PUBLICYSTYKA ANTONIEGO ZAMBROWSKIEGO

Ofiara braku lustracji

(05,04,2006 źródło Asme)

Gdyby mnie zapytano, kto w środowisku dziennikarskim jest największą ofiarą zaniechania właściwej lustracji tajnych agentów SB, bez wahania wymieniłbym Dariusza Fikusa. Przedwcześnie zmarłego redaktora naczelnego dziennika "Rzeczpospolita" od wielu lat oskarżano o tajną współpracę z SB, co w przypadku działacza opozycyjnego, który w reakcji na wprowadzenie stanu wojennego zerwał z partyjnym establishmentem i podejmował różne niemiłe władzom inicjatywy, jak napisanie książki o bohaterze podziemia antykomunistycznego majorze Łupaszce, jest rzeczą wyjątkowo krzywdzące.
Znałem Darka Fikusa jeszcze z VIII klasy szkoły podstawowej nr 98 przy ul. Grottgera na Dolnym Mokotowie, później siedziałem z nim w jednej ławce w LO im. Tadeusza Reytana i przyjaźniłem się z nim niezmiennie na różnych szczeblach jego kariery zawodowej. Było tak w czasach, gdy w dobie Października '56 stykałem się z nim jako dziennikarzem rewolucyjnej na owym etapie gazety "Sztandar Młodych", następnie był wieloletnim sekretarzem tygodnika "Polityka", by po wprowadzeniu stanu wojennego zostać dziennikarzem opozycyjnym. W latach 60. stałem się dla niego przyjacielem wręcz niebezpiecznym ze względu na narzucony mi przez władze PRL status wroga ludu i Darek wyraźnie bał się konsekwencji naszej przyjaźni. Dziś ludzie już nie pamiętają uroków życia pod komunistyczną dyktaturą, ale dla mnie wspomnienie jego strachu świadczy na jego korzyść. Na jego korzyść świadczą również plotki celowo rozpuszczane przez byłego szefa SB Franciszka Szlachcica o rzekomej współpracy Darka z jego resortem. O prawdziwych agentach SB tacy ludzie jak Moczar, Szlachcic czy Kiszczak woleli zawsze milczeć. Na tym polega korzyść urzędowej lustracji, że honor działaczy opozycji nie zależy od kaprysu takich ludzi jak Franciszek Szlachcic, który wyraźnie się mścił na Darku za zdradę komunizmu.
Tymczasem Darek nawet w czasach, gdy był aktywistą PZPR z najwyższej nomenklatury, nie był ideowym komunistą. Pochodził z rodziny o poglądach narodowych, tyle że jego ojciec - pan Feliks, zachowując niezależność poglądów w najbardziej nawet totalitarnych czasach stalinowskich, lojalnie współpracował z ówczesną władzą, wychodząc z założenia, że innej Polski nie mamy. W odróżnieniu ode mnie czy naszego wspólnego przyjaciela Włodka Wieczorka (syna znanego działacza komunistycznego z Górnego Śląska Józefa Wieczorka), Darek nie był komunistą i do Partii się zapisał, by móc coś zrobić pożytecznego dla Polski. I to określało jego stosunek do mnie, gdy pozostawał on jako sekretarz "Polityki" członkiem komunistycznego establishmentu, zaś ja stałem się głośnym opozycjonistą.
W 1966 roku zostałem wydalony z szeregów PZPR za krytykę polityki władz partyjnych wobec Kościoła katolickiego w dobie obchodów Millenium Chrześcijaństwa w Polsce. Na kilku zebraniach partyjnych dość naiwnie tłumaczyłem towarzyszom, że wojna z Kościołem w tak katolickim kraju, jak Polska, gdzie właśnie robotnicy i chłopi, czyli oficjalny elektorat partyjny, są ostoją Kościoła - jest polityką samobójczą. Zapłaciłem za swą naiwność wydaleniem z szeregów partyjnych, utratą pracy na Uniwersytecie Warszawskim, a następnie wyrokiem sądowym za szkalowanie PRL. Nastroje w mojej organizacji partyjnej były takie, że gdybym zgodnie z prawdą zaprorokował, iż za kilkadziesiąt lat będzie koło Uniwersytetu stał pomnik Prymasa Tysiąclecia, zaś Gomułka będzie potępiony, wpakowano by mnie z pewnością w kaftan bezpieczeństwa i wsadzono do czubków. Otóż w tamtych czasach Darek nadal przyjaźnił się ze mną, zapraszał do domu, co więcej po głośnej awanturze z prof. Leszkiem Kołakowskim i Krzysztofem Pomianem na zebraniu ZMS na wydziale historii UW w 10. rocznicę Października '56 pokazał mi urzędowy zapis przemówienia prof. Kołakowskiego, sporządzony z nagrań obecnych na zebraniu agentów SB. Za jego zgodą odpisałem duży fragment przemówienia i za pośrednictwem ówczesnej żony Karola Modzelewskiego Bogny przekazałem do redakcji "Kultury" paryskiej. Po moim wyjściu z więzienia po amnestii lipcowej 1969 roku opowiadała mi moja siostra cioteczna Wisia Chroboczkowa, która wtedy była żoną dziennikarza "Polityki" Daniela Passenta, że Darek na wieść o mym aresztowaniu 12 marca 1968 roku był wręcz zielony ze strachu. Miał powody obawiać się mojej postawy w śledztwie. Oczywiście zdawałem sobie sprawę ze skutków mej niedyskrecji dla kariery Darka i trzymałem język za zębami. Ten strach przemawia na korzyść Darka.
Po moim wyjściu z więzienia spotykaliśmy się tylko na ulicy, ale nie omijał mnie jak inni znajomi szerokim łukiem. Już za czasów Edwarda Gierka podrzuciłem za pośrednictwem mego kolegi z pracy inż. Macieja Popielasa (syna zdymisjowanego ministra kolei) artykuł, który ukazał się - oczywiście pod pseudonimem - na łamach "Polityki". Miałem za to burę od Darka, który tłumaczył mi, że nikt - wbrew prawdzie - nie uwierzył by, że on o niczym nie wiedział. Miałem do czynienia w owym czasie z agentami SB, którzy obrzydzali mi życie w pracy, i ci nie mieli takich skrupułów.
Po śmierci mego ojca w sierpniu 1977 roku przyszedł na jego pogrzeb, mimo obawy, iż uroczystość jest obserwowana przez SB (A miał już kłopoty z Centralną Komisją Kontroli Partyjnej po demonstracyjnym pogrzebie Henryka Hollanda, które z pewnością zachował w pamięci). Nie mogłem mu wtedy wyrazić swej wdzięczności, gdyż musiałem towarzyszyć Włodkowi Wieczorkowi - świadkowi obrony na mym procesie marcowym, wobec którego miałem większy dług wdzięczności.
Gdy zaczęto ostatnio stawiać zarzuty Darkowi, a on po śmierci nie mógł się bronić, napisałem w tekście polemicznym wobec Janka Lityńskiego kilka słów w obronie Darka i wysłałem do "Rzeczypospolitej". Niestety, dla większości środków przekazu jestem persona non grata i mej obrony Darka nie zamieszczono. Miejmy nadzieję, że więcej szczęścia będzie miał mój tekst dla ASME.

Antoni Zambrowski
artykuły najnowsze | wywiady z autorem | o autorze | felietony TV | o mojej książce |