PUBLICYSTYKA ANTONIEGO ZAMBROWSKIEGO

Trzymać się prawdy i nie strzelać do swoich

(02,06,2006 źródło Asme)

Przeczytałem na łamach ASME artykuł Stanisława Michalkiewicza pod tytułem "Fejginięta znowu smrodzą?". Przyznam, że z niejakim smutkiem. Uważam swego przyjaciela Stanisława za jednego z najlepszych w Polsce felietonistów, co nie oznacza, że wszystkie jego artykuły budzą we mnie taki sam entuzjazm. W przeszłości kilkakrotnie polemizowałem z nim na łamach "Najwyższego CZASU!" lub ASME. Gdy ostatnio zorganizowano nań nagonkę za jego głośny felieton radiowy na falach radia Maryja, wyraziłem z nim swą solidarność, wypowiedzianą otwarcie w mym felietonie telewizyjnym w ASME. Przede wszystkim potępiam próby zamykania jemu i nam wszystkim ust w imię poprawności politycznej przez urzędowych głosicieli tolerancji. Zwłaszcza poprzez prokuraturę. Już kiedyś przed laty na łamach "Tygodnika Solidarność" w artykule w obronie księdza prałata Henryka Jankowskiego tłumaczyłem im, że tolerancja niczym kij - musi mieć dwa końce.
Od lat znoszę za moją postawę cięgi od środowiska określonego przez Stanisława (w ślad za naszym wspólnym przyjacielem Januszem Szpotańskim) jako "fejginiątka". Za moją krytykę książki Jana Tomasza Grossa o mordzie na Żydach w Jedwabnem trafiłem jako "antysemita" do napisanego przez dziennikarza "Gazety Wyborczej" Sergiusza Kowalskiego raportu Stowarzyszenia "Otwarta Rzeczypospolita" o mowie nienawiści. Zupełnie ostatnio dostałem cięgi na łamach "Przekroju" za wspieranie mego przyjaciela i świadka obrony na mym "marcowym" procesie w 1969 roku, prof. Jerzego Roberta Nowaka.
"Fejginiątka" (by użyć terminologii Stanisława Michalkiewicza) dokładają nie tylko mnie samemu, ale i mojej rodzinie. Na łamach "Gazety Wyborczej" przy sposobności opisu tragicznych losów antykomunistycznego partyzanta na Lubelszczyźnie, zabitego w 1963 roku przez SB, zaatakowano mego nie żyjącego od wielu lat ojca, oznajmiając, iż odejście Romana Zambrowskiego z władz partyjnych było ostatnim akordem destalinizacji w PRL. W rzeczywistości dobrowolne ustąpienie Romana Zambrowskiego z Biura Politycznego i Sekretariatu KC PZPR złożone w marcu 1963 roku ku kompletnemu zaskoczeniu Władysława Gomułki na jego ręce było wymownym protestem przeciwko wycofaniu się tow. Wiesława z przyrzeczonego Polakom w Październiku 1956 r. programu reform rynkowych i demokratycznych. Natomiast różni stalinowcy, jak "generał Gazrurka", czyli Kazimierz Witaszewski - właśnie rozpoczynali nowe kariery w KC PZPR. Odpowiedziałem na ten atak artykułem zamieszczonym w ASME pod tytułem "Gazeta Wyborcza" w roli tuby Moczara". Podejrzewam, że była to rola wybrana świadomie, aby mi dopiec. Już w czasach KSS "KOR" środowisko Jacka Kuronia, osobliwie moja sąsiadka na osiedlu Helenka Łuczywowa (dziś redaktor "GW"), wyrażało pretensje do mnie, że z uporem godnym lepszej sprawy bronię honoru mego ojca przed kalumniami PZPR-owskiej propagandy. Nie będę ukrywał, że z bólem przyjmuję oszczerstwa pod adresem mego ojca. Przyjmuję w pokorze słowa gorzkiej dla mnie prawdy o jego złych czynach jako komunistycznego dygnitarza. Ale najbardziej boli mnie wieloletnie szczucie przy pomocy rzucanej na niego potwarzy. Przykro mi, że jestem w tej walce samotny i gdyby nie bezinteresowna pomoc Krzysztofa Pawlaka na łamach ASME nie miałbym nawet jak odpowiadać na rzucane przeciwko memu ojcu (a pośrednio przeciwko mnie) kalumnie.
Dla mnie ów artykuł "Gazety Wyborczej" był kontynuacją wieloletniej wojny prowadzonej przez bezpiekę (najpierw pod kierownictwem min. Stanisława Radkiewicza jako szefa MBP, a następnie przez MSW gen. Moczara) przeciwko memu ojcu i całej mojej rodzinie. W ramach tej wojny X Departament MBP (a zatem i płk Anatol Fejgin) aresztował sekretarkę ojca w KC PZPR Krystynę Arciuchową, a następnie - zamknął kolegę mojej matki z przedwojennej konspiracji komunistycznej Kazimierza Cesanisa. Ten na szczęście nie chciał obciążyć mojej matki ubeckimi zmyśleniami, więc zmarł podczas tortur. W czasach stalinowskich istniał wprowadzony na Kremlu zwyczaj, że na każdego dygnitarza ma się haka w postaci uwięzionej sekretarki, a następnie żony. Dzięki bohaterstwu Kazimierza Cesanisa drugi etap prowokacji nie wypalił. W owych czasach wojna przeciwko mnie polegała na obrzydzaniu mi życia podczas studiów wyższych w Moskwie, ale już za tow. Wiesława zakończyła się uwięzieniem mnie pod zmyślonymi przez SB zarzutami, aby stworzyć pozór odpowiedzialności mego ojca za wydarzenia marcowe.
Ten przydługi z konieczności wywód jest potrzebny, by wytłumaczyć mój mało sympatyczny odbiór następujących słów Stanisława Michalkiewicza z artykułu o fejginiątkach: "Z polecenia Stalina komunizm w Polsce robili Żydzi, już choćby z tego prostego powodu, że innych komunistów było ci u nas na lekarstwo". Są to oczywiste banialuki, bo skąd się wzięli rządzący przez lata PRL dygnitarze o polskim rodowodzie? Tak naprawdę w liczącej ponad 10 tys. członków komunistycznej konspiracji w II RP Żydzi oraz Polacy żydowskiego pochodzenia stanowili według danych statystycznych ok. 22-26%, zaś w okupacyjnej Polskiej Partii Robotniczej całkiem niewielki z konieczności odsetek. Resztę stanowili komuniści narodowości polskiej bądź białoruskiej lub ukraińskiej. Część z nich po wojnie zmieniło swą przynależność narodową, podając się za Polaków, jak przedwojenny przywódca komsomolców białoruskich Stanisław Radkiewicz (pseudonim partyjny "Pietia") lub gen. Mieczysław Moczar (z domu Nikołaj Tichonowicz Diomko) .
Dalszy ciąg budzi we mnie jeszcze większe opory: "W latach 40. i 50. wbijała tubylcom zasady >socjalistycznej demokracji< trójka wszechwładnych cadyków: Jakub Berman, Roman Zambrowski i Hilary Minc. Oprócz nich było oczywiście mnóstwo cadyków drobniejszego płazu, ot np. taki Marian Naszkowski, niby cywil (cywił ci ja, cywił), a nawet... generał".
W czasach stalinowskich Stanisław Michalkiewicz był dzieckiem i to może wyjaśnia jego ignorancję. Na czele PRL stał wtedy tow. Bolesław Bierut, zwany we władzach partyjnych na wzór Stalina (czyli Chazjanina) "Gospodarzem". Był on osobą największego zaufania na Kremlu dzięki dzielnej postawie podczas pobytu w Mińsku Białoruskim podczas okupacji hitlerowskiej. Gdy na prośbę KC PPR przemieszczał się w roku 1943 do Generalnego Gubernatorstwa, konwojował go specjalnie w tym celu przydzielony mu oddział partyzantki sowieckiej. On też, jako "Gospodarz", dobierał sobie najbliższych współpracowników. Narzuconym mu bezpośrednio przez Stalina był atoli marszałek obydwu narodów Konstanty Rokossowski, w hierarchii partyjnej stojący wyżej od przew. Rady Państwa, gen. Aleksandra Zawadzkiego lub premiera Józefa Cyrankiewicza. Jego portrety wisiały w urzędach i gabinetach partyjnych, zaś młodzież na pochodach skandowała jego nazwisko: Stalin - Bierut - Rokossowski. We władzach partyjnych zasiadało jeszcze parę osób, jak Edward Ochab, Zenon Nowak, Franciszek Mazur czy też Franciszek Jóźwiak (pseudonim "Witold"), by nie pominąć wspomnianego wyżej ministra bezpieczeństwa Stanisława Radkiewicza. Nazwisko trójki "cadyków" zaczerpnął Stanisław Michalkiewicz bądź z jakiejś literatury "grunwaldowej", bądź (co bardziej prawdopodobne) z lektury "Chamów i Żydów" pióra Witolda Jedlickiego. Był to agent wpływu gen. Moczara, wysłany w roku 1962 na żydowskich papierach na Zachód Europy, aby w wydanym w Instytucie Literackim w Paryżu paszkwilu na wielkie polskie zwycięstwo nad Imperium Zła w październiku 1956 roku dokumentnie obrobić przeciwników gen. Moczara w szeregach partyjnych. Nr 1 na ich liście zajmował Roman Zambrowski i stąd jego obecność w gronie trzech "cadyków". Dodam też, że tylko Jakub Berman w tym gronie otwarcie określił się jako Żyd w swej rozmowie z Teresą Torańską. Ale w Polsce Ludowej obowiązywała zasada, że nie ten Żyd, kto Żyd, lecz kogo Partia (czyli tow. Moczar, względnie Wojciech Jaruzelski) wskaże. Stąd też jako cadyk pomniejszego płazu figuruje u Stanisława Michalkiewicza gen. Marian Naszkowski (przed wojną członek katolickiej organizacji studenckiej, nim dołączył do "komuny"), uchodzący za Żyda z racji podpadającego wyglądu, a przede wszystkim ze względu na moczarowe "opluskwianie". Z tych samych względów ludzie gen. Jaruzelskiego wygryźli z wojska pod hasłem "nie będziemy służyli pod Mońkiem" rodowitego Polaka, marszałka Mariana Spychalskiego.
Ze smutkiem więc stwierdzam, że walcząc z postesbecką "razwiedką", Stanisław powtarza kolportowane przez SB kłamstwa o przeciwnikach kolejno Radkiewicza, Moczara oraz Jaruzelskiego.
Gen. Wojciech Jaruzelski jest dziś, jak wiadomo, przyjacielem Adama Michnika, więc antysemitą już nie jest. Co więcej, na mocy decyzji Adama - nigdy im nie był. W jego miejsce antysemitami zostali moi koledzy Stanisław Michalkiewicz oraz prof. Jerzy Robert Nowak, no i (o czym Stanisław w swym artykule niestety zupełnie zapomniał) moja skromna osoba. Osobiście uważam, że wolność słowa obejmuje też prawo do krytykowania Żydów bez udziału w tym procederze powoływanej z urzędu prokuratury. Antysemityzm jest niewątpliwie złem, ale jeszcze gorszym złem jest zamykanie ludziom ust pod pozorem zwalczania antysemityzmu. Co innego jednak pisanie rzeczy nieprawdziwych o prawdziwie istniejących osobach, w tym przypisywanie im żydostwa bez sprawdzania prawdziwego rodowodu pomawianych osób. Szczególnie przykro mi czytać uszczypliwości mego przyjaciela pod adresem mego ojca, tym bardziej, że od czasu wydarzeń marcowych 1968 roku oraz późniejszej działalności ZP "Grunwald" przyzwyczaiłem się odbierać ciosy pod adresem mego ojca jako zapowiedź ciosu pod mym własnym adresem. A w dodatku - to wszystko przy sposobności polemiki z prześladującymi mnie od wielu lat "fejginiętami". W tej sytuacji czuję się niczym żołnierz odpierający z największym trudem natarcie nieprzyjaciela i ostrzelany przez omyłkę przez własną artylerię. Co Stanisławowi Michalkiewiczowi przedkładam pod rozwagę.

Antoni Zambrowski
artykuły najnowsze | wywiady z autorem | o autorze | felietony TV | o mojej książce |