywcą prawdy, że nieumiejętność rozwiązania przez Polskę kwestii ukraińskiej była przyczyną rozbiorów i utraty niepodległości. Powiadasz niefrasobliwie o red. Jerzym Giedroyciu: "przekonanie to żywił wbrew powszechnie znanym faktom, iż Polska przez kilka wieków istniała bez niepodległej Ukrainy nawet jako mocarstwo, a po 1918 roku też jakoś sobie radziła". Przypisujesz ten rzekomy błąd księcia Pana wpływowi prof. Bohdana Osadczuka. Jest to fałsz. Historycy Obozu Niepodległościowego jeszcze przed prof. Bohdanem Osadczukiem oraz red. Jerzym Giedroyciem odkryli, że gdyby Polacy i Ukraińcy wspólnie bronili Rzeczypospolitej Trojga (a nie Dwojga) Narodów - do rozbiorów by nie doszło. Również gdyby pielęgnowany przez marszałka Piłsudskiego zamiar odbudowy niepodległej Ukrainy z atamanem Petlurą na czele nie upadł w maju 1920 roku wskutek braku odzewu wśród ukraińskiego chłopstwa i gdyby przetrwała zaprzyjaźniona z Polską Republika Ukraińska, układ sił w Europie byłby inny, więc pakt Hitlera ze Stalinem nie byłby śmiercionośny dla II Rzeczypospolitej. Chłopstwo ukraińskie za swe zaniechanie zostało ukarane sztucznym, stalinowskim głodem na Ukrainie w czasie I stalinowskiej pięciolatki. Pochłonął on kilka milionów istnień ludzkich. Ta tragedia narodowa Ukraińców powinna być dla nich przestrogą, że narody płacą straszliwą cenę za swe zaniechania. W niepodległej Ukrainie tego głodu by nie było, jak nie było go w niepodległej Polsce. Straconych okazji niestety nie da się odtworzyć.

Inspiracje "księcia Pana" były oczywiście inne. Red. Jerzy Giedroyc jako piłsudczyk był kontynuatorem polskiego programu prometejskiego, głoszącego dążenie do rozbicia wielonarodowego państwa rosyjskiego na wiele niepodległych państw narodowych. Stąd jego pomysły, by popierać niepodległość Litwy, Białorusi i Ukrainy. Nad Wisłą podobne pomysły propagował red. Bohdan Skaradziński z warszawskiego Klubu Inteligencji Katolickiej wydając głośną książkę w drugim obiegu. Program prometejski wynikał z naturalnego u zwolenników walki o niepodległość Polski poszukiwania sojuszników w tym zbożnym dziele wśród narodów uciskanych przez Rosję.
Zauważyłem już przez lekturę Twoich licznych artykułów, że nie jesteś jego entuzjastą, ale obawiam się, że wynika to z grzesznego egoizmu. Nie porusza Ciebie cierpienie narodów znoszących wciąż rosyjskie panowanie. Jest to w pewnym sensie nawiązanie do dziedzictwa śp. Romana Dmowskiego. Przeciwnicy Romana Dmowskiego najczęściej wysuwają przeciwko niemu zarzuty, iż był ojcem chrzestnym współczesnego polskiego antysemityzmu. Tym argumentem szermowano ostatnio, protestując przeciwko odsłonięciu jego pomnika na placu Na Rozdrożu w Warszawie. Tymczasem z punktu widzenia zgubnego wpływu jego idei na polskie losy najcięższe były jego błędy w sprawie ukraińskiej. Nasi narodowcy byli i pozostają przeciwnikami aspiracji niepodległościowych Ukraińców i w ten sposób uczyli Ukraińców obawiania się skutków polskich knowań. Ze zgubnymi skutkami dla mieszkających wśród Ukraińców Polaków, o ile byli liczebnie słabsi.
Paradoksalnie nasi narodowcy są starszymi braćmi ukraińskich nacjonalistów. Pod wpływem ich działalności wyrósł w Galicji ukraiński ruch nacjonalistyczny. Panowie w Toronto, którzy tak Cię drażnią, mają niczym psy prof. Pawłowa odruch warunkowy na Lachów. Jeśli jest to uczucie szczere, a nie podsycane przez moskiewskie ruble, to dowodzi, że nie potrafią oni wyciągać wniosków z popełnianych błędów. Wbrew temu, coś napisał w swym artykule, w okresie międzywojennym dla patriotów ukraińskich po dojściu Stalina do władzy w Moskwie oraz Hitlera w Berlinie jedyną opcją możliwą do przyjęcia była opcja polska. Być może wobec niepodległościowych apetytów było by to mniejsze zło, ale lepszy rydz niż nic - mówi polskie przysłowie. Gdy przyszła niemiecka okupacja w wykonaniu komisarza Rzeszy Ericha Kocha, to ukraińscy nacjonaliści powinni byli wyciągnąć właściwe wnioski. Tymczasem podjęli walkę z żywiołami polskimi na Kresach. Obudzili się z ręką w nocniku, kiedy na miejsce Niemców przyszli Sowieci i UPA musiała stoczyć z nimi walkę na śmierć i życie. I tu popełniasz błąd, ponieważ nie chcesz przyjąć do wiadomości faktu, że w ukraińskiej (ale nie polskiej) świadomości UPA było czymś na kształt naszego NSZ - żołnierzami wyklętymi. Przekładając na PRL-owskie realia, Ukraińcy mają do wyboru albo tradycje bitwy pod Lenino, albo tradycje żołnierzy wyklętych, czyli - wracając na grunt ukraiński - albo tradycje walk milionów swych rodaków w szeregach regularnej Armii Sowieckiej lub ukraińskiej partyzantki sowieckiej (jak formacje Kowpaka), albo tradycje powojennej UPA toczącej straceńczą walkę z Sowietami. Morderca tysięcy Polaków na Wołyniu Kłym Sawur zginął w walce z oddziałem NKWD.
Twój dobry znajomy z ROPCiO Marian Gołębiowski za młodu jako dowódca oddziału WiN wspólnie z banderowcami toczył walki przeciwko NKWD i polskiej bezpiece. Powtórzyłbyś mu swe słowa z artykułu o akcji "Wisła", że była dorobkiem polskich mimo wszystko (a nie chińskich) komunistów? Zbyt łatwo rezygnujesz naszego ważnego doświadczenia w tym względzie.
Gorzka dla nas prawda o współczesnej Ukrainie jest taka, że na wschodniej Ukrainie ludzie mówią po rosyjsku i nie lubią banderowców, zaś na dawnych naszych Kresach mówią dobrze po ukraińsku i wspominają banderowców dobrym słowem. Natomiast jednym i drugim nauczyciele oraz podręczniki wpajają w szkole rosyjskie bzdury o walkach wyzwoleńczych ludu ukraińskiego przeciwko imperialistycznym zapędom polskich (sic!) magnatów. A przecież wojna Bohdana Chmielnickiego była w dużym stopniu walką kozaczyzny i ukraińskiego chłopstwa z ukraińskimi magnatami, posiadającymi swe prywatne armie z kozakami w roli żołnierzy. I dlatego ta wojna miała charakter wojny domowej z charakterystycznym przeciąganiem przeciwnika na swoją stronę. Te karty naszej wspólnej historii są załgane przez rosyjską historiografię, dominującą do dziś na Ukrainie.
Stąd wniosek, że potrzebna nam jest prawda o naszych wspólnych dziejach. Potrzebne nam wspólne dociekanie prawdy. I wspólna modlitwa nad ofiarami bratobójczych walk oraz bratobójczych rzezi. Musimy mieć świadomość, że wielu Polaków ma ukraińskie korzenie, zaś wielu Ukraińców - nawet nie zdając sobie z tego sprawy - ma korzenie polskie. Polacy i Ukraińcy nieraz w sensie dosłownym są braćmi. Moja koleżanka z "Naszego Dziennika" zapytała mnie pewnego razu, jak ja mogę być takim ukrainofilem, jeśli pomiędzy naszymi narodami było morze nienawiści. Odpowiedziałem jej, że owszem, ale i było również morze miłości - tyle było przecież mieszanych małżeństw polsko-ukraińskich. Owocem takiego małżeństwa jest wszak zasłużony w demaskowaniu ukraińskich nacjonalistów pan Wiktor Poleszczuk.

Publicyści powinni pisać całą prawdę o naszych konfliktach, ale też i prawdę o wspólnych bohaterach. Chociażby o etnicznym Ukraińcu Andriju Potebni, który będąc carskim oficerem, poszedł do polskiego powstania i zginął po bohatersku w oddziale Langiewicza w bitwie pod Skałką. O ukraińskich żołnierzach gen. Bezruczki zasłużonych w odpieraniu nawały bolszewickiej w sierpniu 1920 roku pod Zamościem i pod Warszawą (Wielu z nich jest pochowanych na cmentarzu prawosławnym na warszawskiej Woli. Nie pamiętamy o nich niestety podczas obchodów rocznicy "cudu nad Wisłą"). O Kazimierzu Pużaku - etnicznym Ukraińcu (ps. Bazyli, czyli po ukraińsku Wasyl) i Polaku z wyboru, marszałku okupacyjnego parlamentu Polski Podziemnej, zmarłym po powrocie z sowieckiego porwania 16-tu polskich przywódców na Łubiankę w PRL-owskim więzieniu w Rawiczu.
Trzeba budować łączące nas pomosty w świadomości naszych czytelników. Żeby nie było stereotypów zakłócających nasze współżycie. Interes narodowy wymaga, by nie dać obcym fajdać sobie na głowę, ale i nie mnożyć bez potrzeby wrogów. Mam nadzieję, że się z tym zgodzisz.

Z wyrazami szczerej przyjaźni Antoni Zambrowski


Dzieci jednego Boga - Antoni Zambrowski

Polacy i Ukraińcy są dziećmi jednego Boga i powinni miłować się jak bracia. Powinni, ale tego nie czynią.

Wybitny publicysta prawicowy Stanisław Michalkiewicz zamieścił na łamach sobotniego "Naszego Dziennika" z 21 - 22 lipca br. artykuł pod tytułem "Dzieci gorszego Boga?". Pyta w nim, czy Polacy we własnej ojczyźnie mają prawo czcić pamięć polskich ofiar ludobójstwa. Odpowiedź nasuwa się sama. Oczywiście, że mamy do tego prawo. Co więcej, mamy obowiązek pamiętania i czczenia pamięci polskich ofiar rzezi na Wołyniu oraz w Galicji (właściwej, czyli Wschodniej) w roku 1943. Co do tego jesteśmy ze Stanisławem Michalkiewiczem jak najbardziej zgodni. Moją niezgodę wywołują natomiast niektóre tezy tego artykułu.

Czy pojednanie jest potrzebne?

Po pierwsze, twierdzi w nim autor, iż oszustwem, i to zuchwałym, jest postulat pojednania pomiędzy narodem polskim a narodem ukraińskim. A to dlatego, że naród polski nie żywi wrogości wobec narodu ukraińskiego i od niego wrogości nie doznaje. Wrogość panuje jedynie pomiędzy Polakami a banderowcami. Czy jest tak w istocie? Obawiam się, że Stanisław Michalkiewicz zachowuje się tu niczym ów mnich, co w piątek przemianował kotlet schabowy, nadając mu nazwę dania rybnego i spożył w spokoju ducha. Wszak rzecz nie w nazewnictwie. Żyję na Bożym świecie wiele lat i wielokrotnie spotykałem się z objawami niechęci Polaków do Ukraińców i Ukraińców do Polaków. W czasach PRL byłem świadkiem, jak Ukraińcy obawiali się rozmawiania po swojemu w miejscach publicznych z obawy na reakcję Polaków oraz podobnych obaw wśród mieszkających w sowieckim Lwowie Polaków. Oczywiście w myśl działań owego mnicha można każdego Ukraińca mającego pretensje do Polaków określić jako banderowca, ale to niczego nie zmieni. Jest w Rosji i na Ukrainie wielu ludzi czujących wstręt do nacjonalistów ukraińskich spod znaku Stepana Bandery, ale traktujących Polskę jako kraj od wieków usiłujący podbić i ujarzmić Ukrainę. W tym właśnie duchu znakomity rosyjski reżyser Bortko przenosi obecnie na ekran znany utwór Mikołaja Gogola "Taras Bulba". Kto to czytał, wie, że jest to literatura piękna najwyższej próby, ale zarazem utwór wyjątkowo polakożerczy. Kto więc wytłumaczy milionom czytelników Mikołaja Gogola, a zwłaszcza przyszłym widzom kasowego filmu, że akces szlachty ukraińskiej do Korony na Unii Lubelskiej był nie tylko dobrowolny, ale wręcz zbyt wyrywny?! Znacznie rozumniej zachowała się szlachta białoruska, która zagwarantowała sobie równorzędność instytucji państwowych Korony oraz Wielkiego Księstwa Litewskiego (czyli de facto Białorusi). Kto wytłumaczy też im, że powstanie Bohdana Chmielnickiego zapoczątkowało wojnę domową na Ukrainie kozaków z ukraińskimi magnatami, jak Jarema Wiśniowiecki, a nie wojnę narodowo-wyzwoleńczą przeciwko Lachom, co jest stereotypową tezą historiografii rosyjskiej.

Polska opcja - najkorzystniejsza dla Ukraińców

Moje zdumienie ponadto budzi teza Stanisława Michalkiewicza, że nie można mieć za złe współpracy banderowców z III Rzeszą, gdyż "trudno wymagać, by byli lojalni wobec Związku Sowieckiego i Józefa Stalina, a także Rzeczypospolitej Polskiej, którą też uważali za swojego wroga". Otóż spośród trzech możliwych w II Rzeczypospolitej opcji najlepszą dla Ukraińców mimo wszystko była opcja polska. I były stronnictwa ukraińskie, które mimo wszystkie błędy polskich władz w sprawie ukraińskiej na współpracę z Polską stawiały. Po owocach ich poznacie je. Do dnia dzisiejszego dawne polskie Kresy Wschodnie są najbardziej ukraińskim obszarem na terenie dzisiejszej Ukrainy. Przyłączając 17 września 1939 roku polskie Kresy Wschodnie do sowieckiej Ukrainy oraz sowieckiej Białorusi, Stalin strzelił sobie samobójczą bramkę, ponownie infekując już zrusyfikowane zdawałoby się tereny.
Przy sposobności przypomnijmy sobie, że wkroczenie Armii Czerwonej na Kresy stało się sygnałem do krwawej rzezi mieszkających tam żywiołów polskich przez czerwone bandy ukraińsko-żydowskie oraz białorusko-żydowskie. Szkoda, że nikt nie podliczył ofiar tej rzezi od lat przygotowywanej przez agendy Międzynarodówki Komunistycznej. Jeśli w czasach PRL można było półgębkiem wspominać rzeź na Polakach dokonywaną przez UPA, to o wrześniowej komunistycznej rzezi na wezwanie Kremla do dnia dzisiejszego panuje cisza w polskich środkach przekazu.
Nie rozumiem też, w imię czego Stanisław Michalkiewicz zamierza bronić dziś komunistycznej akcji "Wisła", polegającej na wysiedleniu na Ziemie Odzyskane wszystkich bez wyjątku (bez względu na sympatie polityczne) Ukraińców, w tym zaliczonych do nich Łemków i Bojków. Decyzję podjęły władze komunistyczne na ewidentny rozkaz z Kremla, gdy akcja wysiedlania Ukraińców z Polski Ludowej na tereny Ukrainy Sowieckiej zawiodła (Ludzie kryli się przed tą akcją po lasach. Volens nolens wypadło wysiedlać ich zamiast na sowiecki wschód na polskie Ziemie Zachodnie). Oczywiście nie można porównywać tego z wywózkami Polaków przez NKWD, ale o humanitaryzmie tej akcji też bez kłamania nie da się mówić.
Temat ten podejmuje Stanisław Michalkiewicz w pierwszym zdaniu artykułu i tego zdania w żaden sposób nie mogę zrozumieć: "Społeczeństwo ukraińskie cieszy się w Polsce licznymi swobodami, obejmują one m.in. możliwość otwartego krytykowania władz polskich, co prawda >komunistycznych<, nie mniej jednak polskich, a nie dajmy na to, chińskich, na przykład za operację >Wisła<. Przecież jesteśmy krajem demokratycznym i polscy Ukraińcy mają u nas prawo do krytyki nie tylko dawnych władz komunistycznych, ale i władz aktualnych. Korzystają z tego prawa m.in. ukraińscy członkowie władz dawnej Unii Demokratycznej-Unii Wolności i na łamach >Gazety Wyborczej< dokładają co sił obecnemu rządowi".
Stanisławowi Michalkiewiczowi kojarzy się to z działaniem lobby żydowskiego, co jest o tyle dziwne, że środowiska żydowskie w świecie zwalczają antysemityzm ukraiński z jeszcze większą zajadłością niż antysemityzm polski. Rozwiązanie zaś tej zagadki jest niezmiernie proste: "Gazeta Wyborcza" jest wciąż sterowana zza grobu przez wiecznie żywego Jacka Kuronia, który za swą stałą obronę Ukraińców przed polskimi oskarżeniami otrzymał zaszczytny tytuł "Łycaria Hałyczyny". Jak pamiętamy, na jego pogrzebie głos zabierał sam Wiktor Juszczenko, kładąc na trumnie tradycyjny ukraiński rusznyk, czyli wyszywany ręcznik. Tu przy sposobności przypomnę, że trop żydowski jest tu o tyle bez sensu, że Adam Michnik tak naprawdę nie jest Żydem, gdyż został wzięty przez państwo Szechterów do adopcji z polskiego sierocińca. (wytł. ASME) Już więcej byłoby sensu w tropieniu żydowskich śladów w dorobku bliskiego sercu Stanisława Michalkiewicza śp. Stefana Kisielewskiego, który - jak twierdzi znakomity znawca przedmiotu, red. Paweł Siergiejczyk - sam miał żydowskich przodków po kądzieli. Ale jak wiadomo - nic z tego faktu dla dorobku Kisiela nie wynika.

Źródło błędu

Źródło błędu Stanisława Michalkiewicza leży, jak się wydaje w niedocenianiu, wagi strategicznego partnerstwa polsko-ukraińskiego w dzisiejszej Europie. Dlatego dokłada "Kulturze" paryskiej i jej twórcy, red. Jerzemu Giedroyciowi za ich bezsporne zasługi w sprawie porozumienia polsko-ukraińskiego. Tłumaczy ich "błąd" w tym zakresie zgubnym wpływem prof. Bohdana Osadczuka, którego - absolutnie bezpodstawnie - zalicza do banderowców. To mniej więcej tak, jak by Stanisława Michalkiewicza zaliczyć do KOR-owców i to jeszcze z lewicowej orientacji. Na początku hitlerowskiej okupacji Polski Bohdan Osadczuk musiał salwować się ucieczką przed bojówkarzami banderowskimi aż do Berlina, gdyż groziła mu śmierć z ich ręki. W czasach, gdy Stanisław Michalkiewicz był redaktorem naczelnym tygodnika "Najwyższy CZAS!" blisko lokującego się do UPR, zamieścił na jego łamach mój obszerny wywiad z prof. Bohdanem Osadczukiem, w którym ten prominentny rozmówca zdecydowanie potępił OUN, UPA oraz rzezie Polaków przez ukraińskich nacjonalistów i żałował, że jako doradca prezydentów niepodległej Ukrainy Leonida Krawczuka oraz Leonida Kuczmy nie zdołał ich namówić do urzędowego oświadczenia potępiającego ludobójstwo na Polakach. Nie jestem entuzjastą Aleksandra Kwaśniewskiego i zbojkotowałem ceremonię dekoracji przez niego orderem Orła Białego mych wieloletnich przyjaciół Jacka Kuronia oraz Karola Modzelewskiego, ale ze wszech miar popieram nadanie tego najwyższego polskiego odznaczenia prof. Bohdanowi Osadczukowi.
Przy sposobności się dostało też od Stanisława Michalkiewicza mojej koleżance Bogumile Berdychowskiej, która jest polską góralką i nauczyła się z własnej ochoty ukraińskiego, stając się dla wielu Ukraińców przykładem bezinteresownej sympatii Polaków do Ukrainy.
Z uporem godnym lepszej sprawy kolega Michalkiewicz kwestionuje ewidentną prawdę, że w interesie niepodległej Polski jest istnienie niepodległej Ukrainy. Polemizując z red. Giedroyciem, twierdzi, iż "Polska przez kilka wieków istniała bez niepodległej Ukrainy nawet jako mocarstwo, a i po 1918 roku też jakoś sobie radziła". Jak gdyby rzecz nie skończyła się rozbiorami i Polski, i Ukrainy, zaś międzywojenne 20-lecie - okupacją Polski oraz Ukrainy najpierw przez III Rzeszę, a następnie przez Związek Rad. Natomiast niewątpliwą słuszność ma Stanisław Michalkiewicz, gdy upiera się przy tym, że współpraca i porozumienie polsko-ukraińskie nie musi oznaczać - w myśl doktryny Jacka Kuronia - ustępowania na każdym kroku Ukraińcom, a zwłaszcza pogrobowcom UPA i to w sprawach, gdzie długofalowy interes i Polski, i Ukrainy wymaga, aby o naszych sprawach - w tym i o najbardziej bolesnych - mówić całą prawdę.

Zadośćuczynienie na zasadach wzajemności

Stanisława Michalkiewicza poruszyło oświadczenie Światowego Związku Ukraińców z siedzibą w kanadyjskim Toronto na 60-lecie akcji "Wisła", w którym kierownictwo owego związku domaga się od władz polskich zadośćuczynienia ofiarom wysiedlenia Ukraińców oraz Łemków i Bojków z ich ojcowizny.
Stanisława Michalkiewicza drażni określanie przez Światowy Związek Ukraińców naszych terenów południowo-wschodnich jako "ukraińskie terytorium etniczne". Ja bym nie łamał kopii o to określenie, lecz jedynie przypomniał tym panom z Toronto, że jeśli istotnie są patriotami niepodległej Ukrainy, to nie powinni podważać dobrosąsiedzkich stosunków polsko-ukraińskich. To dzisiejsza Rosja, a nie demokratyczna Polska, jest otwartym wrogiem pełnej niepodległości Ukrainy oraz jej akcesu do NATO i Unii Europejskiej. Poza tym panowie z Toronto powinni zdawać sobie sprawę, że w odróżnieniu od granic państwowych pojęcie terenów etnicznych są znacznie bardziej rozciągliwe i dyskusyjne. I że z kolei polskie tereny etniczne sięgają w głąb dzisiejszej Ukrainy i to dalej na wschód niż rzeka Zbrucz.
Jestem gorącym zwolennikiem zadośćuczynienia ofiarom akcji "Wisły", ale na warunkach wzajemności. Polskie ofiary krwawej przemocy na Ukrainie również zasługują na zadośćuczynienie. Kraj, którego obywatele zawinili, niech płaci. Zwłaszcza, że wznosi się pomniki sprawcom zbrodni. A poza tym do tej pory nie rozwiązano kwestii tragicznych skutków wywózki do Kazachstanu Polaków ze zlikwidowanego przez Stalina polskiego okręgu autonomicznego im. Juliana Marchlewskiego na Podolu. Koszty ich powrotu do Polski lub na Ukrainę nie muszą obciążać jedynie społeczeństwa polskiego, jeśli w 1936 roku ci ludzie byli wprawdzie Polakami i za to zostali ukarani, ale byli też obywatelami Ukraińskiej Republiki Rad.
Panowie z Toronto wolą jednak zadzierać z Polską, a nie ze spadkobierczynią Stalina - Federacją Rosyjską. I dlatego z rachunkiem za ukraińskie krzywdy spieszą przezornie do rządu polskiego, a nie na Kreml.

Artykuł pierwotnie opublikowany w tygodniku "Gazeta Polska"

Antoni Zambrowski
artykuły najnowsze | wywiady z autorem | o autorze | felietony TV | o mojej książce |