PUBLICYSTYKA ANTONIEGO ZAMBROWSKIEGO

Spór o federację bałkańską cz.III

(22,02,2005 źródło Asme)

Spór o federację bałkańską cz.I

Spór o federację bałkańską cz.II

Bułgarzy zaniepokoili się i natychmiast zaczęli tłumaczyć, że taka rzecz jest zupełnie niemożliwa, że Bułgaria jako państwo samodzielne nie może się zgodzić na federację z tymi członami Jugosławii, które nie miały żadnej przeszłości państwowej. Na to odpowiedziałem, że wszystkie narody Jugosławii w większym lub mniejszym stopniu miały swą przeszłość państwową, a nawet gdyby i nie miały, to i tak nie zgodziłyby się na żadną dwuczłonową federację. (Dwaj członkowie ścisłego kierownictwa KPJ Boris Kidricz oraz Edvard Kardelj pochodzili ze Słowenii, która po tysiącletnich zmaganiach z Niemcami uzyskała swą państwowość w postaci Słoweńskiej Republiki Związkowej w ramach federacji jugosłowiańskiej. Przyjęcie dwuczłonowego kształtu federacji byłoby degradacją dla Słowenii i innych republik związkowych Jugosławii - uwaga autora artykułu).

Dodałem, że byłoby to zupełnie sprzeczne z naszym systemem wewnętrznym, który został ukształtowany jeszcze w czasach wojny na II posiedzeniu AVNOJ (II posiedzenie AVNOJ, czyli podziemnego parlamentu narodów Jugosławii, odbyło się w listopadzie 1943 roku na terenach wyzwolonych od okupanta. Uchwalono wówczas, że zachowanie jedności Jugosławii jest możliwe jedynie pod warunkiem równości wszystkich jej narodów, co zapewnić może federacja sześciu republik związkowych - uwaga autora artykułu), i że to z góry by uniemożliwiało wszelką dyskusję o federacji. Stalin spokojnie przysłuchiwał się naszej wzajemnej wymianie zdań, a następnie przerwał ją znienacka i powiedział: "Jugosłowianie mają słuszność. Federacja musi być siedmioczłonowa, a nie dwuczłonowa". Wypowiedź Stalina poniekąd mnie nieprzyjemnie zaskoczyła, gdyż spodziewałem się, iż przyzna słuszność Bułgarom i przez to ułatwi opór wobec nacisków za stworzeniem federacji. Przemilczałem więc jego wypowiedź. Ale starym zwyczajem milczeli również Bułgarzy. Zgodzili się ze Stalinem bez słowa.
Wobec tego kontynuowałem dyskusję, mówiąc, że nie chodzi tu tylko o dwuczłonową lub siedmioczłonową federację, lecz mowa o sprawie federacji w ogóle i że należy usiąść, i w sposób gruntowny porozmawiać o tempie, sposobie i formach, które mogą być brane pod uwagę przy przygotowywaniu tak ważnej decyzji politycznej. Musimy mieć na względzie to, że taką decyzję również i nasze narody powinny przyjąć z zadowoleniem. Biorąc to wszystko pod uwagę, uważam, że będzie to długi proces, którego nie da się przeprowadzić w ciągu jednej nocy. Stalin mi ostro przerwał i powiedział:
- Nie może być zwłoki, federację należy utworzyć już teraz, choćby z dnia na dzień.
Na to, rozumie się, nie mogłem udzielić żadnych dodatkowych wyjaśnień ani argumentów, więc powiedziałem jedynie tyle:
- Towarzyszu Stalin, nasza delegacja nie ma pełnomocnictw odnośnie decydowania w tej sprawie, gdyż nie została nawet uprzedzona, że będzie się na tym spotkaniu o tym rozprawiało. Delegacja powiadomi nasze Politbiuro i ono podejmie ostateczną decyzję o stanowisku Jugosławii w tej sprawie.
Stalin był wściekły, ale nie wypowiedział więcej ani słowa o federacji, natomiast zaczął krytykować naszą politykę zagraniczną. Najpierw ostro nas zaatakował o to, że nie konsultujemy ze Związkiem Radzieckim swych zamierzeń w zakresie polityki zagranicznej, na co odpowiedziałem, że w rzeczywistości konsultujemy się z nimi we wszystkich sprawach, które można by było uznać za istotne i że nie mogę sobie uprzytomnić żadnej sprawy, o której Związek Radziecki nie byłby poinformowany. Stalin wówczas zarzucił nam z całą ostrością, że chcieliśmy wysłać dywizję naszego wojska do Albanii. Tymczasem to Albańczycy w pewnej chwili, - mając po temu podstawy czy też bezpodstawnie - poczuli się zagrożeni przez Greków i zwrócili się do nas o pomoc. Przyrzekliśmy im pomóc, gdy nadejdzie potrzeba, w postaci jednej dywizji naszego wojska. Istotnie, nie powiadomiliśmy o tym Związku Radzieckiego, gdyż byliśmy pewni, że powiadomią ich Albańczycy, wszak była to ich sprawa. Tak też się i stało. Tymczasem z Moskwy natychmiast interweniowano przeciwko jakimkolwiek krokom tego rodzaju i myśmy wycofali się ze swej decyzji. Niemniej Stalin uznał za celowe wytykanie nam na nowo tego, co dawno minęło.
Druga sprawa, jaką postawił Stalin, była Grecja. Zapytał mnie otwarcie:
- Czy rzeczywiście sądzicie, że zwycięstwo powstania w Grecji jest możliwe? Odpowiedziałem, że nie myśmy zorganizowali powstanie w Grecji, lecz zorganizowali je sami Grecy. My, którzy z nimi graniczymy, nie mogliśmy uniknąć ofiarowania im pomocy, jakiej każdy ruch rewolucyjny udzieliłby innemu ruchowi rewolucyjnemu. A co się tyczy możliwości powstania w Grecji, to zależy to od wielu czynników: jeśli ruch robotniczy w innych krajach będzie się rozwijał, jeśli sytuacja międzynarodowa będzie odpowiednia, jeśli powstanie uzyska niezbędną pomoc. Stalin mi przerwał w tym miejscu: "Jeśli..., jeśli..., jeśli... Wszystkie wasze oczekiwania zależą od jeśli. To zwyczajna iluzja łudzić się, że mocarstwa zachodnie pozostawią Grecję komunistom (Wojska anglosaskie czynnie zwalczały grecką partyzantkę komunistyczną ELAS na mocy porozumienia pomiędzy Winstonem Churchillem a Stalinem, które wyznaczyło strefy wpływów Wielkiej Brytanii i ZSRR na Bałkanach bez uwzględniania rzeczywistych wpływów lewicy i prawicy w tych krajach - uwaga autora artykułu).
Wraz z greckimi komunistami żyjecie złudzeniami, a przez to wszystko nam sprawiacie trudności polityczne".
Odpowiedziałem mu: "Towarzyszu Stalin, cóż my teraz możemy począć? Gdy w Grecji, a zatem nad nasza granicą, jest powstanie, gdy oni proszą o pomoc, gdy nam na granicę przynoszą rannych itd., czyż możemy zamknąć granicę i odciąć się od ich ruchu? Cóż więc możemy począć?".
Stalin odpowiedział ostro:
- Daj Boże, byście mieli słuszność, być może jestem w błędzie. Raz już pomyliłem się w jednym takim przypadku. Chodziło o Chiny. Nie wierzyłem w zwycięstwo komunistów chińskich. Byłem pewien, że Amerykanie uczynią wszystko, by stłumić to powstanie. Przekonywałem Mao Zedonga (Mao Tsetunga), że byłoby lepiej pogodzić się z Czang Kajszekiem i utworzyć wraz z nim coś w rodzaju rządu koalicyjnego. Zaprosiłem nawet delegację chińską do Moskwy. Delegacja przybyła, wysłuchała wszystkiego, co im powiedziałem, chińskim zwyczajem uśmiechali się, kiwali głowami i odjechali. A gdy wrócili, Mao rozpoczął swą wielką ofensywę rewolucyjną i ostatecznie zwyciężył. Jak więc widzicie, mogę się pomylić. Daj Boże, by tak było również w przypadku Grecji. Ale muszę powiedzieć, że w to nie wierzę. Grecja - to nie Chiny".
W świetle takiego stanowiska Stalina zrozumiałem, dlaczego radziecka pomoc dla powstania w Grecji sprowadzała się jedynie do słów, zaś w płaszczyźnie materialnej w rzeczywistości była symboliczna. A gdy tylko doszło do zwady pomiędzy Stalinem a Komunistyczną Partią Jugosławii, on te powstanie zlikwidował - można powiedzieć z dnia na dzień - zaś odpowiedzialność za to złożył na nas. (...)
Wydaje mi się, że pod koniec narady Stalin nam jeszcze zarzucił, że źle traktujemy ich doradców, że nie powierzamy im właściwych obowiązków, że nasi ludzie ich nie słuchają, lecz postępują według własnego uznania. Nie pamiętam, co mu wówczas odpowiedziałem, prawdopodobnie jak w roku 1947. Stalin jednak kręcił głową, wyrażając swą niezgodę i milczał. Tak zakończyło się nasze największe i ostateczne spotkanie ze Stalinem". (Edvard Kardelj - "Sećanja", str. 111 - 117)

Zerwanie

Na zakończenie swej relacji Edvard Kardelj mówi: "Takie były przygotowania do tak zwanego Kominformowskiego roku 1948". Czuliśmy zimny wiatr, ale oczywiście nie podejrzewaliśmy, że przejdzie on w przeciągu miesiąca w potężną burzę.
Po upływie miesiąca - w marcu 1948 roku otrzymaliśmy pierwszy list, coś w rodzaju wprowadzenia, a następnie nadeszły kolejne listy, zawierające ostrą krytykę i ataki na Tita, na kierownictwo partyjne i całą jego politykę, co się zakończyło całkowitym zerwaniem pomiędzy Związkiem Radzieckim a Jugosławią zarówno w płaszczyźnie międzypaństwowej, jak i międzypartyjnej oraz ideologicznej". (Edvard Kardelj "Sećanja", str. 120)

Antoni Zambrowski

PS. Czytelnikom ASME należy się kilka słów wyjaśnienia, co było dalej. Kominform, czyli Biuro Informacyjne partii komunistycznych i robotniczych, wydalił z szeregów ruchu komunistycznego ze Stalinem na czele kierowaną przez marszałka Tita Komunistyczną Partię Jugosławii. Jugosławię uratował wówczas prezydent USA Harry S. Truman, który nie oglądając się na okoliczność, że Jugosławia pod rządami Tita nadal pozostawała państwem komunistycznym - udzielił jej pomocy gospodarczej i wojskowej, niezbędnej dla jej przetrwania w warunkach stalinowskiej blokady. W tych warunkach Stalin podjął szereg procesów pokazowych w krajach satelickich. W Bułgarii skazano na karę śmierci m.in. Trajczo Kostowa - szefa konspiracji krajowej komunistów bułgarskich w czasie II wojny światowej, uczestnika delegacji partyjnej BP KC BKP na Kremlu, na Węgrzech - Laszla (Włodzimierza) Rajka - również szefa konspiracji krajowej komunistów za admirała Horthy'ego, w Czechosłowacji - II osobę w kierownictwie partyjnym po prezydencie Klemencie Gottwaldzie, Rudolfa Slansky'ego. Temu ostatniemu oprócz wysługiwania się "faszystowskiej klice Tito" z racji żydowskiego pochodzenia przypisano również syjonizm. Wszyscy zostali skazani wraz z licznym gronem tak samo Bogu ducha winnych współoskarżonych. W Polsce obeszło się bez procesu pokazowego przywódców komunistycznych "na usługach kliki Tito", ale przez wiele lat więziono w śledztwie byłego sekretarza generalnego KC PPR, tow. Wiesława, czyli Władysława Gomułkę oraz jego współpracowników Zenona Kliszkę i gen. Mariana Spychalskiego - odsuniętych od władzy na rozkaz Stalina pod zarzutem odchylenia prawicowo-nacjonalistycznego. Śmierć Trajczo Kostowa i towarzyszy nie uratowała Georgi Dimitrowa, który zmarł w 1949 r. na leczeniu w Moskwie. Po upadku Kraju Rad naukowcy bułgarscy stwierdzili, że "czcigodne zwłoki" w mauzoleum w centrum Sofii zawierają ślady systematycznego podtruwania. Przed śmiercią rzucał gromy na "klikę Tito", ale wcześniej w rozmowie w cztery oczy z Milovanem Dżilasem powiedział mu: "Trzymajcie się mocno".
Po śmierci Stalina w marcu 1953 roku jego współpracownicy podjęli kurs na destalinizację. Jego pierwszą ofiarą padł zresztą jego autor pomysłu na destalinizację Lawrenti Beria - szef sowieckich służb specjalnych, aresztowany podczas posiedzenia na Kremlu i skazany na śmierć. Na jego niecne knowania powoływał się w roku 1955 Nikita Chruszczow na lotnisku w Belgradzie, gdy przepraszał publicznie marszałka Tita (w Warszawie żartowano: "Hołd ruski: przyszła koza do Broza"). Tito nie dał mu wiary, stwierdzając zgodnie z prawdą, że wszystkiemu winien był nie Lawrenti Beria, lecz Stalin. By pozyskać Tita, Nikita Chruszczow wygłosił na XX zjeździe KPZR swój tajny referat o zbrodniach Stalina. Wywołało to odwilż polityczną w Rosji, zaś roztopy - w Polsce i na Węgrzech, które upomniały się w tymże roku o swe prawo do suwerenności. Polska, poparta przez Jugosławię i Chiny Ludowe, zwyciężyła w październiku 1956 r., Węgry uległy zbrojnemu najazdowi sowieckiemu, który firmował były więzień stalinowski Janos Kadar, sam zresztą jeden z organizatorów inscenizacji z procesem Laszlo Rajka. Dalsze losy walki o narodów obozu moskiewskiego o wolność i niepodległość, zakończone po wielu latach zwycięstwem "Solidarności", zburzeniem muru berlińskiego i innymi rewolucjami narodowymi - wymagają już innej opowieści.

artykuły najnowsze | wywiady z autorem | o autorze | felietony TV | o mojej książce |