PUBLICYSTYKA ANTONIEGO ZAMBROWSKIEGO

Przed pokoleniem JP II było pokolenie 1966 - pokolenie wychowanków księdza Prymasa Tysiąclecia

- wywiad z Antonim Zambrowskim przeprowadzony przez niezależnego publicystę Piotra Semkę.
(28,08,2006 źródło Asme)

Z Antonim Zambrowskim, działaczem opozycji antykomunistycznej rozmawia Piotr Semka.

W sekwencji dat wyznaczającej rytm oporu Polaków wobec komunistycznej władzy zwyczajowo wymienia się rok 1956, 1968, 1976, 1980 i wreszcie okres stanu wojennego. Już w 1981 roku w czasie karnawału "Solidarności" wskazywałeś, że zapomina się o roku 1966. Roku Millenium chrztu Polski obchodzonego pod wodzą księdza Prymasa Stefana Wyszyńskiego.

- To prawda, boli mnie zapominanie o 1966 roku, gdyż wtedy doszło do brzemiennej w skutki konfrontacji pomiędzy władcami PRL a polskim społeczeństwem. Komunistycznym władcom rzucił rękawicę cały naród, gromadzący się setkami tysięcy wiernych na trasie okolicznościowych mszy odprawianych przez księdza Prymasa oraz na szlaku peregrynacji Obrazu jasnogórskiej Maryi.

Czym był dla ciebie rok 1966?

- Był to rok przełomu w moim życiu. Zetknąłem się twarzą w twarz z zakłamaniem i brutalnością ówczesnej władzy komunistycznej i to zapoczątkowało mą wewnętrzną ewolucję, która ostatecznie zaprowadziła mnie do wiary.

Jesteś synem rodziców komunistycznych, nie miałeś więc chyba wiele okazji do zetknięcia się z religią?

- Urodziłem się w Warszawie, ale już jako niemowlę trafiłem do Moskwy, gdzie moja matka podjęła studia na uczelni. Zarówno w przedszkolu, jak i w szkole obowiązywało wychowanie ateistyczne. O wierze w Boga mówiono nam niewiele i w dodatku absurdalne kłamstwa. Był to niewiarygodnie prymitywny ateizm. Uczono nas, że chrześcijanie nie uznają nawet teorii księdza Mikołaja Kopernika, w myśl której to Ziemia obraca się wokół Słońca. Prezentowano chrześcijan jako Ciemnogród, odrzucający współczesną naukę o świecie.

A kiedy zetknąłeś się osobiście z ludźmi wierzącymi?

- W lecie 1944 roku już po ukończeniu III klasy sowieckiej szkoły w mieście Samara, które nosiło wówczas bolszewicką nazwę Kujbyszew, moja matka zabrała mnie do polskiego sierocińca w pobliskim miasteczku Stawropol nad Wołgą. Dziś jest to znany ośrodek przemysłu samochodowego, miasto Togliatti. Polski dom dziecka pierwotnie zorganizowali pełnomocnicy polskiej Ambasady w Kujbyszewie reprezentującej rząd londyński po umowie gen. Władysława Sikorskiego ze Stalinem. Po zerwaniu przez Stalina stosunków dyplomatycznych z rządem polskim Dom Dziecka przejął powołany przez Wandę Wasilewską w porozumieniu ze Stalinem Związek Patriotów Polskich. Moja matka jako polska komunistka została przewodniczącą obwodowego Związku Patriotów Polskich (ZPP) w Kujbyszewie i jej podlegał ów polski sierociniec. Wychowankami domu dziecka były dzieci Polaków, wywiezionych przez NKWD z Kresów Wschodnich 10 lutego 1940 roku. Pomarli oni na "nieludzkiej ziemi" od głodu, pracy ponad ludzkie siły i od tyfusu, zostawiając polskie sieroty. Wychowawczynie nasze również padły ofiarą tej wywózki.
I tu zetknąłem się po raz pierwszy z autentyczną wiarą nie w świecie dorosłych, lecz wśród swych rówieśników. Przedtem na wsi na stepie zawołżańskim znałem rodziców moich kolegów szkolnych, którzy w chałupach mieli ikony prawosławne. Ale dzieci były religijnie obojętne, być może ze względu na sowieckie realia. Tu wszyscy moi koledzy byli wierzącymi w Boga. W mojej grupie odpowiadającej IV oddziałowi szkoły podstawowej wychowankami byli chłopcy 13-14 letni, wskutek swych przeżyć ponad wiek dojrzali. Pod ich wpływem bardzo szybko nawróciłem się na katolicyzm, zaś mój sowiecki ateizm szybko wyparował. Nawracanie odbywało się w ramach prywatnych rozmów kilku starszych ode mnie kolegów z mojej grupy. W sierocińcu ze zrozumiałych powodów nie było zbiorowych modłów, zamiast tego na wieczornym apelu śpiewaliśmy Rotę: "Nie rzucim ziemi, skąd nasz ród". Ze słowami: "Tak nam dopomóż Bóg". Natomiast w imię tradycji obchodziliśmy święta Bożego Narodzenia oraz Wielkiej Nocy. Na Boże Narodzenie wraz ze wszystkimi śpiewałem polskie kolędy. Wcześniej, bo w lecie, już po wyjeździe mojej matki, zostałem ochrzczony z wody w naszym stawie przez kąpiących się kolegów. Najpierw wywrócono mnie wraz z tratwą, na której płynąłem, do wody, a potem na brzegu polano wodą i ochrzczono. Może koledzy zrobili to dla żartu, ale ja potraktowałem to na serio. Odtąd czułem się katolikiem.

A kiedy wróciłeś do Polski?

- Już w maju 1945 wróciłem do babci i ciotki w Kujbyszewie, gdyż matka była już wraz z ojcem najpierw w Lublinie, a później w Warszawie. Wraz z babcią i ciotką oraz rodzeństwem wróciliśmy w maju do Warszawy. W ten sposób na wiele lat straciłem kontakt z mymi kolegami z sierocińca. Dopiero w Polsce niepodległej udało mi się ich odnaleźć. Przez długi czas miałem też, ku utrapieniu mojej matki, problemy z wiarą w Boga.
Do warszawskiej szkoły zostałem przez matkę zapisany jako bezwyznaniowiec, lecz mimo to brałem udział w modlitwie jaką rozpoczynano zajęcia szkolne.
Zostawałem też na lekcjach religii. Gdy do naszej klasy trafił Włodek Wieczorek (syn zabitego w obozie w Oświęcimiu znanego działacza komunistycznego z Górnego Śląska Józefa Wieczorka), którego zdążyłem poznać podczas wakacji, i zobaczył mnie czyniącego znak krzyża podczas modlitwy porannej, przeżył szok. Ja z kolei przestraszyłem się, że o mych praktykach religijnych dowiedzą się od niego moi rodzice. Byłem w kropce. Zostałem zmuszony do przerwania praktyk religijnych w szkole.
Wskutek coraz pogłębiającej się przyjaźni z Włodkiem Wieczorkiem ponownie dostałem się pod wpływy ideologii komunistycznej. Dla takiego małego chłopca, jakim wtedy byłem, konflikt ideowy z rodzicami-komunistami był zbyt trudny do udźwignięcia. W imię lojalności wobec rodziców popadłem w rozdźwięk ideowy ze swym katolickim otoczeniem w szkole. Ale moi koledzy na podwórku były dziećmi działaczy PPR, ponieważ mieszkałem wtedy w domu Wedla przy ul. Puławskiej 24 i 26, przejętym po wojnie przez KC PPR. Niektórzy z nich jak synowie Hilarego Chełchowskiego Jurek i Karol chodzili w naszej szkole na lekcje religii, ale na podwórku byli dziećmi komunistów. Wraz z Włodkiem Wieczorkiem i moimi kolegami z klatki schodowej braćmi Chełchowskimi trafiłem na jesieni 1947 roku do terenowego koła Związku Walki Młodych przy Zarządzie Dzielnicowym ZWM. Była to młodzieżowa organizacja komunistycznej, jak wiadomo, PPR. Było to koło młodzików, gdyż nie mieliśmy jeszcze 16 lat. Na lekcjach religii już nie zostawałem, choć nieco wcześniej na rozpoczęcie roku szkolnego w klasie VII nowy ksiądz katecheta proponował nam uczęszczanie na nie. Gdybym był sam, byłbym skorzystał z zaproszenia, ale Włodek odpowiedział arogancko, że jesteśmy już wystarczająco uświadomieni. Później dołączyli do nas inni koledzy - ateiści. Gdy po VIII klasie przeniesiono nas do Liceum im. Tadeusza Reytana na Rakowieckiej, gdzie również była religia, w naszej klasie z religii urywało się na pączki już dość spore grono chłopców. Mój ateizm jeszcze się pogłębił, gdy pod wpływem ojca zacząłem z zapałem studiować dzieła klasyków marksizmu.
Po maturze skierowano mnie na studia ekonomiczne w Moskwie na Uniwersytecie im. Łomonosowa. Z mojej dawnej wiary został jedynie ślad w postaci polewania polskich i niemieckich kolegów w akademiku wodą w lany poniedziałek wielkanocny i czasami głośne odmawianie modlitwy przed stresującym egzaminem, traktowane raczej jako zabieg magiczny. Uczelnię ukończyłem z wyróżnieniem, więc może i modlitwy pomogły. Do kraju wróciłem na stałe w roku 1956 już po wypadkach poznańskich.

Jest rok 1956. Uczestniczysz w wielotysięcznym wiecu Władysława Gomulki na placu Defilad w Warszawie 23 października. Po wiecu grupa młodzieży dotarła pod gmach KC PZPR z okrzykiem: "Uwolnić Prymasa!". Według jednej z relacji twój ojciec - ówczesny członek Biura Politycznego oraz sekretarz KC Partii, zawołał do okna Gomułkę i pokazał mu ten tłum. Roman Zambrowski przekonał Gomułkę, że trzeba natychmiast wysłać samochód po Prymasa i przywieźć go z miejsca internowania w Komańczy do Warszawy.

- Pamiętam tę demonstracje. Milicja zniknęła z ulic, a wiele grup ludzi, głównie młodych, po wiecu chodziła z biało-czerwonymi flagami po Warszawie, skandując różne hasła, m.in. "Wyszyński - do Biura Politycznego!". Były też hasła: "Rokossowski do Moskwy" oraz "Spychalski marszałkiem". W ten sposób wymuszono na Gomułce ważne decyzje personalne. Hasła o prymasie Wyszyńskim były najbardziej brzemienne w skutki.

Czy to był żart?

- Nie żart, lecz całkiem serio. Jest to przykład, jak w ówczesnym myśleniu mieszała się świadomość kierowniczej roli Partii w państwie z uznaniem dla księdza Prymasa. Na własne uszy słyszałem na wiecu studentów w Politechnice, jak wychowani w PRL młodzi ludzie domagali się więcej praw dla większości katolickiej w Polsce.

Czy ten argument jakoś utkwił ci w pamięci?

- W tym czasie podjąłem pracę w Zakładach Wytwórczych Urządzeń Telefonicznych "Komuna Paryska" na Kamionku w Warszawie. Tam ku swemu zdumieniu odkryłem, że prawie wszyscy robotnicy, w tym wielu członków Partii - to ludzie wierzący. Pozostałem ateistą, ale w pisanych przez mnie dokumentach Rewolucyjnego Związku Młodzieży, założonego przez nas na gruzach poststalinowskiego ZMP, akcentowałem prawa wierzących do wyznawania swej wiary. Gdy dyrektor naszej fabryki, tow. Józef Zweben podczas wizytacji mego działu zauważył wiszący na ścianie krzyż i polecił mi, bym go zdjął, nie ruszyłem się z miejsca. Krzyż ochoczo zdjął kolega z działu, zapewne praktykujący katolik.
Ważnym przełomem w mym stosunku do katolicyzmu stał się jednak związek z mą przyszłą ślubną żoną Teresą, którą poznałem w 1960 roku w Centralnym Ośrodku Kadr Kierowniczych. Była ona dawną bielanką, zaś jej rodzice byli ludźmi głęboko religijnymi. Teść był cieślą z zawodu, zaś teściowa prostą, ale życiowo mądrą kobietą, choć pochodziła ze wsi i ukończyła zaledwie kilka klas szkoły podstawowej. Ona mi zwróciła uwagę na zakłócanie przez władze masowych imprez religijnych w jej mieście Żyrardowie. Już wcześniej starsi ode mnie koledzy w pracy, jak mój szef w Branżowym Ośrodku Normowania Pracy przy ZWUT, mgr inż. Mieczysław Smakuszewski, zwracali mi uwagę na utrudnianie praktyk religijnych w PRL. Pan Smakuszewski opowiedział mi o wysłaniu ZOMO przeciwko gruźlikom w sanatorium im. Feliksa Dzierżyńskiego już po Październiku 1956 roku. Dokładniej mówiąc, po Październiku 56 zamieniono świetlicę w sanatorium na kaplicę katolicką, zaś po zamknięciu tygodnika "Po prostu" na jesieni 1957 chciano zabrać kaplicę pod pozorem wygospodarowania jeszcze jednej sali dla chorych. Gdy wierni bronili kaplicy, potraktowano ich, nie zważając na ich chorobę, gumowymi pałami i gazem łzawiącym. Byłem wstrząśnięty takim traktowaniem ludzi w imię wdrażania ateizmu. Bardzo często w dyskusjach w miejscu broniłem stanowiska Partii wobec kolegów z pracy, często znacznie starszych ode mnie, ale ich argumenty docierały do mnie i za jakiś czas zakiełkowały.

Wchodziłeś w coraz większy konflikt z Partią?

- Istotnie od Października 1956 roku, a zwłaszcza od rewolucji węgierskiej przewartościowałem swój stosunek do komunizmu, odrzucając zdecydowanie stalinizm. Później zafascynowało mnie stanowisko Związku Komunistów Jugosławii, zawarte w ich nowym programie partyjnym, który wywołał ataki Kremla jako rewizjonistyczny. Na sprzyjający grunt padły również poglądy eurokomunistów o dialogu marksizmu z katolicyzmem. Miałem na Grochowie konflikty z władzami partyjnymi w zakładzie i w Komitecie Dzielnicowym, ale bronili mnie moi koledzy z ZMS oraz szeregowi członkowie Partii, którzy na zebraniu wyborczym z sali wysunęli mą kandydaturę do Komitetu Zakładowego PZPR przy ZWUT. Niestety, byłem w nim osamotniony. Później w CODKK zostałem w ramach inicjatywy oddolnej wybrany na II sekretarza POP obok doktora Jana Rosnera jako I sekretarza POP. Jako zwolennik rotacji kadr kierowniczych, głoszonej w Jugosławii, ustąpiłem z tego stanowiska po upływie mej kadencji, pociągając za sobą również doktora J. Rosnera. Miałem po tym konflikt z naszym ministrem Aleksandrem Burskim - kolegą gen. Moczara z partyzantki AL, który na wieść o ustąpieniu mego ojca w znak protestu przeciwko odchodzeniu Gomułki od programu Października '56 z Biura Politycznego KC oraz sekretariatu KC, natychmiast uderzył we mnie, konfiskując mój artykuł wstępny do Biuletynu CODKK o święcie 1 maja. Zawiesił mnie też w prawie prowadzenia kursów dla szkolonych przez nas kursantów. Skorzystałem z tego, że na wydziale ekonomicznym Uniwersytetu Warszawskiego zwolnił się etat starszego asystenta i przeniosłem się tam, ucierając nosa ministrowi. W tym czasie byłem już doktorantem prof. Włodzimierza Brusa, który promował w obozie socjalistycznym mechanizm rynkowy w ramach gospodarki planowej. Pisałem u niego pracę o przeciętnej stopie zysku w przedsiębiorstwach państwowych jako mierniku sprawności przedsiębiorstwa.

Żeglujesz ku kłopotom i statusowi partyjnego rewizjonisty.

- Uniwersytet Warszawski był wtedy oazą wolności w obliczu gomułkowskiej normalizacji. Jeszcze działa Klub Dyskusyjny ZMS, w którym rej wodzą Jacek Kuroń oraz Karol Modzelewski. Później władze zamykają klub, więc Jacek i Karol zaczynają spotkania dyskusyjne w mieszkaniach prywatnych. Również w moim. Ale natychmiast ujawniają się różnice zdań. Wobec tego dyskusje nad projektem Manifestu Rewolucyjnego odbywają się poza moim udziałem. Gdy po nalocie SB na mieszkanie mego kolegi z wydziału ekonomii Staszka Gomułki zaczyna się afera z tym manifestem, na zebraniu partyjnym bronię ich prawa do dyskusji, ale odcinam się od ich nazbyt rewolucyjnych poglądów. Podobnie się dzieje, gdy Karol Modzelewski pisze "List otwarty do Partii", w wyniku czego Karol i Jacek idą siedzieć. Solidaryzuję się z nimi, ale odcinam się od jego zawartości. Podnoszę w swych wystąpieniach wobec zaufanych kolegów, że w "Liście" Kuronia i Modzelewskiego nie ma problematyki suwerenności Polski wobec Kremla ani sprawy wolności religii. Ale zbieram pieniądze na pomoc dla rodzin uwięzionych kolegów.

Niedługo potem zaczął się konflikt władz z Prymasem.

- Ten konflikt narodził się z prowokacji, którą przygotował protegowany Gomułki, a zarazem jego cichy rywal, gen. Mieczysław Moczar, czyli Nikołaj Tichonowicz Diomko. Usiłował on od pewnego czasu wpakować swego partyjnego szefa w tarapaty, być może w porozumieniu ze swymi zwierzchnikami z siedziby KGB na Łubiance.

Jak skonstruowana była ta intryga?

- Gdy w 1965 w trakcie Soboru Watykańskiego II ksiądz Prymas Wyszyński wysyła do wielu episkopatów listy z zaproszeniem na uroczyste obchody Millenium chrześcijaństwa w Polsce, wyłania się kwestia zaproszenia biskupów niemieckich. Ponieważ ks. Prymas zamierza zaprosić na obchody milenijne również biskupów z obydwu państw niemieckich, powstaje pomysł listu do nich omawiającego stosunki polsko-niemieckie na przestrzeni dziejów. List napisany pierwotnie przez księdza arcybiskupa wrocławskiego Bolesława Kominka ma zawierać słowa w duchu Ewangelii: "Przebaczamy i prosimy o przebaczenie". Ks. Prymas Stefan Wyszyński zdaje sobie sprawę z delikatności podjętej misji ze względu na wagę tej problematyki dla stosunków międzypaństwowych. Postanawia więc w sposób konfidencjonalny powiadomić o projekcie listu władze państwowo-partyjne. Jako pośrednik zostaje wykorzystany korespondent PAP w Rzymie, red. Ignacy Krasicki, znany jako człowiek gen. Moczara, który wkrótce powiadamia księdza Prymasa, iż list nie budzi żadnych zastrzeżeń ze strony władz.
Tymczasem było to kłamstwo. Gdy Moczar otrzymał od red. Krasickiego projekt listu, postanowił nie powiadamiać o nim Gomułkę. Wiedział, że gdy Wiesław dowie się o nim już post factum, to wpadnie w gniew. Uzna, że ksiądz Prymas prowadzi jakieś gry poza jego plecami na forum międzynarodowym. Gen. Moczar dostrzega tu sposobność do wpakowania Gomułki w konfrontację z Kościołem i uznaje, że będzie to korzystne dla podważenia pozycji Szefa.
W tym samym czasie spotkałem Włodka Wieczorka - mego kolegę z lat szkolnych oraz ze studiów w Moskwie, który pracował w MSZ. Od niego dowiedziałem się, że polscy dyplomaci wiążą z listem biskupów duże nadzieje na poprawę w stosunkach PRL z RFN.
Ale gdy list został ogłoszony, zaskoczony tym tow. Wiesław wpadł w szał, gdyż sądził, iż ks. Prymas świadomie go o niczym nie poinformował. Pamiętam, jak Wiesław z pianą na ustach krzyczał z trybuny: "kto upoważnił kardynała Wyszyńskiego do prowadzenia polityki zastrzeżonej do kompetencji państwa?!". Tak rozpoczęła się wojna Partii przeciwko Kościołowi.
Propaganda partyjna atakowała z wyjątkową zajadłością księdza Prymasa, licząc na zachowane wciąż po wojnie z Niemcami resentymenty antyniemieckie. i dzięki temu na poparcie społeczne przeciwko Kościołowi. Jednocześnie nie chce zamieścić treści listu Episkopatu, obawiając się jego oddziaływania na wiernych. Jest to typowa dla neostalinowców gra do jednej bramki. Byłem tym oburzony. Tym bardziej, że usłyszałem treść listu dzięki audycjom Radia Wolna Europa z Monachium. Byłem poruszony mądrością tego listu. Oczywiście nie było mowy o braku patriotyzmu ze strony Episkopatu. W liście zawarte były wszystkie argumenty przemawiające za Polską, ale i było dostrzeganie cierpień niemieckich przesiedleńców wypędzonych z ziem ojczystych. Stąd te słowa: wybaczamy i prosimy o wybaczenie.
W marcu 1966 roku odbyło się na naszym wydziale otwarte zebranie partyjne poświęcone stosunkom państwa z Kościołem. Ponieważ wzywano do szczerych wypowiedzi, zabrałem głos i skrytykowałem politykę Partii wobec wiernych.

O czym mówiłeś?

- Nie odważyłem się bronić księdza Prymasa, bo by mnie zawieźli natychmiast do "czubków". Wskazywałem, jak Partia odtrąca ludzi wierzących, czyli swój elektorat - robotników i chłopów. Mówiłem o pacyfikacji gruźlików w sanatorium w Otwocku pałami i gazem, o rozruchach w Przemyślu po zamknięciu szkoły organistów i o walkach o krzyż w Nowej Hucie. Użyłem słowa Kulturkampf, które się aż prosiło, by je wymienić. Ostrzegałem Partię, że wojna z Kościołem w katolickim kraju, to dla niej samobójstwo. W odpowiedzi rozpoczęto procedurę zmuszania mnie w iście stalinowskim stylu, bym cofnął swoje słowa i złożył samokrytykę.

Jaki wniosek wyciągnąłeś z tych wydarzeń?

- Wraz z kolegami założyliśmy tajne kółko dyskusyjne, odrębne od zwolenników Kuronia i Modzelewskiego, kierowanych pod ich nieobecność przez Adama Michnika, a zwanych "komandosami" od desantów na zebrania partyjne i ZMS-owskie. Spotykaliśmy się początkowo w garsonierze Bernarda (dziś Bolesława) Tejkowskiego na ul. Hożej, a następnie po zerwaniu z nim w mieszkaniu socjologa Waldemara Siemińskiego. Utrzymując ożywione stosunki towarzyskie z "komandosami", wypracowaliśmy odrębną platformę ideową, akcentując sprawę suwerenności Polski oraz konieczność obrony praw Kościoła. Dlatego "komandosi" nazywali nasze kółko "bogoojczyźnianym". Spotykali się w nim na dyskusjach politycznych pracownicy naukowi oraz studenci z Uniwersytetu Warszawskiego oraz Łódzkiego, wśród nich mec. Karol Głogowski, mgr Andrzej Mazur, inż. Jerzy Scheurr, student Włodzimierz Olejnik - wszyscy z Łodzi oraz pracujący lub studiujący w Warszawie Stanisław Gomułka, Marek Kęsy, Józef Stefan Kossecki, Waldemar Kuczyński, Jerzy Robert Nowak, student ekonomii Jarosław Chała-Chaliński i wielu innych. Spośród "komandosów" zawitał do nas raz Józef Dojczgewand, natomiast jako przedstawiciel opozycyjnych katolików student polonistyki UW Józef Maj - dziś ksiądz prałat i proboszcz parafii św. Katarzyny na Służewie. Józefa Maja podejmowałem na spotkaniu dyskusyjnym ja w mym mieszkaniu na Osiedlu Młodych na Grochowie, ponieważ zapraszającemu go Waldemarowi Kuczyńskiemu, koledze Józefa Maja z akademika UW przy ul. Kickiego na Grochowie, bardzo zależało, byśmy podjęli go w mieszkaniu, w którym wisi krzyż. Był to piękny, zakopiański krucyfiks z samą głową Zbawiciela w koronie cierniowej, który przywiozłem jako upominek swojej żonie z wycieczki turystycznej z Amerykanami. W czasie wakacji bowiem dorabiałem do skromnej pensji st. asystenta UW jako pilot "Juventuru". W czerwcu 1966 roku wezwano mnie na posiedzenie Warszawskiej Komisji Kontroli Partyjnej i usunięto z szeregów PZPR. Przedtem kazano mi napisać "Oświadczenie dla WKKP", w którym wyłożyłem swe poglądy. M.in. powtórzyłem swe słowa o Kulturkampfie przeciwko Kościołowi. Odwołałem się do Centralnej Komisji Kontroli Partyjnej, ale dzięki temu zyskałem jedynie na czasie. Wyrzucono mnie również z pracy na Uniwersytecie Warszawskim, więc starając się o pracę w Instytucie Organizacji Przemysłu Maszynowego, mogłem podać w ankiecie, że jestem członkiem PZPR, dzięki czemu oszukałem dział kadr.

Wiosna 1966 roku to obchody Millenium chrześcijaństwa.

- Gomułka przeciwstawił im obchody tysiąclecia państwa polskiego. Był to czysty absurd, gdyż chrzest Polski zawdzięczamy ówczesnemu władcy Polski Mieszkowi I, który przyjął chrzest wraz ze swym dworem i drużyną. Tam gdzie ks. Prymas odprawiał msze święte w ramach obchodów Millenium chrztu Polski, Gomułka lub jego przyboczni organizowali obchody państwowe. Była to czysta kompromitacja Gomułki i PZPR. Wszystko to transmitowała telewizja państwowa, uświadamiając obywatelom wrogość komunistów wobec Kościoła. Najbardziej skandaliczne były szykany SB wobec peregrynacji kopii Obrazu Matki Bożej z Jasnej Góry. Gdy w czerwcu 1966 roku zaczęły się obchody millenijne w Warszawie, postanowiliśmy z kolegami wziąć w nich czynny udział. Uczestniczyłem w mszach świętych odprawianych przez księdza Prymasa w katedrze św. Jana oraz ks. arcybiskupa Bolesława Kominka w kościele Najświętszego Zbawiciela.

Spotkałeś po raz pierwszy Prymasa. Jakie zrobił na tobie wrażenie?

- Stałem wtedy na ulicy, gdyż w katedrze był straszny ścisk. Słyszałem najpierw głos księdza Prymasa. W pierwszej chwili zwróciłem uwagę na podobieństwo maniery mówienia księdza Prymasa ze sposobem wypowiadania się premiera Józefa Cyrankiewicza, który był czołowym intelektualistą w szeregach partyjnych. Ksiądz Prymas okazał się znakomitym mówcą. Jego poczucie humoru uwidoczniło się, gdy komentował czytanie z Ewangelii o obfitym połowie ryb w miejscu wskazanym przez Pana Jezusa. Ksiądz Prymas apelował do władz partyjnych o porozumienie, wszak starczy ryb i dla nas, i dla towarzyszy. Poza tym cytował młodzieńczy wiersz Juliana Tuwima o Chrystusie. Widać było, że to światły duszpasterz, zupełnie inny niż malowała go partyjna propaganda.

Aż wreszcie dochodzimy do niedzieli 28 czerwca - kulminacji obchodów milenijnych w Warszawie.

- Ówczesny I sekretarz KW PZPR tow. Stanisław Kociołek (ten przyszły kat Trójmiasta) obiecał tow. Gomułce, że w stolicy klerykałowie nie będą się panoszyć, jak w innych miastach. Toteż zmobilizował aktyw partyjny z centralnych urzędów. Partyjne bojówki blokowały dojście do katedry. Wierni z iście chrześcijańską pokorą musieli znosić ich zaczepki. Ksiądz Prymas w kazaniu wzywał wiernych, by nie dali się sprowokować. Później uświadomiłem sobie, że to jego nauki leżały u podstaw pokojowej taktyki "Solidarności", zwłaszcza w stanie wojennym.

Co się dzieje po mszy?

- Gdy wyszliśmy z katedry, natrafiliśmy na blokującą nam przejście bojówkę partyjną, w której zauważyłem swego kolegę ze studiów w Moskwie. Był to Jurek Pękalski, który dał mi w 1956 roku rekomendację do PZPR. Po dziesięciu latach był sekretarzem organizacji partyjnej w Ministerstwie Handlu Zagranicznego, a mnie właśnie usunięto z szeregów partyjnych. Mijam go tak, by mnie nie rozpoznał. Ludzie idą tłumnie w stronę ul. Miodowej - ku siedzibie księdza Prymasa. Tam ludzka ciżba zatarasowała przejazd. Wierni śpiewają "Apel jasnogórski" oraz katolicką wersję "Roty": "Nie rzucim, Chryste, świątyń Twych". Miodowa od Placu Krasińskich aż do Trasy WZ jest wypełniona tłumem w różnym wieku. Jest dużo młodzieży. W pewnym momencie jakiś ksiądz z kurii toruje drogę autobusom, które stały w zawinionym przez nas korku. Choć ludzie czekali wiele czasu, przyjaźnie machają do nas przez okna. Po pewnym czasie duże grupy wiernych opuszczają nas i maszerują w stronę Krakowskiego Przedmieścia. My jeszcze pozostajemy w głównej masie wiernych. Ale w pewnej chwili duża, pewnie kilkutysięczna grupa młodzieży rusza w stronę Krakowskiego Przedmieścia. Idziemy z nimi. Na Krakowskim Przedmieściu na chodniku po stronie prawej, czyli zachodniej, olbrzymi tłum wita nas przyjaźnie. Manifestanci zaczynają skandować: "Katolicy, łączcie się!". My proponujemy wersję szerszą: "Łączcie się, Polacy!", którą tłum ochoczo podchwytuje. Koło Domu bez Kantów grupa ZOMO-wców usiłuje rozpędzić nas pałkami. Pochód rozsypuje się i ponownie gromadzi się pod Uniwersytetem. Idziemy dalej. Przy ul. Świętokrzyskiej drogę nam tarasuje ustawione w kilka szeregów ZOMO. Włodek Olejnik, który to obserwował z chodnika Nowego Świata, określił ich jak falangę ciężkozbrojnych hoplitów. Tłum młodzieży zatrzymał się i zaczął skandować w nawiązaniu do słów listu biskupów: "Przebaczamy, przebaczamy". Trwa to chwilę i później przez długie lata wyrzucałem sobie, że nie rzuciłem hasła: "Na kolana i Pod Twoją obronę". (Skorzystałem z tego pomysłu dopiero w czasie stanu wojennego po wyjściu z obozu internowania podczas interwencji ZOMO przy krzyżu kwietnym koło kościoła ss. Wizytek). Nastąpił natychmiastowy atak ZOMO na ludzi, których pałki kładły pokotem. Myśmy uciekli pod kościół św. Krzyża. Część pochodu zawróciła i pomaszerowała ze śpiewem pieśni religijnych chodnikiem po stronie uniwersyteckiej w stronę placu Zamkowego. Do nas, stojących wciąż pod kościołem, dobiegł Marek Kęsy i powiedział, że na Miodowej pod pałacem księdza Prymasa manifestują bojówki partyjne. Pobiegliśmy więc z powrotem na Miodową. Po drodze widziałem następującą scenę: obok manifestantów jechał na motocyklu jakiś młody chłopak i na naszych oczach milicjanci brutalnie wywrócili go i zabrali do swego samochodu, pozostawiając motocykl na pastwę losu. Myśmy biegli na skróty ulicą Kozią i docierając do Miodowej, zobaczyliśmy dużą grupę partyjnych bojówkarzy. Byli to prawie sami mężczyźni w średnim wieku w płaszczach ortalionowych oraz z parasolami. Gdy dobiegliśmy do Pałacu Prymasowskiego, stojący tam młodzi księża oraz zakonnice, niezmiernie poruszeni, opowiadali, że bojówkarze skandowali: "Oddaj marki!" oraz "Do klasztoru!". Marki miały być symbolem zaprzedania interesów narodowych przez księdza Prymasa (za młodu kapelana Armii Krajowej w Kampinosie), zaś klasztor zapowiedzią ponownego internowania. Gdy partyjny pochód wyszedł na Krakowskie Przedmieście, gdzie na chodnikach wciąż stały tłumy gapiów, powitali oni bojówkarzy gwizdami. Wówczas ZOMO rzuciło się na gapiów z pałkami. Gdy wyszliśmy na Krakowskie Przedmieście, było już pusto, zaś ulica była cała zlana wodą z sikawek.

Zmierzałeś ku wierze?

- Jeszcze nie, choć takie właśnie były plany Boże. Kiedy w 1964 roku urodziła mi się córka Milena, moja żona ochrzciła ją w czasie, gdy byłem w delegacji Juventuru. Ale post factum opowiadałem kolegom w pracy, że mam dziecko ochrzczone. Po wyrzuceniu z Partii nie miałem już czego się obawiać, więc w czerwcu 1967 roku wziąłem potajemnie ślub kościelny. By zachować konspirację, żona sprowadziła na tydzień bratanicę z Nowej Huty, aby w czasie ślubu posiedziała z naszą małą córeczką w domu. Przed ślubem ksiądz proboszcz (być może za sprawą teściowej) postawił warunek, że muszę przyjąć chrzest święty. Przyjąłem ten warunek bez wahania. SB po kilku dniach przekazała władzom meldunek o moim ślubie, co nawet tak światły działacz partyjny jak min. Adam Rapacki przyjął z wielkim zgorszeniem. Od niego o sprawie dowiedział się mój ojciec. Na jesieni 1967 roku byłem z żoną i córką w Bułgarii. Tam omal nie utonąłem w Czarnym Morzu i przekrzykując fale, modliłem się, odmawiając: "Pod Twoją obronę". Gdy w styczniu 1968 roku wezwano mnie na przesłuchanie do Pałacu Mostowskich, wychodząc z domu, przeżegnałem się przed naszym krzyżem. Ostatecznie nawróciłem się w więzieniu mokotowskim podczas wydarzeń marcowych. Jak trwoga, to do Boga... Ale moje modły pomogły mi ominąć ubecką pułapkę. SB ośmieszyło się, oskarżając mnie o napisanie wiersza, którego autorem był Jan Kochanowski z Czarnolasu. Po opuszczeniu Zakładu Karnego w Barczewie byłem już człowiekiem wierzącym. Później byłem uczestnikiem Akcji Wiernych "Chrystus w środkach przekazu społecznego", zbierającym wraz z kolegami podpisy pod kościołami pod apelem o mszę świętą w Polskim Radiu i TVP. Ale wcześniej ksiądz Prymas Wyszyński pocałował mego czteroletniego wtedy syna Przemka w czoło po mszy w kościele św. Marcina w intencji śp. Jerzego Zawieyskiego. Wygłosił, patrząc na niego, natchnione kazanie, wzywając: "Dopuście dzieci do Chrystusa. Bo jeśli nie, to kamienie wołać będą!". Później prowadziłem w obozie internowanych w więzieniu w Białołęce modlitwę wiernych przez kratę. Rzuciłem hasło: "Na złość komunie zamienimy więzienie w klasztor". Dzięki temu byłem uczestnikiem delegacji internowanych na spotkaniu z ojcem świętym Janem Pawłem II, którego ucałowałem w pierścień w czasie jego pielgrzymki do kraju w 1983 roku. Wtedy poznałem osobiście księdza Jerzego Popiełuszkę. Odtąd moje życie jest związane z kościołem św. Stanisława Kostki i w ogóle z Kościołem katolickim.

Czy można cię nazwać członkiem "pokolenia 1966 roku"?

- Chyba tak. A raczej pokoleniem wychowanków księdza Prymasa Tysiąclecia. Już po jego śmierci w 1981 roku w podziemnej "S" głosiłem jego idee oporu bez uciekania się do przemocy W świecie są one wiązane z Mahatmą Ghandim, ale w Polsce te idee pochodzące z Ewangelii Chrystusowej głosił ksiądz Prymas Wyszyński. I one zapewniły zwycięstwo "Solidarności" jako masowego ruchu chrześcijańskiego. Pamiętajmy słowa Jana Pawła II, że nie byłoby polskiego papieża w Watykanie bez wielu lat działalności duszpasterskiej księdza Prymasa Wyszyńskiego. Jestem więc wychowankiem jednego i drugiego.

Dziękuję za rozmowę.
wywiad przeprowadził Piotr Semka
artykuły najnowsze | wywiady z autorem | o autorze | felietony TV | o mojej książce |