PUBLICYSTYKA ANTONIEGO ZAMBROWSKIEGO

Lustracja według Jacka Kuronia

921,09,2006 źródło Asme)

Środowisko "Gazety Wyborczej" od lat było wrogie lustracji agentów SB. Przed kilkoma tygodniami odcinała się od lustracji red. Teresa Bogucka, której właśnie sprezentowano wyniesione przez uboli z archiwum MSW i przypadkiem znalezione w piwnicy teczki donosów na jej osobę. Dzięki temu zdołała namierzyć jednego z donosicieli, ale tak ogólnie jest, jak cała jej redakcja, przeciwna lustracji. Nie żyjący już guru tego środowiska Jacek Kuroń napisał całą książkę przeciwko lustracji dokonanej przez min. Antoniego Macierewicza 4 czerwca 1992 roku. Nosi ona tytuł "Spoko! czyli kwadratura koła" i została wydana w lewicowym wydawnictwie BGW. W tej książce Jacek Kuroń opisuje m.in., jak w restauracji sejmowej płakał tego dnia wraz z Grażyną Staniszewską - posłanką Unii Demokratycznej, umieszczoną na liście domniemanych TW przez ludzi min. Macierewicza. Opisuje też sejmową konferencję prasową, podczas której deklarował, iż wierzy ludziom, a nie teczkom archiwum kiszczakowego MSW.
I w tej samej książce Jacek Kuroń demaskuje jako agentkę SB bez żadnych po temu dowodów w postaci dokumentów moją tzw. więzienną narzeczoną z Bractwa Otrzeźwienia przy kościele św. Stanisława Kostki na warszawskim Żoliborzu Danusię B. z Pruszkowa.
Jacek Kuroń opisuje szczegółowo swe czynności dnia 1 sierpnia 1985 roku. Była to rocznica wybuchu Powstania Warszawskiego, więc najpierw po południu udał się na cmentarz wojskowy na Powązki, jak to czynił za życia jego tragicznie zmarłej żony Grażyny. Następnie przeszedł na pobliski cmentarz katolicki, gdzie jest pochowania Gajka, jak bliscy nazywali Grażynę. Tam, jak pisze, "było pusto, siedziałem na płycie nagrobka, rozmawiałem z nią i płakałem". (str. 170) Później przypomniał sobie, że tego dnia z więzienia wychodzi Seweryn Jaworski - zastępca Zbigniewa Bujaka w Zarządzie Regionu Mazowsza NSZZ "Solidarność", więc spodziewając się go w kościele św. Stanisława Kostki, podjechał na Żolibórz. Trafiłem na wieczorną modlitwę przy grobie, później uściskałem się z Sewerynem". Chodzi oczywiście o grób śp. księdza Jerzego Popiełuszki, przy którym co wieczór modlili się członkowie Bractwa Otrzeźwienia.
Dalej Jacek Kuroń pisze: "Już w czasie modlitwy usłyszałem obok siebie młody, dźwięczny głos i zobaczyłem lekko rudą, bardzo zgrabną dziewczynę. Skojarzenia miałem, wstyd przyznać, policyjne. Pomyślałem mianowicie: co też robi w tym bractwie śliczna młoda dziewczyna? Nie żeby inne były brzydkie, ale ta była całkiem nowa. Od dawna sądziliśmy, że agentom najłatwiej trafić do nas przez wielkomiejskie duszpasterstwa. Wszelka konspiracja rodzi myślenie paranoidalne".
Dziewczyna była istotnie bardzo urodziwa, ale wbrew relacji Jacka Kuronia nie jedyna młoda i ładna wśród nas. Ta po prostu nawinęła się na swoje nieszczęście Jackowi Kuroniowi na oczy. Nie była też nowa w naszym gronie. Ja znałem ją jako łączniczkę i kolporterkę nielegalnych pisemek co najmniej od roku. Ponieważ zaczynaliśmy miesiąc otrzeźwienia i przygotowywaliśmy się do pikietowania sklepów monopolowych, ustaliliśmy z jej szefową w konspiracji Magdą Góralską - grafikiem z zawodu, działaczką podziemnej "S" i KPN, że Danusia będzie w razie mego aresztowania moją "narzeczoną więzienną", czyli jako rzekoma narzeczona będzie korespondowała ze mną oraz będzie odwiedzała mnie w więzieniu w dniach widzeń. Zgodnie z zapisem w dowodzie osobistym byłem rozwodnikiem, czyli osobą stanu wolnego i miałem prawo do narzeczonej. Już wcześniej cudem uniknęliśmy z przewodniczącym naszego Bractwa Marcinem Przybyłowiczem uwięzienia w Piekarach Śląskich. Pojechaliśmy tam na masową Pielgrzymkę Mężczyzn i Młodzianków w ostatnią niedzielę maja małym fiatem brata Marcina dla nawiązania kontaktu z takim samym Bractwem Otrzeźwienia w tym górniczym mieście. Wraz z nami zabrali się dwaj hutnicy z huty Warszawa, by na pielgrzymce wystąpić jako poczet sztandarowy "S" z huty. Po pielgrzymce trafiliśmy za to na komendę MO, obydwaj hutnicy zostali natychmiast skazani przez miejscowe kolegium do spraw wykroczeń, mnie zaś i Marcina uratowały stemple o zatrudnieniu w innych niż Huta instytucjach. Ale po wywołaniu zdjęć z przemarszu pocztów sztandarowych SB postanowiła ukarać również mnie, gdyż innemu naszemu koledze z Huty imieniem Włodek znana aktorka Hanna Skarżanka przykleiła teatralne wąsy i założyła słoneczne okulary. Włodek był znacznie wyższy i mocniejszej ode mnie budowy, ale ubecji chodziło raczej o odfajkowanie wykonania zadania wobec przełożonych niż o wytropienie właściwego winowajcy. Liczyłem się więc z perspektywą odsiadki za Włodka w więzieniu i dla tego potrzebowałem narzeczonej dla utrzymywania kontaktu ze światem poza kratami.
Dalej Jacek Kuroń pisze: "Po rozejściu się duszpasterstwa kilka osób zaszło do mnie, bo mieszkam o parę kroków. Oni, jako że ślubowali trzeźwość, pili herbatę, ja - alkohol. W pewnym momencie okazało się, że jest bardzo późno i mieszkające za miastem dziewczyny muszą u mnie nocować". Tu sprostuję, że były u Jacka cztery osoby: Magda Góralska oraz dwie jej współpracownice Danusia i Basia, jedna z Pruszkowa, zaś druga z Błonia. Czwartym byłem ja. W nocy Magda postanowiła wróć do domu taksówką, więc zabrałem się z nią, gdyż musiałem wyprowadzić na dwór moją sukę wilczycę. Dziewczęta zostały na noc. "Jedną z nich była ta Śliczna. Druga wyszła wcześnie rano, Śliczna została i to jakby na dłużej. Okazało się, że ma dyżury na Piwnej, a kiedy wyszliśmy na spacer, powiedziała, że jest łączniczką Bujaka. Sprawdziłem: ani u św. Stanisława Kostki, ani na Piwnej nic o niej nie wiedzieli. Podobno przeniosła się właśnie z Płocka i zgłosiła się do pracy. Przyjmowali oczywiście wszystkich chętnych, bo inaczej nie można. A z Bujakiem to była nieprawda".
Tu Jacek Kuroń bredzi jak Piekarski na mękach. Najwidoczniej dyktował wspomnienia na magnetofon w stanie wskazującym na spożycie whisky, jak wtedy podczas przyjęcia na naszą cześć. Dziewczyna przyszła w moim towarzystwie i była ze mną na ty, więc wystarczyło mnie o nią zapytać. Nie musiał zatem pytać o nią na Piwnej w Komitecie Prymasowskim. Tam ją pomylono z inną Danusią, tym razem urodziwą blondynką. Ta istotnie dojeżdżała autostopem z Włocławka. Natomiast Danusię B. znano zarówno w Komitecie Prymasowskim, jak i w różnych duszpasterstwach przy kościele św. Stanisława Kostki. W dodatku Jacek spotykał ją na Piwnej podczas pikietowania sklepów monopolowych, które rozpoczęliśmy 14 sierpnia tegoż roku. Przychodził on na nasze pikiety, nie wiem, czy z solidarności z naszą akcją, czy też by z nią się umówić. W każdym razie widywałem go tam w czasie jej obecności w asyście naszej pikiety. Toteż dalszy ciąg wspomnień Jacka zakrawa na skandal. Opisuje on wizytę Danusi u siebie w najbliższą niedzielę po 1 sierpnia, gdy miał on w swym mieszkaniu konspiracyjne zebranie w sprawie druku podziemnego pisma. Zauroczony dziewczyną, Kuroń zaprosił ją wbrew zasadom konspiracji na owe zebranie. Następnego dnia z samego rana przyszli do niego dwaj pułkownicy SB, którzy już słyszeli o tematyce zebrania. Po powrocie z przesłuchania Kuroń zastał u siebie wbrew oczekiwaniom nie Danusię B., lecz Joannę Szczęsną, "której - jak powiada - opowiedziałem całą tę historię i swoje podejrzenia na wszystkie mikrofony zainstalowane od 1961 roku w ścianach mojego domu". Wiedząc o podsłuchach, mimo to organizował odpowiedzialne zebrania konspiracyjne w zasięgu ubeckich mikrofonów. I dalej komentuje o owych pułkownikach SB: "Zgodnie z przewidywaniami Śliczna już nigdy więcej nie pojawiła się ani u mnie, ani na Piwnej, ani nigdzie. Jeśli była agentką, bo przecież nie wiem na pewno, to strasznie spaprali jej możliwości tylko po to, żeby przede mną zaszpanować". Jacek Kuroń najwyraźniej łże, gdyż z Danusią miałem stały codzienny kontakt zarówno w kościele św. Stanisława Kostki oraz podczas pikietowania sklepu monopolowego na Piwnej. Zachowało się zdjęcie, na którym jest obecna podczas pikietowania. Zachowało się również zdjęcie i z jego obecności podczas naszej akcji. Pisałem zgodnie z umową do niej listy z więzienia, ale mi nie odpowiedziała na nie. Okazało się później, że miała w Pruszkowie prawdziwego narzeczonego, który był przywódcą miejscowej organizacji "S". Wyszła wkrótce za niego za mąż i pokazywała koleżankom z Bractwa swe zdjęcia ślubne. Po ukazaniu się książki "Spoko!" w 1992 roku jedna z nich zadzwoniła do mnie i powiedziała, że Jacek Kuroń rozszyfrował w naszym gronie ubeczkę.
Jest to jednak zbyt okrutna kara za to, że dziewczyna nigdy więcej nie pojawiła się w mieszkaniu u Kuronia. I to wymierzona w książce poświęconej krytyce lustracji.

PS. Za Życia Jacka Kuronia opisałem w krótkich słowach tę samą sprawę w tygodniku "Najwyższy CZAS!", w n-rze 44/99.

Tekst pierwotne ukazał się w tygodniku "Gazeta Polska".

Antoni Zambrowski
artykuły najnowsze | wywiady z autorem | o autorze | felietony TV | o mojej książce |