PUBLICYSTYKA ANTONIEGO ZAMBROWSKIEGO

Matka Boża Stanu Wojennego

(07,03,2007 źródło ASME)

Zwycięstwo nad komuną zawdzięczamy naszej walce oraz modlitwom do Matki Bożej.

By opowiedzieć tę historię od samego początku, trzeba zacząć od nawiedzenia obozu dla internowanych w więzieniu w Białołęce Dworskiej przez księdza Prymasa Józefa Glempa. Było to dokładnie przed 25-ciu laty, 24 stycznia 1982 roku. Ksiądz Prymas spędził z nami bez przesady cały dzień, odwiedzając wszystkie bez wyjątku cele w obydwu barakach i rozmawiając przynajmniej przez chwilę z każdym z uwięzionych. W porze obiadowej zjadł w którejś z cel wspólny posiłek.

Obraz o wizycie ks. Prymasa

Było to tak silne przeżycie dla nas wszystkich, szczególnie dla katolickiej większości, że jeden z kolegów postanowił utrwalić to wydarzenie na płótnie. Namalował duży obraz przedstawiający księdza Prymasa w drzwiach celi i zatytułował "Wizyta". Tym kolegą był Waldemar Pernach - magister ekonomii i technik-elektryk w jednej osobie, siedzący w sąsiedniej z naszą celi. Ponieważ obraz był wyjątkowo udany, koledzy namawiali go do dalszych prób i tak powstała malarska dokumentacja naszych przeżyć w więzieniu, niestety dziś już zupełnie zapomniana. Zwieńczeniem tych prac kontynuowanych już na wolności był obraz Matki Bożej Białołęckiej, konsultowany pod względem teologicznej poprawności z naszym kapelanem, ks. prałatem Janem Sikorskim oraz z ks. Jerzym Popiełuszką.
Po zwolnieniu z więzienia utrzymywaliśmy nadal ze sobą stosunki towarzyskie, czemu sprzyjało zawiązanie duszpasterstwa internowanych przy kościele seminaryjnym pw. św. Józefa przy Krakowskim Przedmieściu. W seminarium bowiem ks. dr Jan Sikorski był ojcem duchownym kleryków. Co miesiąc w niedzielę koło 13-tego o 19.00 ks. Jan odprawiał dla nas w wypełnionym po brzegi kościele mszę świętą za Ojczyznę. Ku utrapieniu stołecznej ubecji przychodziły na tę mszę tłumy warszawiaków, m.in. znani aktorzy i literaci. Tam w najbliższą niedzielę po 13 maja 1983 roku ks. rektor Bronisław Dembowski (późniejszy biskup płocki) przyprowadził na naszą mszę świętą współpracownicę Komitetu Prymasowskiego pomocy więzionym za przekonania, poetkę Barbarę Sadowską. Przedstawił ją jako matkę zbolałą po śmierci syna śp. Grzesia Przemyka, zatłuczonego przez ZOMO-wców na pobliskim komisariacie MO przy ul. Jezuickiej na Starym Mieście. Po jakimś czasie pod naciskami SB ks. Jana Sikorskiego mianowano proboszczem parafii na bardziej odległym od Śródmieścia Kole. Był to kościół również pod wezwaniem św. Józefa, przy ul. Deotymy. Tłumy wiernych przemieściły się tam, co można było odczuć, jadąc w tamte strony w tłoku tramwajem na mszę za Ojczyznę. Szefem duszpasterstwa internowanych został mgr inż. Marcin Przybyłowicz - jeden z bierzmowanych przez ks. arcybiskupa Bronisława Dąbrowskiego w Białołęce więźniów obozu internowanych. Do zarządu duszpasterstwa dobrał on kilku byłych internowanych - Jerzego Buławę, Krzysztofa Mordzińskiego i Anatola Lawinę. Tego ostatniego najprawdopodobniej dlatego, że był on skłóconym ze środowiskiem Jacka Kuronia, mimo że wywodził się z "walterowców", czyli czerwonych harcerzy z hufca im. gen. Waltera, prowadzonego niegdyś przez Jacka Kuronia. Kuroniowcy od lat bojkotowali Tolka Lawinę za nieposłuszeństwo dyrektywom swego wodza, spychając go na margines opozycji demokratycznej. Marcin nie zamierzał stosować się do ich zakazów. Krzysztofa Mordzińskiego spamiętałem z tamtych lat, gdyż na prośbę ks. Jana Sikorskiego przygotowywał on każdorazowo przed mszą za Ojczyznę bardzo inteligentnie napisane intencje do odczytania podczas modlitwy wiernych. W III RP był on przez jakiś czas prezesem Urzędu Miar i Wag.

Konkurs na obraz Matki Bożej

Kierownictwo duszpasterstwa internowanych z Marcinem Przybyłowiczem na czele ogłosiło konkurs na obraz Matki Bożej stanu wojennego i jako pierwszy został zgłoszony obraz pędzla naszego kolegi Waldka Pernacha. Wyróżniał się on urodą spośród wszystkich obrazów namalowanych przez mniej uzdolnionych amatorów i pewnie otrzymałby zasłużoną palmę pierwszeństwa, gdyby nie fakt że swój udział w konkursie zgłosiła również zawodowa malarka, pani Anna Danuta z Żebrowskich Staszewska - autorka głośnej Piety Katyńskiej. Namalowała ona Matkę Bożą Częstochowską na tle spacerniaka w areszcie śledczym w Białołęce. Widok spacerniaka znała ona dzięki popularnej fotografii członków kierownictwa związku "S", przemyconej z więzienia. Jury nie wypadało podjąć innej decyzji, jak tylko uhonorować ją pierwszym miejscem w konkursie. Następną decyzją kierownictwa duszpasterstwa było zorganizowanie peregrynacji obrazu Matki Bożej wśród rodzin byłych internowanych oraz osób współpracujących z duszpasterstwem. Szczegółowy program peregrynacji obrazu opracowała współpracująca z podziemną "S" oraz KPN graficzka Magda Góralska, mnie natomiast mianowano komisarzem odpowiedzialnym za peregrynację obrazu. Mimo wieloletniego doświadczenia pracy w wielu warszawskich zakładach przemysłowych nie miałem żadnego przydziału do jakiejkolwiek pracy w podziemiu związkowym ze względu na niechęć do mnie środowiska Jacka Kuronia, które wodziło rej w warszawskiej konspiracji. Udzielałem się więc jako tzw. jawniak w różnych środowiskach opozycyjnych, które najczęściej znajdowały azyl w warszawskich kościołach. I jako działacz katolicki uczestniczyłem m.in. w różnych pracach duszpasterstwa internowanych. Pamiętam zorganizowaną przez Marcina Przybyłowicza pielgrzymkę autokarową do krakowskiej Nowej Huty na odprawianą przez kapelana nowohuckiej "S", ks. Kazimierza Jancarza mszę za Ojczyznę. Gdy wchodziliśmy dużą grupą do kościoła, zebrani w nim wierni powitali nas gromkim śpiewem hymnu "Solidarności" ułożonego przez pana Jerzego Narbutta: "Solidarni, nasz jest ten dzień". Tak hymn związkowy pióra pana Jerzego stał się w stanie wojennym pieśnią kościelną. Natomiast podczas wielogodzinnej podróży pod przewodem ks. prałata Jana Sikorskiego ćwiczyliśmy chóralny śpiew Godzinek o niepokalanym poczęciu Najświętszej Marii Panny. Zaimponowała mi wtedy Magda Góralska (obok której wypadło mi siedzieć w autokarze), gdyż znała tekst Godzinek na pamięć i nie musiała zaglądać podczas śpiewu do książeczki do nabożeństwa.
Nauka nie poszła w las. W ostatnią niedzielę maja 1995 roku po wielotysięcznej pielgrzymce mężczyzn i młodzianków do Matki Bożej Piekarskiej trafiliśmy wraz z Marcinem Przybyłowiczem oraz dwoma hutnikami z huty Warszawa do komendy w Piekarach jako podejrzani o udział w poczcie sztandarowym podziemnej "S" z tej huty. Tam na korytarzu, czekając na przesłuchanie w sprawie naszego udziału w tej zbrodni, śpiewaliśmy wraz z hutnikiem Alkiem Godzinki, budząc spontaniczny gniew miejscowych uboli. Jego jako chorążego pocztu skazano na areszt, natomiast mnie i Marcinowi się upiekło, gdyż mieliśmy w dowodach pieczątki z innych niż huta Warszawa miejsc pracy. Wracaliśmy wtedy z Piekar do Warszawy małym fiatem Marcina i zabrał się z nami dr Jan Strzelecki, który później był moim świadkiem obrony w tej sprawie przed kolegium w Warszawie. Biedny pan Jan stał się po kilku latach śmiertelną ofiarą nieznanych sprawców z wiadomego resortu. Winę PRL-owska sprawiedliwość zwaliła na jakichś chuliganów, którzy się przyznali do mordu bez motywu. Co robiła w tym czasie ubecka obstawa pana Jana, jakoś nie wyjaśniono.

Peregrynacja obrazu

Peregrynacja obrazu trwała przez długie miesiące, gdyż wiele rodzin internowanych oraz ich krewnych i znajomych chciało gościć obraz Matki Bożej. Odwiedziłem wraz z obrazem wiele domów. Gdy u mojej sąsiadki w kamienicy na Sadybie Fosy SB przeprowadziła przeszukanie mieszkania, złożyłem jej wizytę solidarności. Wówczas przyznała mi się, że pamięta mnie jako komisarza peregrynacji obrazu, który gościł u jej siostry na Muranowie. Podczas pobytu obrazu u Grażyny Szymańczukówny na Pradze II jej mama opowiedziała mi przy sposobności swe dramatyczne przygody z lat młodości. Była ona jako 16-letnia dziewczyna żołnierzem w oddziale partyzanckim AK na Lubelszczyźnie i w czasie akcji "Burza" otoczyły ich przeważające siły NKWD. Wszyscy jej koledzy zginęli w walce lub zostali dobici przez NKWDzistów. Ją przed strzałem w potylicę uratował asystujący Rosjanom Polak. Wziął on pistolet Moskala z okrzykiem: "Teraz ja!", a następnie ofiarował się, że zaprowadzi ją do sztabu na przesłuchanie. Przeżyła dzięki niemu, ale przypłaciła to wieloletnim wyrokiem, który przesiedziała od deski do deski. Nie dziw, że jej córka Grażyna była później ofiarną działaczką podziemnej "S".
Ostatnim ogniwem w długim łańcuchu peregrynacji było nabożeństwo odprawione przez ks. Stanisława Małkowskiego przed obrazem Matki Bożej Białołęckiej w mieszkaniu u "Kmicica", czyli Zygmunta Krzemińskiego. "Kmicic" był szefem podziemnej struktury "S", do której przez jakiś czas należał śp. Emil Barchański - uczeń liceum ogólnokształcącego im. Mikołaja Reya, utopiony przez agentów SB w Wiśle latem 1982 roku. Założył on podziemne wydawnictwo i podziemne radio, wraz z kolegami murował grób ks. Jerzego Popiełuszki, następnie zgłosił się jako osobisty kierowca i ochroniarz ks. Stanisława Małkowskiego. Zapłacił za to wysoką cenę. Jego żonę Mariannę SB porwała z pociągu do Zakopanego (jechała tam, by odwiedzić przebywającą na wczasach córkę Ewę) i po 48 godzinach ciężkich tortur nieprzytomną zostawiła na torach kolejowych koło Kielc. Na szczęście maszynista w nocy dojrzał na torach jakiś kształt i zatrzymał pociąg, ratując jej w ten sposób życie. Zygmunt po rozpoznaniu żony w szpitalu w Kielcach trafił do więzienia w Warszawie. Śledztwo w sprawie pani Marianny umorzył pod naciskiem SB prokurator, uznając, iż wypadła ona najzwyczajniej z pociągu. Tow. prokurator nie chciał wyjaśnić, dlaczego znalazła się na torach dopiero po 48 godzinach od opuszczenia pociągu i dlaczego miała na całym ciele ślady ciężkiego bicia oraz przypalania papierosami.
PRL była państwem ateistycznym, odnoszącym się wrogo wobec Kościoła. Odczuwaliśmy to na każdym kroku podczas kontaktów z "władzą ludową". Gdy latem 1983 roku musiałem wyjechać w delegację służbową do Barczewa koło Olsztyna, inwigilujący mnie ubecy mieli do mnie pretensje, że nawiedziłem wszystkie kościoły w Olsztynie. Wyrazili swe pretensje w oficjalnych raportach, które przekazano moim przełożonym. Pewnego razu nie załapałem się na ofertę pracy w banku jako ekonomista, gdyż w dowodzie osobistym miałem zdjęcie ojca świętego Jana Pawła II. Decyzji odmownej można było się domyśleć, widząc wyraz twarzy kadrowej w reakcji na zdjęcie papieża. Na początku 1984 roku w wojnę z Kościołem wdało się najwyższe kierownictwo PRL, inicjując wojnę o krzyże w szkole rolniczej w Miętnem koło Garwolina. Później porwano i zamordowano ks. Jerzego Popiełuszkę.
W jednej z piosenek ułożonych w stanie wojennym mówiło się o tym wprost: "Niech się dowie pan generał i jego kompani, że my - z Bogiem, a on przeciw, my - niepokonani!". Inna piosenka zapowiadała: "Naszą walką i modlitwą nowe jutro zbudujemy". W czasie peregrynacji obrazu Matki Bożej Białołęckiej rozmawiałem z pewnym księdzem z pobliskiego kościoła, który z chęcią dał się namówić na odprawienie mszy świętej przy tym obrazie w prywatnym mieszkaniu swoich parafian. Odśpiewał mi przy sposobności przeróbkę znanej pieśni kościelnej z czasów stanu wojennego: "Ojczyzno ma, wiele razy we krwi skąpana...", ze słowami zawierającymi zapowiedź zwycięstwa "Solidarności" z rąk Maryi: "Kwiaty szczęścia, sprawiedliwości znów zakwitną, rozwinie się pąk i zwycięstwo >Solidarności< otrzymamy z Matczynych wprost rąk". Pokrywało się to z proroctwem ks. Prymasa kardynała Augusta Hlonda wypowiedzianym przez niego na łożu śmierci, że zwycięstwo przyjdzie przez Maryję, przez różaniec. I tak się stało.

Artykuł ukazał się pierwotnie w tygodniku "Gazeta Polska".

Antoni Zambrowski
artykuły najnowsze | wywiady z autorem | o autorze | felietony TV | o mojej książce |