PUBLICYSTYKA ANTONIEGO ZAMBROWSKIEGO

Biedna ofiara PRL i III RP

(03,07,2007 źródło ASME)

Zmarła przed dwoma laty działaczka "S" z Jeleniej Góry nie doczekała się moralnej satysfakcji i zadośćuczynienia za prześladowania w stanie wojennym.

Panią mgr Danielę Brodnicką-Bawińską poznałem jako dziennikarz "Tygodnika Solidarność", kiedy przejąłem pilotowanie jej sprawy, zlecone red. Andrzejowi Gelbergowi z działu związkowego przez redaktora naczelnego Jarosława Kaczyńskiego. Później Jarosław Kaczyński odszedł z naszego tygodnika do Kancelarii Prezydenta RP Lecha Wałęsy, zaś redaktorem naczelnym został z nominacji przewodniczącego związku "S" Mariana Krzaklewskiego właśnie Andrzej Gelberg. On też powierzył mi swe obowiązki dotyczące pani Danieli.

Złotousta działaczka "S"

Wcześniej była ona mianowaną nauczycielką historii w Zespole Szkół Rolniczych w Jeleniej Górze i w czasie solidarnościowego karnawału zasłynęła w swym mieście jako płomienna i złotousta obrończyni spraw pracowniczych. Gdy nadszedł stan wojenny, podpadła za to pełnomocnikowi WRON-y, pułkownikowi Tadeuszowi Jemiole, który kazał usunąć ją ze szkoły, by "nie bałamuciła młodzieży". Jak opowiadano, najbardziej naraziła się ona dwom oficerom LWP - pułkownikom Bukowskiemu i Strychalskiemu, wizytującym służbowo jej skromne mieszkanie, gdyż na ścianie - o zgrozo! - wisiały katolicki krucyfiks oraz portret marszałka Józefa Piłsudskiego. Stwierdzili więc autorytatywnie w imieniu WRON-y, że osoba o mesjanistycznym światopoglądzie, w dodatku wyznająca tak wrogie poglądy polityczne nie może pracować w socjalistycznej szkole. A że w dodatku przeziębiła się podczas surowej zimy 1982 roku i długo chorowała, władze zmusiły leczącą ją lekarkę, by wypisała dokument stwierdzający, iż pani Daniela jest chora na otwartą gruźlicę i nie może mieć kontaktu z młodzieżą. W zasadzie należało ją wysłać na leczenie do sanatorium, ale władze szkolne oraz pełnomocnik WRON dobrze wiedzieli, że pani Danieli gruźlica nie zagraża, więc wyrzucili ją na bruk. Pozostawili ją na utrzymaniu męża - Anatola Bawińskiego, nauczyciela wychowania fizycznego. Pani Daniela była osobą energiczną, w obronie praworządności dotarła aż do Warszawy i uzyskała audiencję u ministra rolnictwa Wojteckiego jako zwierzchnika Zespołu Szkół Rolniczych. Niestety, decyzje w jej sprawie pozostawały w gestii SB, toteż przyrzeczenia ministra, że przywróci sprawiedliwość, pozostały nie urzeczywistnione. I tak trwało do "okrągłego stołu" w 1989 roku i zwycięstwa wyborczego "Solidarności". Ponieważ ustalono wówczas, że osoby wydalone z pracy za działalność związkową mogą wrócić na dawne stanowisko, zgłosiła się ona do swojej niegdyś szkoły i ku swemu zdumieniu dowiedziała, że jej ten przepis nie dotyczy. Wszak nie wyrzucono jej z pracy za działalność związkową, lecz jedynie zawieszono w obowiązkach ze względu na otwartą gruźlicę. Zaczęła więc obijać progi w urzędach podlegających nowemu solidarnościowemu premierowi Tadeuszowi Mazowieckiemu, ale wbrew jej oczekiwaniom urzędnicy nie umieli jej pomóc.

Strajk głodowy w siedzibie mazowieckiej "S"

Wówczas na zaproszenie przewodniczącego Zarządu Regionalnego NSZZ "Solidarność" Mazowsza Michała Boni i przy poparciu jego zastępcy Macieja Jankowskiego zajęła ona mały pokoik na wysokim parterze w nowej siedzibie Zarządu Regionu Mazowsze przy Alejach Ujazdowskich i ogłosiła głodówkę protestacyjną, domagając się przywrócenia do pracy. Stało się tak dokładnie w 10. rocznicę podpisania porozumień sierpniowych. Wszyscy byli przekonani, że ten protest długo nie potrwa, gdyż jej racje są nazbyt ewidentne. W rzeczywistości strajk głodowy trwał 72 dni i red. Andrzej Gelberg pytał na łamach "Tygodnika Solidarność", czy władze czekają, aż ona sobie umrze. Na szczęście przewodniczący związku "S" Lech Wałęsa zgłosił swą kandydaturę na stanowisko prezydenta RP. Zaapelował do pani Danieli, by zachowała swe cenne życie dla związku i kraju, a on jako prezydent przyczyni się do załatwienia jej problemów. Pani Daniela głodówkę przerwała, ale zarazem oświadczyła, iż jest to jedynie jej zawieszenie i że nie opuści siedziby Zarządu Regionu aż do zwycięstwa. Okazało się, że była przewidująca, gdyż prezydent Wałęsa wykręcił się ze swych obietnic sianem. Lepiej postąpił jego następca na stanowisku przewodniczącego związku "S" Marian Krzaklewski, który ogłosił, iż związek jest stroną w tej sprawie i wystąpił w imieniu pani Danieli do sądu pracy o przywrócenie jej do szkoły.

Sądy bronią komunistycznego bezprawia

Jako dziennikarz Tygodnika "S", towarzyszyłem pełnomocnikowi Komisji Krajowej, mec. Stanisławowi Sikorze w kolejnych rozprawach sądowych, przegrywanych przez nas wobec postawy postkomunistycznych sędziów, odrzucających prawdę o komunistycznym bezprawiu. Wtedy przekonałem się, czym jest tzw. wymiar sprawiedliwości w III RP. Zarówno Rejonowy Sąd Pracy w Jeleniej Górze, jak i Wojewódzki Sąd Pracy we Wrocławiu oddaliły jej powództwo pod pozorem, iż pani Daniela była sama sobie winna, gdyż nie zgłosiła się we właściwym czasie na Komisję Zdrowia w Jeleniej Górze. Dopiero Sąd Najwyższy uznał panią Danielę za ofiarę stanu wojennego i anulując wyroki poprzednich instancji, przywrócił ją do pracy w jej szkole. Niestety, nawet Sąd Najwyższy nie mógł spełnić słusznych postulatów pani Danieli, których urzeczywistnienie przyrzekł jej przew. Marian Krzaklewski. A przyrzekł jej: tryumfalny powrót do dawnej szkoły, odpowiednie odszkodowanie materialne za długie lata biedowania bez pracy oraz ukaranie winnych. To ostatnie nie było łatwe, gdyż awansowany na generała Tadeusz Jemioło był już w tym czasie komendantem Akademii Obrony Narodowej w Rembertowie pod Warszawą. Stanowisko nauczyciela historii w Zespole Szkól Rolniczych zajmowała od lat inna - Bogu ducha winna - osoba. W tych warunkach pani Daniela zażądała, by przywrócił ją do pracy w trybie administracyjnym urzędujący minister rolnictwa. Powoływała się na okoliczność, że w takim trybie została z pracy usunięta. W tym czasie właśnie został powołany rząd premiera Jana Olszewskiego i jego minister rolnictwa Gabriel Janowski był skłonny wykonać ten gest sprawiedliwości i satysfakcji. Aliści prezydent Lech Wałęsa, zagrożony przez złożoną w Sejmie przez min. Antoniego Macierewicza listą domniemanych TW na stanowiskach państwowych, ów rząd obalił, wkrótce potem rozwiązał Sejm i ogłosił nowe wybory, które wygrali postkomuniści. Pani Daniela została na lodzie, a raczej w małym pokoiku na parterze siedziby Zarządu Regionu.

Następne lata protestu

Trzeba przyznać, że postkomuniści również składali oferty pani Danieli. Posłanka Izabela Sierakowska nawiedziła ją parokrotnie, proponując załatwienie jej sprawy za powrót z "Solidarności" do Związku Nauczycielstwa Polskiego. Pani Daniela propozycję tę jednak odrzuciła. A miała prawo obrazić się na swój związek, gdyż stosunki jej z nowym kierownictwem Zarządu Regionu, z hutnikiem Gąsiorowskim na czele, bardzo się zaostrzyły. Uciążliwa lokatorka po wielu latach protestacyjnego pobytu w siedzibie związku wielu działaczom działała na nerwy i nawzajem.
W 1998 roku Zarząd Regionu sprzedał swą siedzibę innemu właścicielowi, więc wiceprzewodniczący Aleksander Piwoński, powiadamiając ją o tym, zażądał, by zwolniła swój pokój. Gdy odmówiła, w jesienny poranek 16 września 1998 r. młodzi pracownicy Zarządu Regionu wynieśli ją z jej pokoju w nocnej koszuli na mokrą od deszczu ławkę na podwórku i tam ją pozostawili. Wrócić po swoje rzeczy jej nie dano, straciła więc w jednej chwili cały swój dobytek i pieniądze.
Dobrzy ludzie wspomagający ją przez te lata przynieśli jej inne ubrania, pościel i nawet duży namiot turystyczny. Gdy trwała nadal w swym namiocie, korzystając z nadejścia zimy, ci sami szefowie Zarządu Regionu pod pozorem troski o jej zdrowie wezwali policję i pogotowie. Zabrano ją przemocą w piątek 4 grudnia 1998 r. do Lecznicy Psychiatrycznej przy ul. Nowowiejskiej. Cały jej dobytek zgromadzony ponownie w namiocie znowu zaginął. Ze szpitala zabrał ją 7 grudnia prawowity małżonek najpierw do mieszkania zaprzyjaźnionej z nią pani Barbary Błasińskiej, a następnie do domu w Jeleniej Górze. Widywałem ją jeszcze kilkakrotnie w Warszawie, ale później straciłem kontakt, ponieważ nie mieli w domu telefonu.
Żadna z gazet nie chciała już więcej o niej pisać. Cały jej protest okazał się daremny. Od wspólnych znajomych słyszałem, że jest poważnie chora. Żyła w nędzy, na utrzymaniu męża. Nie stać ich było na porządne leczenie ani nawet na podstawowe leki. A ostatnio od pani Barbary Błasińskiej dowiedziałem się, że Anatol Bawiński przyjechał do niej do Warszawy po pozostawione niegdyś rzeczy i powiedział, że Daniela nie żyje. Zmarła w nędzy i opuszczeniu w kwietniu 2005 roku, tuż po śmierci naszego papieża. Nie jest to niestety jedyny znany mi przypadek bezdusznego potraktowania w III RP ludzi zasłużonych dla "Solidarności". Znacznie lepiej się wiedzie dziś ludziom, którzy "Solidarność" zwalczali.

Artykuł pierwotnie opublikowany w tygodniku "Gazeta Polska"

Antoni Zambrowski
artykuły najnowsze | wywiady z autorem | o autorze | felietony TV | o mojej książce |