PUBLICYSTYKA ANTONIEGO ZAMBROWSKIEGO

Dlaczego przekroczyłem terminy

(10,10,2006 źródło Asme)

Uzasadnienie wyroku Sądu Apelacyjnego w sprawie mego wniosku o odszkodowanie za bezpodstawne uwięzienie w PRL nasuwa wrażenie, że nie jest to uzasadnienie wyroku drugiej instancji, lecz wyroku Sądu Okręgowego, od którego apelowałem. W uzasadnieniu zostały bowiem zignorowane wszystkie moje argumenty, które przedstawiłem w Sądzie Apelacyjnym. Sąd Apelacyjny przytacza ocenę Sądu I instancji: "Sąd podniósł, że nie może uwzględnić przedawnionego roszczenia zważywszy wykształcenie wnioskodawcy (ekonomista; był - jak zeznał - doktorantem i starszym asystentem na Wydziale Ekonomii UW), wyrobienie życiowe, środowisko, w jakim pracował, rodzaj wykonywanej pracy, a nadto fakt, że korzystał z pomocy adwokata, który prowadził jego sprawę". Tu wyjaśnię przy sposobności, że o swym wykształceniu mówiłem, by wskazać straty życiowe, poniesione wskutek nieuzasadnionego uwięzienia, gdyż przez to załamała się moja kariera naukowa. Istotnie jestem mgr ekonomii, ale nigdy nie studiowałem prawa. Poza tym Wysoki Sąd mija się z prawdą, sugerując, że w 1991 roku mogłem skorzystać z pomocy adwokata. W rzeczywistości miałem obrońcę doktora Kazimierza Łojewskiego, ale w podczas mego uwięzienia w roku 1969. W czasie rozprawy rewizyjnej w Sądzie Najwyższym w 1991 r. ze względów kurtuazyjnych zaprosiłem go do sądu, ale nie byłem jego aktualnym klientem, gdyż nie było mnie na to stać. Przez cały czas PRL po moim zwolnieniu z więzienia klepałem biedę. Zdawał sobie z tego sprawę dr Kazimierz Łojewski, więc za darmo był mym adwokatem na mojej sprawie rozwodowej w grudniu 1970 roku (Po więzieniu opuściła mnie moja ślubna żona Teresa). Była to dla mnie sytuacja niezmiernie upokarzająca. Po stanie wojennym miałem kilkakrotnie konflikty z organami ścigania PRL i wtedy korzystałem z usług różnych adwokatów, jak śp. mec. Edward Wende oraz mec. Piotr Łukasz Andrzejewski, którzy bronili mnie przed kolegium orzekającym. Dwukrotnie bowiem stawałem przed nim za pikietowanie sklepów monopolowych w sierpniu 1985 i 1986 roku w ramach "solidarnościowej" akcji Bractwa Otrzeźwienia przy kościele pw. Stanisława Kostki. Na Śląsku bronił mnie śp. mec. Jerzy Kurcjusz, kiedy w sierpniu 1985 r. postawiono mnie przed kolegium za udział w pielgrzymce do Piekar Śląskich, zaś w Warszawie w tej samej sprawie - mec. Jan Radlicki. Wszyscy oni bronili mnie bezpłatnie jako adwokaci Komitetu Prymasowskiego przy kościele pw. św. Marcina. W III RP mogłem najwyżej liczyć na koleżeńską pomoc radcy prawnego "Tygodnika Solidarność".
Nie jest to jednak rzecz najistotniejsza. Podstawową przyczyną mej opieszałości była atmosfera panująca w pierwszych latach III RP. Rewizja wniesiona przez Prokuraturę Generalną do Sądu Najwyższego w 1991 roku dotyczyła nie mnie samego, lecz tzw. sprawy Karola Modzelewskiego i innych z 1968 roku. Władze gomułkowskie planowały w 1968 roku wielki proces marcowych wichrzycieli, w którym miałem siedzieć na ławie oskarżonych obok Karola Modzelewskiego, Jacka Kuronia, Adama Michnika, Jana Lityńskiego, Seweryna Blumsztajna, Barbary Toruńczykówny, Henryka Szlajfera i Wiktora Góreckiego. Wspólny dla nas akt oskarżenia napisał prokurator Pietrasiński. Wszyscy oni mieli zarzut z art. 36 m.k.k. o tajnej organizacji, jedynie ja - wzięty na propagandową doczepkę, gdyż nie miałem nic wspólnego z Ruchem 8 marca - miałem zarzut z art. 28 i 29 m.k.k. o szkalowaniu Państwa (czyli PRL) oraz Narodu Polskiego. Naród Polski miałem szkalować w przypisanym mi wierszu, którego autorem był Jan Kochanowski z Czarnolasu.
Później nasz proces rozczłonkowano i odpowiadałem przed Sądem Wojewódzkim sam, zaś oskarżał mnie prokurator Prokuratury Stołecznej, mgr Andrzej Jarzyna. Do dziś powinien on czerwienić się na wspomnienie swej roli w tym procesie, a wraz z nim i cała prokuratura. W Sądzie Najwyższym odwołania naszych obrońców rozpatrywano en bloc, stąd i rewizja w roku 1991 odbyła się w tym samym składzie osobowym. Moi koledzy z ławy oskarżonej byli w tym czasie w większości działaczami Unii Demokratycznej oraz/lub pracownikami "Gazety Wyborczej". "Gazeta Wyborcza" stawiała sprawę jasno, że nie uchodzi byśmy ciągnęli zyski z działalności opozycyjnej i występowali o odszkodowanie za pobyt w więzieniu (Nie trudno im było zająć tak szlachetne i patriotyczne stanowisko, gdyż zdążyli się już uwłaszczyć w procesie transformacji i nie wiedzieli, co to bieda). Gdy wkrótce po tym były przew. Zarządu regionu NSZZ "Solidarność" w Łodzi Andrzej Słowik wyłamał się z tej instrukcji i wystąpił o odszkodowanie za uwięzienie w stanie wojennym, "Gazeta Wyborcza" zorganizowała całą kampanię przeciwko niemu. W odróżnieniu od Andrzeja Słowika nie byłbym w stanie stawić czoła takiej kampanii. Ryzykowałbym nie tylko infamię, ale i wyrzucenie wskutek niej z pracy w "Tygodniku Solidarność". A wiedziałem, że poza nim nigdzie pracy nie znajdę. Po stanie wojennym nie zatrudniano mnie jako ekonomistę, więc po okresie transformacji do tego stopnia straciłem swe dawne kwalifikacje zawodowe, że unikałem pisania na tematy fachowe, by się nie kompromitować. Pracowałem jako dziennikarz w dziale związkowym, krajowym lub zagranicznym.
Ostatni rok Polski Ludowej spędziłem jako stróż na Metrobudowie, gdyż SB nie dawało mi żadnej pracy na etacie. Gdy powstała "Gazeta Wyborcza", starałem się o pracę dziennikarza w niej, ale mnie nie przyjęto. Po wielkich trudach udało mi się po krótkotrwałej pracy w Biurze Wyborczym "Solidarności" zaczepić się w "Tygodniku Solidarność" na etacie bibliotekarza, gdyż ówczesny redaktor naczelny Tadeusz Mazowiecki nie chciał zatrudnić mnie jako dziennikarza (Również w 1981 roku nie zgadzał się on na moje tam zatrudnienie, choć namawiali go niezależnie od siebie obydwaj jego zastępcy Bogdan Cywiński oraz Waldemar Kuczyński). Gdy w ramach "wojny na górze" Lech Wałęsa odwołał pozostawionego tam przez premiera T. Mazowieckiego na stanowisku p.o. redaktora naczelnego Jana Dworaka, którego przyjaznej interwencji zawdzięczałem etat bibliotekarza w redakcji, wziąłem udział w zbiorowym proteście załogi i zapytałem jego zastępczynię Ludwikę Wujcową, czy i mnie dotyczy zaproszenie przez Adama Michnika wszystkich protestujących do pracy w "Gazecie Wyborczej". Okazało się, że nie. Wobec tego zostałem w "Tygodniku Solidarność" i wkrótce mój wieloletni przyjaciel Jarosław Kaczyński (którego asystentem w Biurze Wyborczym Solidarności byłem podczas jego kampanii do Senatu w czerwcu 1989 r.), mianował mnie dziennikarzem. W pewnym okresie po odejściu J. Kaczyńskiego do kancelarii prezydenckiej próbowałem podjąć pracę w dzienniku "Rzeczpospolita", gdzie redaktorem naczelnym był mój kolega z ławy szkolnej w LO im. Tadeusza Reytana Dariusz Fikus, ale mnie tam nie przyjęto. Wiedziałem więc, że muszę dbać o pracę jaką mam w "Tygodniku S...", gdyż środowiska liberalne szykują mi taki sam Berufsverbot, jaki w PRL miałem ze strony władz komunistycznych. Wynikało to z nagonki, jaką przeciwko mnie od 1966 roku prowadziły środowiska, którym przewodził Jacek Kuroń. Do dnia dzisiejszego docierają do mnie odgłosy wieloletniego szczucia na moją osobę.
Jako dziennikarz "Tygodnika Solidarność" pilotowałem wiele spraw ludzi "Solidarności", pozostawionych samym sobie w III RP, klepiących biedę nieporównywalnie większą od mojej i doznających niesprawiedliwości od władz państwowych, w tym i od wymiaru sprawiedliwości. Moja krzywda była nieporównywalnie mniejsza od ich tragedii życiowych. Próbowałem interweniować jako dziennikarz w ich sprawie, zainteresować ich dramatami posłów, senatorów, ministrów, najczęściej bez skutku. Bezskutecznie usiłowałem np. uzyskać jakąś rentę dla żony mego przyjaciela Zygmunta Krzemińskiego ps. Kmicic, Marianny, którą w 1985 roku SB w czasie podróży do przebywającej na wczasach z Zakopanym córki Ewy porwała z pociągu, poddała ciężkiemu biciu na komisariacie i w opłakanym fizycznie stanie, nieprzytomną zostawiło na torach kolejowych koło Kielc. Na szczęście maszynista dojrzał w nocy jakiś kształt na torach i zatrzymał pociąg (Prokurator, który umorzył dochodzenie w tej sprawie, uznał, iż wypadła ona na tory z pociągu. Zagadka, dlaczego znalazła się na torach dopiero po upływie dwóch dni, jakoś go nie zajmowała, podobnie jak skąd znalazły się na jej ciele ślady przypalania papierosami). Po tych doświadczeniach pani Marianna Krzemińska, która poprzednio jako wzięta krawcowa utrzymywała całą rodzinę, z trudem może ugotować obiad, nie wychodzi na zakupy, dyskutuje z telewizorem. Próbowałem zainteresować jej sprawą śp. Alinę Pieńkowską, która nic nie mogła dla niej uczynić. Czym były moje krzywdy wobec tej tragedii! A takich spraw mógłbym wymienić wiele.
Dopiero ostatnio już po śmierci mego przyjaciela śp. Janusza Szpotańskiego, dowiedziałem się od zaprzyjaźnionego z nim red. Stanisława Michalkiewicza, że adw. Stanisław Szczuka wygrał dla niego sprawę o odszkodowanie za pobyt w więzieniu. Zwróciłem się więc do p. Stanisława Szczuki o podjęcie się pełnomocnictwa w mojej sprawie. Atoli na rozprawie w sądzie okręgowym okazało się, że nie ma analogii pomiędzy sprawą Janusza Szpotańskiego a moją, gdyż w mojej sprawie nastąpiło przedawnienie. Jak pisze Sąd w uzasadnieniu wyroku: "Zarzut przedawnienia roszczenia został podniesiony przez prokuratora na rozprawie w dniu 22 grudnia 2004 roku" (Prokuratura, która walnie przyczyniła się do mego bezpodstawnego uwięzienia, dziś walczy o to, bym nie otrzymał zadośćuczynienia za jej grzechy). Na rozprawie w Sądzie Apelacyjnym wytłumaczyłem więc, dlaczego nie mogłem ubiegać się o odszkodowanie we właściwym czasie. Niestety, ani jeden z mych argumentów nie dotarł do świadomości Wysokiego Sądu, stąd brak polemiki z nimi w uzasadnieniu wyroku.
Sąd Apelacyjny stwierdza, powołując się na wyrok Sądu Najwyższego: "zgłoszenie żądania o odszkodowanie, po upływie wskazanych wyżej terminów, prowadzi do jego oddalenia w razie podniesienia przez prokuratora zarzutu przedawnienia i to pod warunkiem, że podniesienie tego zarzutu nie zostanie uznane za sprzeczne z zasadami współżycia społecznego". Otóż uważam, że zasady współżycia społecznego wymagają, by orzekając, czy nastąpiło przedawnienie roszczeń, uwzględniono również okoliczność, że wcześniej nie było warunków do wysunięcia owych roszczeń ze względu narzucany przez wpływowe środowiska, stanowiące elitę władzy, przymus powstrzymania się od wysuwania roszczeń tego rodzaju. Casus Anny Walentynowiczowej, której wniosek o odszkodowanie został odrzucony przez sąd I instancji, ale uwzględniony w apelacji, przemawia za tym, by i moja sprawa została potraktowana w ten sam sposób. Dotychczasowe stanowisko prokuratury, niechętne ludziom "Solidarności", powinno ulec rewizji wskutek zmiany władzy w Rzeczypospolitej. To samo dotyczy również władzy sądowej. Dobrze by było, aby stanowisko opinii publicznej, które w sprawie krzywdy Anny Walentynowiczowej było tak głośne i dobitne, że umożliwiło ostatecznie jej sukces sądowy, było równie głośne i dobitne również w mojej sprawie.

Antoni Zambrowski

Jest to pismo AZ w sprawie o odszkodowanie za więzienie w czasach PRL, które zamieszczamy w ramach informacji o kasacji wniesionej przez pełnomocnika AZ adwokata Stanisława Szczukę do Sądu Najwyższego po oddaleniu roszczeń przez dwie instancje sądowe. Kolejne (drugie) posiedzenie SN w tej sprawie jest przewidziane w dniu 15 listopada br. Tekst pisma ukazuje sie jedynie na "łamach" ASME. Tekst był pomyślany jako artykuł prasowy, ale nie było szans na jego zamieszczenie w jakiejkolwiek gazecie. Tymczasem mec. S. Szczuka po zapoznaniu sie z jego treścią złożył go jako pismo procesowe.

artykuły najnowsze | wywiady z autorem | o autorze | felietony TV | o mojej książce |