PUBLICYSTYKA ANTONIEGO ZAMBROWSKIEGO

Maczuga jako narzędzie tolerancji

(02,08,2006 źrodło Asme)

Podczas obchodów 30. rocznicy Marca '68 w Domu Literata wszyscy mówcy atakowali gen. Moczara jako organizatora antysemickiej nagonki w owym czasie. Przedarłem się do mikrofonu i powiedziałem: "Zostawcie w spokoju gen. Moczara, gdyż on od dawna nie żyje. Żyje natomiast inny organizator antysemickiej czystki w PRL w owym czasie - gen. Wojciech Jaruzelski". Pewna pani powiedziała wtedy do mnie: "Co pan wygaduje?! Przecież leje pan wodę na młyn prawicy". Zapytałem ją więc: "Walczy pani z antysemityzmem czy z prawicą?". Mam wrażenie, że i dla środowiska "Gazety Wyborczej" hasło walki z antysemityzmem jest jedynie pretekstem do walki z prawicą i rządami Prawa i Sprawiedliwości. Zwalczanie antysemityzmu jest taką maczugą, którą w imię tolerancji bije się przeciwników bez względu na ich prawdziwy stosunek do Żydów. Doświadczyłem tego na własnej skórze, trafiając jako rzekomy antysemita na łamy raportu Stowarzyszenia Otwarta Rzeczpospolita o języku nienawiści za moje słowa prawdy w sprawie obchodów rocznicy mordu na Żydach w Jedwabnem. Autor raportu - dziennikarz "GW" Sergiusz Kowalski dla równowagi nawyzywał mi w tymże raporcie od Żydów, co najlepiej świadczy o wartości oskarżeń o antysemityzm. Podobnie potraktował mnie ostatnio przyjaciel Adama Michnika Piotr Najsztub na łamach swego "Przekroju" w artykule poświęconym memu przyjacielowi prof. Jerzemu Robertowi Nowakowi. Środowisko "Gazety Wyborczej" zna mnie jako dziennikarza katolickiego, stąd ich usiłowania, wypisz - wymaluj jak u ubecji, przypisania mnie za karę do narodu wybranego. Wyobrażam, co by się działo, gdybym to ja nazwał w polemice Żydami kogokolwiek ze środowiska "Gazety Wyborczej", nawet kogoś, kto publicznie obnosi się swymi związkami z narodem żydowskim.
W czasie wydarzeń marcowych mój kolega z celi więziennej Piotr Żebruń żartował: "Nie ten Żyd, kto Żyd, lecz kogo Partia wskaże". Dziś antysemitą jest nie ten, kto nie lubi Żydów, lecz ten kogo Adam Michnik o to oskarży. Ma to służyć zastraszaniu oponentów w imię - a jakże - tolerancji.
Obchodziliśmy 4 lipca 60. rocznicę pogromu kieleckiego. W związku z tym z niejakim wyprzedzeniem "Gazeta Wyborcza" zamieściła w aż dwóch numerach sobotnich (z 3 i 10 czerwca br.) artykuł Adama Michnika pod wymownym tytułem "Pogrom kielecki: dwa rachunki sumienia". Przeciwstawia on w swym artykule dwie postawy hierarchów polskiego Kościoła katolickiego w związku z pogromem Żydów: enigmatyczną - jego zdaniem - księdza biskupa kieleckiego Czesława Kaczmarka oraz zdecydowanie potępiającą mord księdza biskupa Teodora Kubiny. Ta druga została wyrażona w przytoczonej przez Adama odezwie do społeczeństwa miasta Częstochowy i podpisanej przez księdza biskupa wraz z kilkoma notablami, jak starostowie grodzki i powiatowy oraz prezesi (powinno być przewodniczący) miejskiej i powiatowej Rady Narodowej. Adam stwierdza z ubolewaniem, że piękne świadectwo księdza biskupa Teodora Kubiny, który - jak się wyraził Adam - "nie chciał powtórzyć gestu Piłata" zostało zdezawuowane przez konferencję plenarną Episkopatu z księdzem Prymasem Augustem Hlondem na czele. Przypomnijmy, bo Adam tę okoliczność pomija, że jednym z dezawuujących był ówczesny biskup lubelski, późniejszy Prymas ksiądz Stefan Wyszyński. Jako Prymas Tysiąclecia okazał on Adamowi Michnikowi wiele oznak sympatii, m.in. ofiarując mu egzemplarz Pisma świętego z własnoręczną dedykacją: "Zjedz tą księgę" (nawiązującą do słów Apokalipsy św. Jana). Adam, sądząc z jego zachowania w późniejszych latach, owej Księgi nie zjadł, lecz odstawił na półkę, sprawiając tym ofiarodawcy wielki zawód.
Ponieważ Adamowi chodzi głównie o wnioski z przeszłości dla dnia dzisiejszego, przy tej rocznicowej sposobności atakuje on - jak się sam wyraża - "prominentnych polityków obozu rządzącego dziś Polską", którzy utrudniają jego zdaniem rozliczanie się z przeszłością. Właściwą postawą w takiej sprawie - zdaniem Adama - jest uznanie własnej winy i mówienie prawdy.
Rzecz jednak w tym, że winy nie było, zaś Adam sam i to świadomie - unika prawdy. Chciałby on przekonać swych czytelników, że sprawcami pogromu byli antysemiccy klerykałowie, wierzący w to, że Żydzi mordują chrześcijańskie dzieci na macę. Z takimi postawami powinni byli walczyć księża katoliccy, którzy tego nie uczynili, ponieważ mieli żal o nadreprezentację Żydów w narzuconej Polakom przez sowieckie bagnety władzy komunistycznej. Ksiądz bp Teodor Kubina potępił otwarcie "zbrodniczy fanatyzm i nieusprawiedliwioną ciemnotę" jako podłoże mordu. Inni biskupi na to się nie zdobyli, choć półgębkiem potępili mord. Stąd żal Adama do Kościoła katolickiego o to, ze do dnia dzisiejszego nie chce rozliczyć się z tej zbrodni na Żydach.
Tymczasem Adam i cała "Gazeta Wyborcza" nie chcą przyjąć prawdy o pogromie kieleckim, z której wynika, iż Kościół nie ma sobie nic do wyrzucenia w tej sprawie. Żydzi kieleccy padli ofiarą prowokacji UB pod dyktando NKWD. Sprawcami mordu był nie rozbestwiony motłoch, jak przedstawiała propaganda komunistyczna, a w ślad za nią Adam Michnik, lecz odpowiednio dobrana bojówka PPR-owska zatrudniona na kilka dni w pobliskiej fabryce oraz oddział KBW pod dowództwem sowieckiego oficera w polskim mundurze. Za całość odpowiedzialny był szef kieleckiego UBP, mjr Władysław Spychaj - Sobczyński, który już wcześniej był organizatorem podobnych pogromów w Rzeszowie i Krakowie. Henio Błaszczyk - ów chłopiec rzekomo przetrzymywany przez Żydów w piwnicy domu na Plantach (gdzie tak naprawdę nawet nie było piwnic), w rzeczywistości był synem agenta UB, zaś po zajściach kieleckich - aby afera się nie wydała - był przetrzymywany przez ubeków w piwnicy miejscowego UBP. Cała sprawa została dokładnie opisana w głośnej książce znanego reportera Krzysztofa Kąkolewskiego pod tytułem "Umarły cmentarz". Brat naszego noblisty Andrzej Miłosz nakręcił następnie w wytwórni Mirosława Chojeckiego (byłego założyciela podziemnego wydawnictwa "NOWA" oraz członka KSS "KOR") film dokumentalny o przebiegu wydarzeń kieleckich pod tytułem "Pogrom" oraz odrębny filmowy zapis rozmowy z dorosłym już Henrykiem Błaszczykiem o kulisach tego pogromu. Henryk Błaszczyk, który cały czas panicznie bał się konsekwencji ujawnienia prawdy o okolicznościach pogromu, wkrótce po nakręceniu filmu zginął tragicznie. Można podejrzewać, że padł ofiarą zemsty podziemia ubeckiego, nie pierwszą i nie ostatnią w III RP. Środowisko "Gazety Wyborczej" nie chce do dziś uznać prawdy o pogromie kieleckim, gdyż to psuje tworzony przez nią obraz Polski jako kraju klerykalnego, nacjonalistycznego i antysemickiego.
Odnoszę nawet wrażenie, że środowisku "GW" nie chodzi tyle o zwalczanie antysemityzmu wśród Polaków, ile o dorabianie Polakom gęby antysemitów.
Potwierdzeniem tej tezy jest kupiona przeze mnie w rosyjskiej księgarni "Rusałka" książka prof. Jana Tomasza Grossa pod tytułem "Sąsiedzi" przełożona (dość marnie) na rosyjski i wydana z przedmową Adama Michnika.
Ten fakt, że Adam Michnik napisał przedmowę do rosyjskiego wydania książki J. T .Grossa o mordzie na Żydach w Jedwabnem w lipcu 1941 roku, wydanej w roku 2002 roku, świadczy, że wybaczył on Jankowi tchórzliwą postawę w śledztwie w sprawie Ruchu 8 Marca 1968 roku. Jan Tomasz Gross załamał się, w odróżnieniu od większości michnikowych "komandosów", w więzieniu mokotowskim i ze strachu plótł obrzydliwe androny, m.in. o ówczesnej narzeczonej Adama, Basi Toruńczykównie. Nie byłem uczestnikiem Ruchu 8 Marca i nie zobowiązywałem się wobec kolegów odmawiania w śledztwie wszelkich zeznań. Trafiłem do więzienia dla efektu propagandowego i ze zrozumiałych względów musiało mi zależeć na ujawnieniu prawdy o mej niewinności. Mimo to Jacek Kuroń podczas pierwszego naszego spotkania po jego uwolnieniu z więzienia nie chciał mi podać ręki i przeprosił mnie po chwili za ten afront dopiero pod naciskiem swej żony Gajki Kuroniowej, Karola Modzelewskiego oraz Adama Michnika. Wyobrażam, jak potraktowano w gronie "komandosów" takiego zdrajcę jak Jan Tomasz Gross. W dodatku Janek, który w więzieniu deklarował narodowość polską, wkrótce na żydowskich papierach wyjechał do USA. Najwyraźniej po latach wybaczono mu zdradę dla okazanych Jackowi Kuroniowi usług. Zapewne za namową Kuronia napisał on kłamliwą książkę o pogromie Żydów w Jedwabnem i wziął w ten sposób udział w antypolskiej akcji propagandowej, podjętej przez SLD oraz sympatyzującego z nim prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego, a skierowanej przeciwko AW"S"-owskiemu rządowi prof. Jerzego Buzka. Książka amerykańskiego autora, prof. Jana Tomasza Grossa była pomyślana jako prowokacja wobec rządu AW"S", który usiłowano wpakować w sytuację bez dobrego wyjścia. Mord na Żydach w Jedwabnem rzeczywistości był jednym z tysięcy krwawych incydentów antyżydowskich podczas letniej ofensywy hitlerowskiego Wehrmachtu na Związek Rad w 1941 roku. Wystarczy wymienić najbardziej głośne pogromy miejscowych Żydów w litewskim Kownie lub ukraińskim wówczas Lwowie, gdzie ofiary szły na tysiące, a nie na setki, jak w Jedwabnem. Tymczasem prezydent Aleksander Kwaśniewski zdecydował się na postawienie właśnie Polski pod pręgierzem, organizując samotnie obchody rocznicowe w Jedwabnem. Pokazano - wbrew prawdzie, a w myśl tezy prof. Grossa, że pogrom obył się bez udziału Niemców, wyłącznie rękoma polskich sąsiadów - klerykalnych i antysemickich. Wybrano do obchodów wyłącznie Jedwabne, pomijając miejscowości, gdzie Żydzi padali bezpośrednio ofiarą mordu ze strony Niemców. Nie żyjący już dziś śp. prof. Tomasz Strzembosz zapytywał wtedy, czym gorsi są Żydzi białostoccy, w liczbie 800 osób spaleni przez Niemców w miejscowej synagodze, od Żydów z Jedwabna, że nie chce się uczcić rocznicy również i ich męczeńskiej śmierci. A chodziło ewidentnie o zaakcentowanie polskiego sprawstwa mordu na Żydach.
Napisałem wtedy artykuł, w którym wskazywałem, że środowisko traktujące jako swego guru Jacka Kuronia od dawna zajmuje się świadomym kompromitowaniem Polski i Polaków, przez stwarzanie sytuacji konfliktujących Polskę z Żydami. To Jacek Kuroń zaprosił do Polski zaraz po spektakularnym zwycięstwie "Solidarności" nad komuną w 1989 roku mało znanego z działalności duszpasterskiej, ale słynnego z antypolonizmu rabina Abrahama Weissa z Nowego Jorku, by odegrał głośne na cały świat przedstawienie pod klasztorem sióstr karmelitanek w Oświęcimiu. Jego ekipa była z góry nastawiona na skandal, bo gdy robotnicy na rusztowaniu poleli ich wodą, asystujący rabinowi fotograf zdążył uchwycić ten moment i rozesłać do wielu pism ilustrowanych w świecie zdjęcie dokumentujące polski antysemityzm. "Gazeta Wyborcza" opisywała ten incydent z sympatią do żydowskich awanturników, których osobiście podejmował w Warszawie Jacek Kuroń, ale nie do sióstr karmelitanek modlących się w intencji pomordowanych w Auschwitz ofiar hitleryzmu. Kiedy ksiądz Prymas Józef Glemp zaprotestował publicznie przeciwko wrogiemu wtargnięciu grupy mężczyzn do żeńskiego klasztoru, również jego okrzyczano antysemitą. Dodajmy, że ksiądz Prymas Józef Glemp okazywał wiele względów Adamowi Michnikowi, o czym on ze zrozumiałą dumą opowiadał nam w obozie internowania w Zakładzie Karnym w Białołęce na wiosnę 1982 roku.
Dla Adama to nie pierwszyzna przedstawianie swych dobroczyńców z Kościoła katolickiego jako antysemitów, jeśli zaistnieje na to zapotrzebowanie propagandowe. Kiedy Jacek Kuroń wysunął swą kandydaturę w wyborach prezydenckich przeciwko kandydującemu na drugą kadencję Lechowi Wałęsie, Adam Michnik postanowił dla promocji swego druha i guru Jacka poświęcić swych gdańskich przyjaciół: księdza prałata Henryka Jankowskiego, proboszcza kościoła św. Brygidy, który ochrzcił mu jego syna Antka, oraz występującego w roli ojca chrzestnego Lecha Wałęsę. W korespondencji z Gdańska zamieszczonej w "GW" oskarżono księdza prałata o wygłoszenie podczas mszy świętej w obecności prezydenta Lecha Wałęsy antysemickiego kazania, z którego wynikało, iż żydowski wielki kapitał wspierał finansowo NSDAP i że przez to gwiazda Dawida wpisuje się w hitlerowską swastykę. Korespondencja "GW" wywołała wielki skandal w świecie i oburzenie żydowskich ośrodków opiniotwórczych. Dzięki dociekliwości polskiego Hindusa Petera Rainy, który przeanalizował zapis magnetofonowy kazania księdza prałata, wyszło jednak na jaw, iż ksiądz prałat wypowiedział myśl równie kontrowersyjną, ale mniej antagonizującą świat żydowski, stwierdzając, że gwiazda Syjonu wpisuje się w komunistyczny sierp i młot. Mówię o kontrowersyjności owej popularnej tezy, gdyż jest to tzw. półprawda, ponieważ komunizm popierali nie religijni i narodowo uświadomieni Żydzi, lecz tzw. asymilanci, poczynając Karola Marxa. Był on, jak wiadomo, Niemcem i luteraninem żydowskiego pochodzenia i w swej korespondencji z bliskimi, zwłaszcza z rodowitym Niemcem Fryderykiem Engelsem nieraz zdradzał kompleksy "przechrzty", wyśmiewając swych bardziej żydowskich adwersarzy. Podobnie przywódcy partii bolszewickiej, a bliscy współpracownicy Lenina - Lew Trocki, Grigorij Zjinowjew, Lew Kamieniew oraz Jakow Swierdłow byli rosyjskojęzycznymi ateistami, skonfliktowanymi z prawdziwie żydowskimi środowiskami, które traktowali jako siedlisko reakcji. Współczesne środowiska żydowskie słabo znają historię WKP(b), więc przyjmują jako naturalną tezę o żydowskich powiązaniach ze światowym ruchem komunistycznym, natomiast boleśnie tam odebrano michnikową podpuchę o symbiozie gwiazdy Syjonu i swastyki. Lech Wałęsa jako parafianin księdza prałata Jankowskiego musiał się nawet tłumaczyć przed prezydentem USA Billem Clintonem, który miał do niego pretensje, że Lech nie wyszedł na znak protestu w czasie tak antysemickiego kazania. Wszystkie ówczesne starania Adama i tak spaliły na panewce, gdyż Lech Wałęsa wprawdzie przegrał wybory prezydenckie, ale na rzecz Aleksandra Kwaśniewskiego, a nie Jacka Kuronia. Jedynym namacalnym skutkiem była kolejna plama na międzynarodowym wizerunku Polski i Polaków.
Innym skandalem, tym razem w skali krajowej, była publikacja w "Gazecie Wyborczej" w roku obchodów 50. rocznicy Powstania Warszawskiego artykułu red. Michała Cichego, poprzedzonego przez własnoręczną przedmową Adama Michnika. Z przedmowy Adama wynikało, że jest on pełen atencji dla bohaterstwa Armii Krajowej, natomiast artykuł red. Michała Cichego informował, że żołnierze AK mordowali podczas Powstania resztki ocalałych po okupacji hitlerowskiej Żydów. "Gazeta Wyborcza" nigdy nie odwołała swych oszczerstw pod adresem powstańców, ale Helena Łuczywowa przed paru laty groziła sprawą sądową o zniesławienie mojej koleżance redakcyjnej z "Tygodnika Solidarność", red. Teresie Kuczyńskiej, gdy ta wypomniała "Gazecie" owe oszczerstwa. W obchodach 60. rocznicy Powstania Warszawskiego "Gazeta" brała czynny udział - tym razem bez wypominania grzechów powstańcom. Nie wycofała się natomiast z wspierania "odkryć" Jana Tomasza Grossa, chociażby przez przychylne recenzowanie książki swej koleżanki redakcyjnej Anny Bikontowej - "My z Jedwabnego". Ma ona, podobnie jak jej koledzy z "Gazety Wyborczej", żal do Polaków na Podlasiu o to, że nie chcą dzielić jej żydowskiego bólu po pomordowanych bestialsko w Jedwabnem i okolicy starozakonnych, ale odnoszę wrażenie, że jest to spojrzenie nazbyt jednostronne. Opisywanie cierpień ludzkich, okrutnej śmierci niewinnych ludzi zawsze powinno budzić ludzkie współczucie, ale zastanawia mnie, jak dziennikarze z "Gazety Wyborczej" przyjęli by książkę o cierpieniach Polaków ginących z ręki Żydów. W czasie marszu Armii Czerwonej na polskie Kresy Wschodnie po 17 września 1939 roku spłynęły one polska krwią po wezwaniu sowieckiego marszałka Timoszenki "Chwytajcie siekiery i kosy - rżnijcie polskich (jaśnie) panów!". Polaków rżnęły wtedy zgodnie zamieszkujące Kresy mniejszości narodowe - czerwone bojówki ukraińskie, białoruskie i żydowskie. Na terenach, które po wojnie wcielono do Związku Rad, dominowały bojówki wschodniosłowiańskie, ale na Podlasiu w pamięci miejscowych Polaków pozostali Żydzi. A później nadszedł rok 1941 i jak pisze Adam Michnik w swej przedmowie do książki "Sasiedzi" Jana Tomasza Grossa: "A przecież dziki tłum w Jedwabnem nie był osamotniony. We wszystkich krajach, zniewolonych po 1939 roku przez Związek Rad, latem i na jesieni 1941 roku miały miejsce koszmarne zbrodnie na Żydach. Ginęli oni z rąk sąsiadów - litewskich, łotewskich, estońskich, ukraińskich, rosyjskich, białoruskich. Sądzę, że nadszedł czas, byśmy poznali wreszcie całą prawdę o tych koszmarnych wydarzeniach". Co stoi na przeszkodzie, by dziennikarze "Gazety Wyborczej", choćby i Ania Bikontowa, opisali te krwawe koszmary w krajach ościennych?
Innym przypadkiem do opisania jest tragedia polskiej wsi Koniuchy na Wileńszczyźnie, wymordowanej przez sowiecki oddział partyzancki za współpracę z Armią Krajową. Poważną część tego oddziału stanowili Żydzi, którzy później opowiedzieli o swych krwawych dokonaniach w wydanych na Zachodzie wspomnieniach. Zastanawiam się, co stanęło na przeszkodzie, by pomordowanych okrutnie chłopów z Koniuchów opłakać tak, jak Aleksander Kwaśniewski oraz Anna Bikontowa opłakali Żydów w Jedwabnem.
Porozumienie i pojednanie może narodzić się tylko wtedy, kiedy obie strony uznają swoje winy wobec siebie. "Gazeta Wyborcza" natomiast chce natomiast bicia się wyłącznie w polskie piersi. Aleksander Kwaśniewski nadużywając swej władzy, zwołał uroczyste obchody w Jedwabnem, ale zostały one zbojkotowane przez mieszkańców miasteczka. Z pojednania i żalu za grzechy wyszły więc nici. Bo tego nie da się zadekretować, niczym wieczystą przyjaźń polsko-radziecką.
Podobne stanowisko miał zresztą Jacek Kuroń w sprawie zbrodni partyzantów UPA na ludności polskiej na Wołyniu i w Galicji właściwej, czyli Wschodniej. Przed śmiercią otrzymał on nawet tytuł Łycaria Hałyczyny, czyli Rycerza Galicji, ale wątpię czy jest to powód do chwały. Głosiłem pojednanie polsko-ukraińskie w czasach, gdy Jacek Kuroń przezornie wolał milczeć w tej sprawie, ale nie sądzę, by odpuszczanie ludobójstwa na bezbronnych Polakach było właściwą drogą do prawdziwego pojednania naszych narodów.
Skłonność do bicia się tylko w polskie piersi widzimy m.in. w przedmowie Adama Michnika do wydania rosyjskiego "Sąsiadów" Jana Tomasza Grossa. Adam pisze: "Po wojnie, gdy w wolnych krajach nadszedł czas rozmyślań nad następstwami hitleryzmu i Holokaustu, w Polsce terror stalinowski na długie lata zablokował dyskusję o antysemityzmie. A jego tradycje miały tam głębokie korzenie. W Polsce XIX wieku, jak i we wszystkich krajach naszego regionu, zaludnionych przez Żydów, antysemityzm był ideowym zwornikiem obozu politycznego narodowej demokracji". Waść kpisz, czy o drogę pytasz?! Pisząc tekst dla rosyjskiego czytelnika, jak można było zapomnieć o okropnej roli rosyjskiego zaborcy?! Przecież Polska była przez wieki azylem dla europejskich Żydów. W XIX wieku Polska pozostawała pod okupacją trzech mocarstw europejskich i to miało bezpośredni wpływ na stosunki polsko-żydowskie. W okupowanej przez Prusy Wielkopolsce władze (podobnie jak Francuzi w Algerii) podniosły status społeczny miejscowych Żydów ponad status Polaków, gdyż uznały ich za Niemców. Żydzi z chęcią przeszli na stronę zaborców i stąd przez długie lata w Wielkopolsce wśród ludności polskiej rej wodzili narodowcy czyli polscy nacjonaliści. W zaborze rosyjskim było na opak, gdyż Rosja była tradycyjnie krajem antysemickim. Gdy Iwan Groźny zdobył na Polakach Połock, natychmiast potopił miejscowych Żydów w rzece. Jan Tomasz Gross, opisujący żydowską pamięć o rzezi Żydów na Ukrainie za Bohdana Chmielnickiego, dziwnie zapomina, że Żydów rżnęli zaporoscy kozacy oraz ukraińscy chłopi, zaś broniło polskie wojsko, szlachta i polscy mieszczanie. Kiedy Chmielnicki podszedł pod Lwów, obiecywał odstąpić od oblężenia, jeśli lwowscy mieszczanie wydadzą kozakom swych Żydów. Lwów odpowiedział na to odmową. Wskutek rozbiorów Rzeczypospolitej na terenie Rosji znalazła się wielomilionowa ludność żydowska, poddana wszelakiej dyskryminacji. Dawne ziemie Rzeczypospolitej stały się żydowskim rezerwatem, strefą żydowskiego osiedlenia (cierta osjedłosti), poza którą Żydom wstęp był wzbroniony. W Rosji panował powszechnie antysemityzm, co i rusz wybuchały pogromy. Antysemitami byli nawet władcy Rosji, spokrewnieni z rodami panującymi w Europie. Gdy szef żandarmów, czyli policji politycznej meldował carowi Aleksandrowi III, że wojsko cieszy się na wieść o pogromach Żydów, cesarz odnotował na marginesie dokumentu: "Mnie to też cieszy". Nawet budzące taki niepokój Adama Michnika przeświadczenie, iż Żydzi - nawiasem mówiąc wbrew nakazom swej religii, odrzucającej wszelaką krew jako trefną - mordują chrześcijańskie dzieci na macę, jest wytworem carskiej policji, podobnie jak "Protokoły ojców Syjonu". To kijowskiego Żyda Bejlisa oskarżono o mord rytualny na prawosławnym chłopcu tuż przed I wojną światową. Agenci NKWD organizujący w Polsce Ludowej antyżydowskie pogromy, usiłowali wcisnąć Polakom ciemnotę wymyśloną przez carską Ochranę. Narodowa Demokracja Romana Dmowskiego była stronnictwem prorosyjskim i zarazem antyżydowskim. Żydzi narazili się Romanowi Dmowskiemu m.in. tym, że byli proniemieccy i antyrosyjscy. Tego wszystkiego nie uświadczysz niestety w tekście Adama Michnika, pomyślanym dla rosyjskiego czytelnika. A to dlatego, że Adam Michnik uznał za swą misję dziejową wytykanie antysemityzmu wyłącznie Polakom.
W następnych zdaniach Adam Michnik tak charakteryzuje sytuacje w II Rzeczypospolitej: "W okresie międzywojennym antysemityzm był już stałym czynnikiem radykalnej ideologii sił prawicowo-nacjonalistycznych. Potężne akcenty antysemickie były słyszalne w wypowiedziach hierarchów Kościoła katolickiego. Wciśnięta pomiędzy hitlerowskie Niemcy a stalinowską Rosję, Polska nie zdołała ułożyć porządnych stosunków z mniejszościami narodowymi, w tym ze społecznością żydowską". Chciałoby się zapytać, który kraj mógł się wtedy pochwalić prawidłowym ułożeniem stosunków z mniejszościami narodowymi? Wszystkie kraje o mieszanym składzie etnicznym rozdzierały sprzeczności i konflikty. W Polsce mniejszości narodowe były niezadowolone ze swego statusu, ale w krajach ościennych miały jeszcze gorzej. Na sowieckiej Ukrainie Stalin zamordował poprzez sztuczny głód miliony ukraińskich chłopów. NKWD uwięziło lub wymordowało jako burżuazyjnych nacjonalistów co wybitniejszych przedstawicieli kultury narodowej Białorusinów i Ukraińców. Co się tyczy Żydów, to mieli oni lepiej niż w Niemczech lub w Związku Rad. Antysemicką była w Polsce opozycja z Obozu Narodowego, zarzucająca wręcz rządzącej sanacji z marszałkiem Józefem Piłsudskim na czele filosemityzm. Żydzi mieli w Polsce swoje szkoły religijne i świeckie z językiem żydowskim i hebrajskim, własne teatry, kluby sportowe, nawet własną, żydowską kinematografię. Działały swobodnie różne żydowskie stronnictwa polityczne, które miały własnych posłów w Sejmie. Wydawały one swe gazety po polsku i po żydowsku. Ponieważ w Polsce było bezrobocie, władze państwowe czynnie wspierały ruch syjonistyczny, organizujący emigrację młodzieży żydowskiej do Palestyny. Oczywiście antysemicka opozycja korzystała z określonej wolności słowa, a przede wszystkim z autonomii wyższych uczelni. ONR-owcy mogli wprowadzać getta ławkowe dla studentów wyznania mojżeszowego, gdyż policja państwowa nie mogła interweniować na terenie uczelni bez zgody rektora tej uczelni. Nie była to jednak gra do jednej bramki, gdyż wielu polskich studentów i profesorów solidaryzowało się ze swymi żydowskimi kolegami. W Kościele katolickim pod względem stosunku do Żydów panowały różne opcje. Ksiądz Prymas August Hlond podejmował energiczne wysiłki, by wyrwać Kościół Kkatolicki spod wpływów Obozu Narodowego. Sam Adam Michnik przy innej okazji opisywał pozytywne tradycje podwarszawskich Lasek oraz ich duszpasterza Sługi Bożego, księdza Władysława Korniłowicza.
Adam Michnik nie powiedział też ani słowa o sowieckim antysemityzmie od zarania Polski Ludowej narzucanym Polakom. Wszyscy sowieccy ambasadorzy i doradcy NKWD byli antysemitami. Ze względu na braki kadrowe PPR we władzach Polski Ludowej, zwłaszcza w bezpieczeństwie była duża nadreprezentacja Żydów lub Polaków żydowskiego pochodzenia, ale w miarę nasilania się kursu antysemickiego na Kremlu, UB i Informacja podejmowały działania przeciwko rzekomym syjonistom. Adam Michnik dobrze zna nazwiska wielu z nich. Podobne tendencje z jeszcze większym natężeniem panowały w innych krajach obozu sowieckiego. Adam musi przyznać, że mimo wszystko w Polsce nie było procesów pokazowych o charakterze antysemickim, jak proces Rudolfa Slanskiego w Czechosłowacji. W okresie walk frakcyjnych w PZPR po śmierci Bolesława Bieruta członkowie neostalinowskiej koterii zachowawczej, czyli tzw. natolińczycy wysuwali hasła antysemickie, które wtedy zupełnie nie chwyciły. "Gazeta Wyborcza" mogłaby w ramach zwalczania antysemickich stereotypów poinformować swych czytelników, którzy dzięki moczarowej propagandzie pamiętają nazwiska kilku lub kilkunastu żydowskich oprawców z czasów stalinowskich, o więzionych w owym czasie przez X Departament MBP lub Informację Wojskową Polakach żydowskiego pochodzenia, zrehabilitowanych po Październiku 1956 roku. Warto też pamiętać, że antysemicka kampania marca 1968 roku była podjęta na wyraźne polecenie Kremla. Adam Michnik woli nie poruszać tego tematu, gdyż po "okrągłym stole" w 1989 roku zmienił on krąg swych przyjaciół i zaprzyjaźnił się z gen. Wojciechem Jaruzelskim - najgłośniejszym spośród żyjących czynnych antysemitów PRL. Odpuszczając grzechy czerwonych antysemitów, tym aktywniej oskarża on o antysemityzm ludzi Kościoła katolickiego. Tymczasem właśnie upadek komunizmu i odzyskanie przez Polskę niepodległości oznacza kres urzędowego, czyli państwowego antysemityzmu. Teraz antysemityzm stał się sprawą prywatną obywatela, jak posła Zygmunta Wrzodaka lub prof. Macieja Giertycha i coraz bardziej traci swoje ostrze. Jedynie "Gazeta Wyborcza" wciąż potrząsa maczugą politycznej poprawności, węsząc wszędzie jego ślady i grożąc podejrzanym o jego popełnienie urzędem prokuratorskim. Potrząsając maczugą tolerancji, zapomina atoli, że korzystanie z tolerancji musi być przywilejem różnych stron. Tolerancja niczym kij - musi mieć co najmniej dwa końce. Bez tego zamienia się w swoje przeciwieństwo.

Artykuł ukazał się pierwotnie w "Niezależnej Gazecie Polskiej" nr 5.

Antoni Zambrowski
artykuły najnowsze | wywiady z autorem | o autorze | felietony TV | o mojej książce |