PUBLICYSTYKA ANTONIEGO ZAMBROWSKIEGO

Prosto z mostu, czyli kawa na ławę

(6,09,2005 źródło Asme)

Ani się nie obejrzeliśmy, a już mamy zimną wojnę z sąsiadami, czyli z rządami Białorusi oraz Rosji połączonymi związkiem ponadpaństwowym nazywanym Sojuzem Białorusi i Rosji (Pamiętam, gdy go zawierano, radosną twarz Giennadija Zjuganowa - wodza komunistów rosyjskich, że znowu - po tak bolesnym dla niego rozpadzie Związku Rad - żyje znowu w "Sojuzie". Oglądałem tę scenę w moskiewskiej telewizji). W Grodnie zamykają działaczy niezależnego od władz Związku Polaków na Białorusi, w Moskwie pobito polskich dyplomatów oraz korespondenta dziennika "Rzeczpospolita", red. Pawła Reszkę. Działania organów ścigania prezydenta Aleksandra Łukaszenki można zrozumieć (co nie znaczy wybaczyć), gdyż jego dyktatura obawia się niezależnych od władz organizacji społeczno-politycznych. A właśnie tak się złożyło, że w marcu br. delegaci zjazdu ZPB odwołali ze stanowiska prezesa ZPB łukaszenkowskiego agenta i notorycznego erotomana w jednej osobie Tadeusza Kruczkowskiego, zastępując go niezależną od władz i znaną z osobistej prawości nauczycielką Andżeliką Borysówną. Kandydując nie zdawała pewnie sprawy z tego, w co się ładuje.

Casus belli

Dla władz w Mińsku był to casus belli, niczym wysunięcie w październiku 1956 roku nie uzgodnionej z Kremlem kandydatury tow. Wiesława, czyli Władysława Gomułki na stanowisko I sekretarza KC PZPR. Jak pamiętamy, Moskwa zareagowała marszem kolumn pancernych na Warszawę, zatrzymanym w ostatniej chwili przez Nikity Chruszczowa z obawy przed polskim oporem i protestem chińskich komunistów. Pani Andżelika nie musi się bać - jak my wtedy - czołgów Łukaszenki, ale ma wciąż do czynienia z jego łapsami z KDB, wsadzającymi jej współpracowników na dołek, zwany po rosyjsku sizo, czyli izolator śledczy. Trwa to dłużej niż 48 godzin za Edwarda Gierka w PRL, bo do 15 dni, chociaż mimo wszystko krócej niż kary wieloletniego więzienia dla opozycjonistów w innych krajach imperium postsowieckiego. Ale miłe to nie jest, zwłaszcza że władza zawsze może do 15 dni aresztu dołożyć kolejne 15 za - powiedzmy - pobicie znacznie silniejszego współwięźnia. Jeszcze gorsze od dołka są zagrożenia działaniami pozaprawnymi KGB, gdyż wielu ludzi mówiących "nie" Łukaszence przepadło jak kamień w wodę i do dziś nie wiadomo, co się z nimi stało. Prezydentowi Kuczmie na Ukrainie nie wybaczono śmierci dziennikarza Giwi Gongadzego, a na Białorusi zaginęło już kilkanaście osób, które Łukaszenka znał osobiście, a mimo to nakazał ich zaginięcie. Żonę (wdowę) jednego z nich - operatora telewizji moskiewskiej Uładzimira (Włodzimierza) Zawadzkiego pobił niedawno ZOMO-wiec (po rosyjsku: OMON-owiec) w Mińsku podczas manifestacji opozycyjnej. Miała w ręku portret zaginionego męża. Łukaszenko jako typowy macho wychodzi z założenia, że jak władza poddanych nie bije, to im wątroba gnije.

Pięści zamiast czołgów

Z podobnego założenia wychodził zapewne prezydent Władimir Putin, gdy nakazał dołożyć polskim dyplomatom w odwecie za pobicie i obrabowanie na słynącym z żuli warszawskim Czerniakowie mieszkających w pobliżu trzech synów rosyjskich dyplomatów (plus syna dyplomaty z Kazachstanu). Prezydent zabrał głos w tej sprawie w moskiewskiej telewizji, nadając jej wydźwięk polityczny. Prezydent Putin przez pięć lat swych rządów skutecznie spacyfikował media rosyjskie, zwłaszcza elektroniczne, drażni go więc krytyka jego polityki w polskich środkach przekazu. Uznał ją za przejaw typowej dla Polaków rusofobii i przyczynę pobicia rosyjskich chłopców. Jest to oczywiste nieporozumienie, świadczące o tym jak Putin i jego doradcy słabo orientują się w sprawach polskich. Polska rusofobia była zawsze skutkiem rosyjskiej okupacji i kończyła się wraz z jej upadkiem. Po 100 latach rosyjskiego zaboru i odparciu krwawej nawały bolszewickiej w Polsce niepodległej gościnnie podejmowano wielu emigrantów rosyjskich, zbiegłych z Sowdepii, jak - dla przykładu - poetę i pieśniarza Aleksandra Wiertinskiego, który w popularnym do dziś romansie opisał swój flirt z piękną Polką o imieniu Irena. Również pospolite w Polsce (zwłaszcza w stanie wojennym) antyrosyjskiej fobie ulotniły się po wycofaniu z naszego kraju przez prezydenta Borysa Jelcyna sowieckich (później rosyjskich) wojsk okupacyjnych. Wielu Rosjan, w tym i rosyjskich bandytów zagościło w Polsce, ba!, poczuło się u nas jak w domu, co doprowadziło do konfliktu na Dworcu Wschodnim w Warszawie, gdy rosyjscy bandyci obrabowali rosyjskich turystów i ci zatrzymali w znak protestu pociąg na torach. Aby go uruchomić, musiała interweniować policja, która nie umiała zawczasu poskromić bandytów, ale szczęśliwie poskromiła protestujących pasażerów. Ambasada Federacji Rosyjskiej zaprotestowała przeciwko pobiciu turystów przez policjantów, pomijając okoliczność, że to rosyjscy podróżni pierwsi stawili czynny opór interweniującym policjantom (gdyby polscy podróżni pozwolili sobie na takie zachowanie w Moskwie, moskiewski OMON wdeptał by ich w beton na peronie). Mimo to premier Rosji Wiktor Czernomyrdin odwołał swą wizytę oficjalną w Warszawie, zaplanowaną przez premiera Waldemara Pawlaka w sam raz na rocznicę krwawej rzezi Pragi przez feldmarszałka Aleksandra Suworowa w trakcie tłumienia Powstania Kościuszkowskiego.
Tym razem władze rosyjskie poszły jeszcze dalej, bo nakazały pobicie polskich dyplomatów i to tak dobranych, by ich funkcje w polskiej ambasadzie odpowiadały funkcjom rodziców pobitych chłopców w Ambasadzie Rosji w Warszawie. Aby spełnić ten warunek, rosyjscy bojówkarze spuścili baty nawet poddanemu prezydenta Putina, na swoje nieszczęście zatrudnionemu w polskiej ambasadzie na stanowisku kierowcy ambasadora Stefana Mellera. Jako ostatni dostał łomot korespondent "Rzeczypospolitej", który ośmielił się w swej korespondencji nie pochwalać postępowania władz rosyjskich w tym względzie.

Stara tradycja bolszewicka

Dla zaszokowanych takim postępowaniem władz rosyjskich czytelników polskich może być wyjaśnieniem informacja, iż takie bicie dyplomatów wynika z tradycji bolszewicko-sowieckiej, co odczuli na własnej skórze również dyplomaci II Rzeczypospolitej. Po bójce w Sejmie pomiędzy posłami komunistycznymi i socjalistycznymi, w której liczniejsi PPS-owcy dali wycisk komunistom, oburzony tow. Lenin radził towarzyszom z KPRP, aby w odwecie pobili samego Ignacego Daszyńskiego, w owym czasie już starszego pana. Komunistom polskim starczyło oleju w głowie, by z tych rad nie skorzystać w trosce o swą i tak mocno popsutą wśród Polaków reputację. Prezydent Putin od tradycji bolszewickich się odcina, pozwala na krytykę Lenina i bolszewików w telewizji (ostatnio nawet nadał obywatelstwo rosyjskie mieszkającej we Francji córce białego generała Antona Dienikina), ale z niektórych bolszewickich doświadczeń chętnie korzysta. Możliwe, że miał też nadzieję na polski odwet za pobicie i eskalację konfliktu. Najwyraźniej ma słabe pojęcie o Polakach jako narodzie cywilizowanym, jak na Europejczyków przystało.
Co w tym przypadku dziwi, to słaby oddźwięk bicia polskich dyplomatów wśród naszych europejskich sojuszników, tradycyjnie pozostawiających nas sam na sam w konflikcie z Rosjanami. Jest to dobry sprawdzian prawdziwej wartości sloganów o solidarności państw członkowskich Unii Europejskiej i NATO. Wystarczy sobie wyobrazić, co by się stało, gdyby takie manto otrzymali w Moskwie dyplomaci izraelscy. Jaki wówczas byłby wrzask na świecie! Putin ma słabe rozeznanie spraw polskich, ale niestety bardzo dobre stosunków w Europie i w świecie.

Obawa przed rewolucją

Jako się rzekło, nie dziwi mnie atak prezydenta Łukaszenki na niezależne od niego nowe władze Związku Polaków na Białorusi. Prezydent Łukaszenka jako dyktator podtrzymywany jedynie przez Moskwę, która go już kilkakrotnie ratowała mimo różnych z nim rozbieżności w sprawie podziału dóbr doczesnych, obawia się kolejnej kolorowej rewolucji, tym razem w Mińsku. Wielu jego przyjaciół czy znajomych straciło ostatnio swoje stołki i urzędy dzięki wspieranym przez USA rewolucjom młodzieżowym - w Serbii, Gruzji, Ukrainie i Kirgizji. Prezydent Slobodan Miloszević trafił nawet na ławę oskarżonych w Hadze. W warunkach europejskich Łukaszenka nie bardzo może sobie pozwolić na tak krwawe stłumienie buntu swych poddanych, jak inny podopieczny Kremla - prezydent Islam Karimow z Uzbekistanu. W warunkach Białorusi takiej liczby trupów nie udałoby się tak łatwo schować pod dywan przed europejskimi oczami. W odróżnieniu od Łukaszenki Karimow może się w dodatku się tłumaczyć, iż tłumi w obronie laickiego charakteru państwa zbrojny bunt islamskich fundamentalistów. Wiadomo powszechnie, że na Białorusi ani Kościół prawosławny, ani Kościół katolicki nie zagrażają jego władzy. Natomiast niezależność nowego kierownictwa Związku Polaków na Białorusi może budzić jego niepokój. W 1989 roku też po serii pokojowych przewrotów w Polsce, na Węgrzech, w NRD i w Czechosłowacji, konflikt z węgierską mniejszością w rumuńskim Siedmiogrodzie doprowadził do zbrojnej rewolty przeciwko prezydentowi Nicolae Ceausescu i jego śmierci przed plutonem egzekucyjnym, gdy w obronie ewangelickiego pastora węgierskiego Laszlo Tekésa stanęli tłumnie prawosławni lub zgoła niewierzący Rumuni. Dlatego prezydent Łukaszenka usiłuje poprzez kontrolowane przez siebie środki przekazu przedstawić nielojalnych wobec siebie Polaków jako tych, którzy chcieliby zgotować Białorusinom los Serbów w Bośnii lub w Kosowo. Oczywiście przy wsparciu NATO i USA. I izolować Polaków od Białorusinów.
Są to oczywiste bzdury, które Niemcy nazywają Greuelpropaganda. Polacy, których los w XX wieku był na Białorusi jeszcze gorszy niż los Białorusinów, stają jedynie w obronie swej tożsamości narodowej i kultury. Gdyby prezydent Łukaszenka nie rościł sobie (wzorowanego na stalinowskiej wszechwładzy) prawa do decydowania w każdej sprawie za obywateli, nie byłoby konfliktu z Związkiem Polaków na Białorusi. Tadeusz Kruczkowski po prostu nie nadaje się na prezesa związku, gdyż go kompromitował swym zachowaniem, a nadto sabotował realizację celów statutowych związku. Prezydent Łukaszenka nie może jednak, jak na komunistycznego satrapę przystało, pogodzić się z decyzją wyborców nie uzgodnioną ze sobą, ba!, sprzeczną z jego dyrektywami personalnymi. Stąd konflikt. Gdyby na Białorusi był pluralizm organizacji, mogłyby istnieć i konkurować ze sobą dwa Związki Polaków. Byłby to jednak demoralizujący przykład dla Białorusinów, którzy też na wzór Polaków zaczęliby domagać się prawa do niezależnych od władz organizacji. A prezydent Łukaszenka chce rządzić wszystkim samowładnie i w tym jest szkopuł.
Propaganda łukaszenkowska głosi, że Łukaszenka jest popierany przez większość Białorusinów. Jest to taka sama prawda jak hasło propagandy partyjnej, że kto za Polską, ten za Gomułką. W totalitarnym państwie zawsze jest ein Volk, ein Reich, ein Führer, zaś il Duce ha sempre ragione, czyli wódz ma zawsze rację. Jak było naprawdę, dowiadujemy się po jego obaleniu. Wówczas okazuje się, jak w Niemczech po przegranej wojnie, że nikt Hitlera nie popierał. Podobnie będzie na Białorusi, gdy opozycja niepodległościowa i demokratyczna ostatecznie Łukaszenkę obali. Jest to oczywiście sprawa społeczeństwa białoruskiego, ale naszym obowiązkiem jest udzielenie bratniemu narodowi białoruskiemu takiej solidarnej pomocy, jakiej nam udzielono z Zachodu w czasie stanu wojennego.

Trwa rozpad imperium

W takim działaniu narażamy się na gniew Kremla, ale na to nie ma rady. Od 1918 roku trwa rozpad imperium rosyjskiego, skleconego przemocą przez Piotra I oraz Katarzynę II. Od Rosji wskutek klęski wojennej w I wojnie światowej oraz rewolucji bolszewickiej odłączyły się Polska, Finlandia, Ukraina, Białoruś, kraje bałtyckie oraz kraje zakaukaskie. W 1920 roku Rosji udało się ponownie podbić Białoruś, Ukrainę i kraje zakaukaskie, natomiast jej armia została odparta zbrojnie pod Warszawą i Lwowem. W latach 1939 i 1940 Stalin w zmowie z Hitlerem przyłączył do siebie polskie Kresy Wschodnie, kraje bałtyckie oraz Besarabię, zaś wskutek zbrojnego oporu Finów musiał się zadowolić ograniczonymi zdobyczami terytorialnymi koło Leningradu. W 1945 roku jego wojsko dotarło do Łaby i tak powstał obóz ze Związkiem Rad na czele, lecz status kapitalistycznej i demokratycznej Finlandii budził zawiść Stefana Kisielewskiego i Jacka Kuronia. W 1989 roku prezydent Michaił Gorbaczow musiał pogodzić się z utratą europejskich krajów demokracji ludowej wskutek reakcji łańcuchowej wywołanej rewolucją "Solidarności". W 1991 roku tenże Gorbaczow musiał dodatkowo pogodzić się z rozpadem Związku Rad na suwerenne republiki. W owym czasie prawdziwie suwerenne stały się jedynie republiki bałtyckie, których niepodległość niezmiennie popierały Stany Zjednoczone. Obecnie nadszedł czas nowej serii rewolucji przynoszących niepodległość od Moskwy oraz demokrację wewnętrzną takim krajom, jak Gruzja, Ukraina, Mołdawia i Kirgizja. Układ sił w obozie post-sowieckim zmieniła rewolucja pomarańczowa na Ukrainie. Stało się to m.in. dzięki zaangażowaniu Polaków w pokojowy przebieg zmian w Kijowie, wskutek czego Polska naraziła się na gniew prezydenta Putina. Spotykają nas za to różne afronty, a ostatnio bicie naszych dyplomatów. Jest to jednak objaw bezsilnej złości, gdyż Polska należąca (mimo oporów ze strony Rosji) do NATO nie musi się już obawiać rosyjskich czołgów.
Procesy emancypacyjne w obozie post-sowieckim jednak trwają nadal, czego dowodem jest nowa konferencja jałtańska pod przewodem prezydenta Wiktora Juszczenki przy udziale absolwenta uczelni kijowskiej, prezydenta Gruzji Micheila Saakaświlego oraz prezydentów Litwy i Polski. Zadeklarowali oni wolę rozwijania demokracji na przestrzeni od Morza Kaspijskiego do Bałtyckiego. Oznacza to dalsze emancypowanie się Ukrainy od Moskwy. Koszty tego zapłacimy my.

Antoni Zambrowski
artykuły najnowsze | wywiady z autorem | o autorze | felietony TV | o mojej książce |