PUBLICYSTYKA ANTONIEGO ZAMBROWSKIEGO

Mity marcowe - jak było naprawdę

(06,03,2007 źródło ASME)

Jeden z mitów opisuje wydarzenia marcowe jako rozgrywkę pomiędzy zwalczającymi się frakcjami partyjnymi. W rzeczywistości było to spontaniczne wystąpienie studentów w obronie honoru narodowego.

Wydarzenia kojarzone z wiecem studentów Uniwersytetu Warszawskiego 8 marca 1968 roku rozpoczęły się znacznie wcześniej, bo przed obchodzoną w świecie komunistycznym 40. rocznicą rewolucji bolszewickiej. Wtedy zespół teatralny pod kierownictwem dyrektora Teatru Narodowego w Warszawie Kazimierza Dejmka podjął się w ramach tzw. zobowiązań październikowych wystawienia dramatu narodowego wieszcza "Dziady". Było to posunięcie ryzykowne, gdyż już w roku 1955 wystawienie w Warszawie "Dziadów" powodowało napięcia na widowni. Ludzie odbierali teksty XIX-wiecznego dramatu jako rzecz aktualną, opowiadającą o tragedii więzionych i wywożonych do Rosji żołnierzy AK. Podobnie stało się i tym razem. Warszawska widownia żywo reagowała na padające ze sceny słowa, odbierane jako aluzje do odwiecznej przyjaźni polsko-radzieckiej. Zaalarmowany w tej sprawie przez swego złego ducha, czyli sekretarza KC PZPR, tow. Zenona Kliszkę, tow. Wiesław podjął decyzję o zdjęciu "Dziadów" ze sceny Teatru Narodowego.

Skandaliczna dyktatura ciemniaków nad kulturą polską

Ostatnie przedstawienie odbyło się zgodnie z zapowiedzią 30 stycznia 1968 roku i zakończyło się protestacyjną manifestacją młodzieży akademickiej pod hasłem "Niepodległość bez cenzury". Opozycyjni studenci przeszli od Teatru Narodowego na placu Teatralnym do pomnika Adama Mickiewicza na Krakowskim Przedmieściu. Większość uczestników manifestacji zatrzymano, kilkunastu postawiono przed kolegium i skazano na grzywnę.
Do protestu studentów dołączyli literaci zebrani na Nadzwyczajnym Walnym Zebraniu Warszawskiego Oddziału Związku Literatów Polskich 29 lutego 1968 r. Uchwalili oni rezolucję, zgłoszoną przez Andrzeja Kijowskiego, potępiającą zdjęcie ze sceny "Dziadów" i domagającą się ich przywrócenia. Do legendy przeszła wypowiedź Stefana Kisielewskiego o skandalicznej dyktaturze ciemniaków w polskim życiu kulturalnym. Za te słowa spotkała go kara w postaci dotkliwego pobicia przez nieznanych sprawców z wiadomego resortu.

Rozwiązania siłowe

Przegrywając walkę z opozycją na słowa, władza coraz bardziej liczyła na rozwiązania siłowe. Zebranych na wiecu w dniu kobiet 8 marca na dziedzińcu uniwersyteckim przed budynkiem biblioteki uniwersyteckiej studentów usiłowały początkowo rozpędzić bojówki aktywistów ZMS oraz przywiezione autokarami bojówki partyjne (złożone z urzędników ministerialnych, a udające aktyw robotniczy). Gdy to okazało się niemożliwe wobec odważnej postawy studentów, do akcji wkroczyły oddziały ZOMO, które w myśl instrukcji wypracowanych w Związku Rad niezmiernie brutalnie potraktowały zgromadzonych studentów. Podobnie było następnego dnia podczas solidarnościowego wiecu studentów warszawskiej Politechniki. Zszokowani tym posłowie katolickiego koła "Znak" w swej interpelacji do premiera pisali: "W dniach 8 - 9 marca manifestująca młodzież była bita niesłychanie brutalnie, częstokroć w sposób zagrażający życiu. Widziano szereg wypadków znęcania się nad młodzieżą, w tym nad kobietami. Wszystko to rozjątrzyło niesłychanie społeczeństwo". Warto dodać, że w wyniku bestialskiego bicia dziewcząt 8 marca doszło do co najmniej dwóch przypadków śmiertelnych, czego władze się bezczelnie wyparły, oskarżając rozgłaszających to studentów o propagandowe kłamstwa. Później podczas grudniowej masakry robotników na Wybrzeżu w 1970 roku te same władze usiłowały ukryć rozmiary strat, grzebiąc potajemnie ofiary śmiertelne w workach ze sztucznego tworzywa.
Brutalność władz istotnie rozjątrzyła młodzież, wskutek czego strajki i manifestacje studenckie przeniosły się do wszystkich ośrodków akademickich. Władze wszędzie usiłowały tłumić protesty siłą. W Katowicach studentów, opuszczających po strajku solidarnościowym budynek Uniwersytetu Śląskiego - w myśl zawartego z władzami akademickimi kompromisu - SB poszczuła psami milicyjnymi i przerażone studentki skakały w zimną marcową pogodę do przepływającej w pobliżu rzeczki.
Ruch protestacyjny trwał przez cały marzec 68 roku. Do 25 marca dotrwał strajk studentów we Wrocławiu. W Warszawie najważniejszym wydarzeniem był strajk okupacyjny studentów Politechniki Warszawskiej, kierowany przez Komitet Strajkowy ze studentem elektroniki Bogdanem Czajkowskim na czele. Strajk studentów Politechniki cieszył się poparciem warszawiaków, którzy przynosili im do budynku uczelni jedzenie i napoje. Firma "Blikle" przysyłała im pączki, roznosiciele butelek mleka z okolicznych ulic dostarczali im mleko kosztem swych klientów. Strajk na Politechnice trwał najdłużej wśród uczelni warszawskich i zakończył się kompromisową ugodą w nocy z 22 na 23 marca. Kilka tysięcy studentów opuściło wtedy gmach uczelni i udało się do akademika, demonstracyjnie szurając butami.

Poparcie Episkopatu i wrogość PAX-u

Wbrew panującym dziś mitom protest studentów uzyskał poparcie Episkopatu Kościoła katolickiego z ks. Prymasem Stefanem Wyszyńskim na czele. 107. Konferencja Episkopatu Polski, która obradowała w trakcie protestu, bo 21 marca, potępiła jednoznacznie stosowanie siły wobec młodzieży, proponując w jej miejsce drogę "wnikliwego dialogu". Również sam ks. Prymas Wyszyński kilkakrotnie w swych wystąpieniach chwalił "realizm i dojrzałość naszej młodzieży".
Wiele mitów o Marcu '68 zawdzięczamy ówczesnej propagandzie w kontrolowanych przez Partię środków przekazu. Zaskoczone zasięgiem studenckiego protestu i nieskutecznością policyjnej represji, władze usiłowały zmanipulować propagandowo opinię publiczną. W pierwszym rzędzie oskarżono przywódców Ruchu 8 marca z Jackiem Kuroniem na czele o próbę obalenia Władysława Gomułki w zemście za jego poparcie dla państw arabskich w ich ubiegłorocznym konflikcie zbrojnym z Izraelem. 11 marca 1968 roku z takim właśnie oskarżeniem wystąpił dziennik Stowarzyszenia PAX zamieszczając na swych łamach apel do studentów Uniwersytetu Warszawskiego, napisany pospołu przez prezesa Stowarzyszenia Bolesława Piaseckiego oraz tow. Ryszarda Frelka - sekretarza bezpośredniego winowajcy całego zamieszania Zenona Kliszki (osoby nr 2 w aparacie PZPR). Odwoływali się oni do niezaprzeczalnego faktu, że w otoczeniu Jacka Kuronia było wiele osób żydowskiego pochodzenia i na tym opierali swe sugestie. Był to jednak świadomy zapewne anachronizm, gdyż młodzież z komunistycznych rodzin żydowskiego pochodzenia grupowała się wokół Jacka Kuronia znacznie wcześniej niż doszło do czerwcowego konfliktu zbrojnego miedzy Żydami a Arabami. Stało się tak, gdy po Październiku 1956 roku został reaktywowany wbrew zamiarom władz partyjnych Związek Harcerzy Polskich w tradycyjnym kształcie z autorem "Kamieni na szaniec", harcmistrzem Aleksandrem Kamińskim jako symbolem tych przemian. Wówczas podharcmistrz Jacek Kuroń zorganizował hufiec "czerwonego harcerstwa" im. gen. Waltera, czyli polsko-sowieckiego generała Karola Świerczewskiego. Do tego hufca chętnie posyłali swe dzieci rodzice z komunistycznych rodzin o żydowskim rodowodzie, traktujący nowy ZHP jako nazbyt nacjonalistyczny i klerykalny. Później władze partyjne dokonały "normalizacji" ZHP, przejmując nad nim swą kontrolę, a następnie pozbawiły Jacka Kuronia swobody działania w walterowskim hufcu. Wówczas przeszedł on do opozycji, pociągając za sobą liczne grono swych wychowanków. Wielu ludzi w opozycji demokratycznej zwracało Jackowi uwagę, że taki skład rasowy otaczającego go grona może być wykorzystany propagandowo przez antysemickie władze PRL. Można więc uznać, że taki właśnie kierunek propagandy marcowej został podjęty przez władze niejako na mimowolne zaproszenie Jacka Kuronia.

Chcemy Moczara

Tego samego dnia czyli 11 marca I sekretarz Komitetu Warszawskiego PZPR, tow. Józef Kępa poszedł jeszcze dalej w manipulacji propagandowej i oskarżył Ruch 8 marca o wspieranie "znanego bankruta politycznego" Romana Zambrowskiego w jego próbach powrotu do władzy. Manifestujący studenci mieli wołać "Zambrowski do Biura Politycznego!". Była to manipulacja MSW, gdyż takie okrzyki wznosili infiltrujący studenckie pochody agenci SB. W rzeczywistości te oskarżenie było czystym nonsensem. Roman Zambrowski z własnej inicjatywy i ku zaskoczeniu W. Gomułki podał się do dymisji ze stanowiska członka Biura Politycznego i sekretarza KC PZPR jeszcze w marcu 1963 roku, niezadowolony z gomułkowskiej polityki odwrotu od zapowiedzianych w Październiku '56 roku reform społeczno-politycznych i gospodarczych. Wtedy też został przeniesiony na stanowisko wiceprezesa Najwyższej Izby Kontroli i objęty zapisem cenzury - "wyparował" ze świadomości społecznej. Studenci go nie znali, zaś przywódcy Ruchu 8 marca mieli własne ambicje polityczne i popierać Romana Zambrowskiego nie zamierzali.
Podczas jednej z manifestacji studenckich ZOMO na polecenie gen. Moczara pozwoliło studentom podejść pod gmach KC i pod oknami gabinetu tow. Wiesława agenci SB wznosili okrzyki na rzecz Zambrowskiego. Toteż gdy Roman Zambrowski wystosował list do tow. Wiesława, protestując przeciwko bezpodstawnym oskarżeniom w partyjnych środkach przekazu, Władysław Gomułka nie dał mu wiary i na posiedzeniu Biura Politycznego skomentował: "Towarzysze, przecież my te hasła słyszeliśmy na własne uszy!". Prawdziwy sens tej manipulacji odsłania fotografia zamieszczona na okładce wydanej przez wydawnictwo "Rytm", a napisanej przez Krzysztofa Lesiakowskiego biografii gen. Moczara (wł. Nikołaja Tichonowicza Diomki). Przedstawia ona partyjny wiec marcowy w 1968 roku, na którym towarzysze trzymają transparenty z napisami: "Chcemy M. Moczara" oraz "Moczar do Biura Politycznego". Po prostu partyjny dygnitarz w opanowanych przez siebie środkach przekazu niczym ścigany przestępca głośno wydzierał się "Trzymać złodzieja!". Trzeba przyznać, że w procesach sądowych przywódców Ruchu 8 marca postać Romana Zambrowskiego była już nieobecna.
Gen. Moczar dwukrotnie wmanewrował Władysława Gomułkę w konflikt społeczny - najpierw w roku 1966, gdy przez subtelną intrygę sprowokował konflikt z Episkopatem o list biskupów polskich do biskupów niemieckich, a następnie zaogniając konflikt o "Dziady" Adama Mickiewicza. Wszystko to podkopało pozycję tow. Wiesława w aparacie partyjnym. Gdy w grudniu 1970 roku rozpoczęły się rozruchy robotnicze na Wybrzeżu, Komitet Warszawski z tow. Józefem Kępą na czele wystosował list do członków Partii, ostrzegając: "przed nami ten sam wróg, co w marcu". Według relacji Piotra Kostikowa z wydziału zagranicznego KC PZPR, odpowiedzialnego za stosunki z Polską, sowieckie kierownictwo partyjne rozszyfrowało prowokatorska rolę gen. Moczara w rozpalaniu konfliktów społecznych w Polsce i udaremniło przejęcie przez niego władzy w Partii. Jednocześnie kierownictwo sowieckie odrzuciło prośbę Władysława Gomułki o interwencję zbrojną w Polsce, proponując rozwiązanie konfliktu z robotnikami przy pomocy środków politycznych. Kreml podjął zakulisowe zabiegi o zamianę na stanowisku I sekretarza KC PZPR Gomułki przez Edwarda Gierka. Istotną rolę w tych zabiegach odegrali sowieccy agenci - generałowie Wojciech Jaruzelski oraz Czesław Kiszczak.
Moczar został wplątany w intrygę przeciwko swemu szefowi partyjnemu tow. Wiesławowi przez tzw. rusitów czyli rosyjskich nacjonalistów w KGB: Władimira Siemiczastnego oraz Aleksandra Szelepina. Przeoczył atoli w swych ambitnych planach istotną okoliczność, że Leonid Brieżniew na czele KGB postawił skłóconego z "rusitami" Jurija Andropowa, który uczynił wszystko, by utrącić kandydaturę Moczara na przywódcę PZPR. Wkrótce zwycięski w tej rywalizacji Edward Gierek skorzystał ze sposobności i odsunął Moczara na długie lata na boczny tor, przerywając jego złowieszcze sny o roli polskiego Nicolae Ceausescu.

Jest to pełen tekst artykułu, który ze skrótami ukazał się w tygodniku "Gazeta Polska".

Antoni Zambrowski
artykuły najnowsze | wywiady z autorem | o autorze | felietony TV | o mojej książce |