PUBLICYSTYKA ANTONIEGO ZAMBROWSKIEGO

Nie byłem komandosem

(28,09,2005 źródło Asme)

W sobotniej "Rzeczypospolitej" z dnia 24-25 września br. ukazała się notatka następującej treści: "Komandos bez odszkodowania Antoni Zambrowski, uczestnik wydarzeń marcowych 1968 r. z grupy tzw. komandosów, działacz "Solidarności" i dziennikarz, nie dostanie odszkodowania za pobyt w więzieniu. Sąd Apelacyjny podtrzymał wyrok pierwszej instancji, uznający, że roszczenia Zambrowskiego już się przedawniły. W 1968 roku Zambrowski został skazany na dwa lata więzienia, odsiedział półtora roku. W 1991 roku Sąd Najwyższy uchylił ten wyrok i uniewinnił go". Notatkę podpisano "j.o.", co oznacza red. Jana Ordyńskiego.
Najpierw kilka słów ad meritum. Oczywiście ani komandosem, ani tzw. komandosem nie byłem. Przypomnę, że termin "komandosi Kuronia i Modzelewskiego" dotyczył grupy studentów Uniwersytetu Warszawskiego pod wodzą ówczesnego studenta Adama Michnika, którzy podejmowali "desanty" na zebrania ZMS i tam inicjowali dyskusje na tematy, które władze partyjne wolałyby unikać. Dowcipne to określenie pochodzi z ust ówczesnego I sekretarza Komitetu Uczelnianego PZPR Andrzeja Jezierskiego, skądinąd mego kolegi z Wydziału Ekonomii UW. Nie byłem członkiem tej nieformalnej grupy z kilku powodów. Po pierwsze, byłem pracownikiem naukowym - starszym asystentem w Katedrze Ekonomii Politycznej II, z ZMS wystąpiłem jeszcze po zamknięciu tygodnika "Po prostu" w 1957 roku, ponadto z Jackiem Kuroniem i Karolem Modzelewskim dzieliły mnie różnice ideowe. Oni w swym Liście Otwartym głosili potrzebę rewolucji proletariackiej przeciwko nowej klasie wyzyskiwaczy w postaci Centralnej Biurokracji Politycznej, co uniemożliwiało legalną działalność opozycyjną. Podczas obchodów Millenium chrześcijaństwa w Polsce, pod wpływem listu biskupów polskich do biskupów niemieckich, który słyszałem na falach RWE, wystąpiłem z krytyką polityki kierownictwa Partii z Władysławem Gomułką na czele wobec Kościoła katolickiego na otwartym zebraniu partyjnym na naszym wydziale. Uprzedzałem towarzyszy, że wojna z Kościołem w katolickim kraju - to dla Partii ewidentne samobójstwo. Użyłem słowa Kulturkampf, które aż się prosiło w ówczesnej sytuacji. Za swą postawę zostałem wyrzucony z Partii i w ślad za tym z pracy na uczelni. Było to w roku 1966. Wtedy też zainicjowałem wraz z kolegami podjęcie prac konkurencyjnego wobec "komandosów" kółka dyskusyjnego, grupującego krytycznych względem Listu Otwartego opozycjonistów (pracowników naukowych i studentów z uniwersytetów łódzkiego i warszawskiego). Zarzucaliśmy Kuroniowi i Modzelewskiemu ignorowanie sprawy niepodległości Polski oraz praw Kościoła katolickiego, a nadto odrzucaliśmy kurs na rewolucję, postulując stopniowe reformowanie państwa krok po kroku pod wpływem presji społecznej. W czasie wydarzeń marcowych 1968 roku zostałem aresztowany i osadzony w areszcie śledczym w więzieniu mokotowskim pod fałszywym zarzutem przewodzenia Ruchowi 8 marca u boku Kuronia i Michnika. Chodziło o stworzenie pozoru, iż Ruch 8 marca był sterowany przez tzw. bankrutów politycznych z moim ojcem Romanem Zambrowskim na czele. Gdy część "komandosów" złamała się w śledztwie (szczególnie student Jan Tomasz Gross), wyszło na jaw, że nie miałem nic wspólnego z protestacyjnym ruchem studenckim. Wobec tego na wniosek mego dawnego kolegi Bernarda (dziś Bolesława) Tejkowskiego SB oskarżyła mnie o szkalowanie narodu polskiego i w ogóle Słowian w słowach "nową przypowieść Polak sobie kupi, że i przed szkodą i po szkodzie głupi". Mimo tłumaczenia, iż słowa te pochodzą ze znanej pieśni Jana Kochanowskiego z Czarnolasu, otrzymałem dwa lata z art. 28. mkk jako autor tych słów. Ponadto zostałem skazany za "szkalowanie państwa polskiego", czyli PRL przez użycie słowa "Kulturkampf" w mych dokumentach partyjnych z roku 1966, m.in. w Oświadczeniu dla Warszawskiej Komisji Kontroli Partyjnej, które ukazało się na łamach "Kultury" paryskiej oraz zostało odczytane na falach RWE. Sprawa w Sądzie Wojewódzkim (przew. SSW Alojzy Derkacz) odbyła się w lutym 1969 roku, później Sąd Najwyższy (przew. SSN R. Kryże) ten wyrok zatwierdził. Odsiedziałem go na Mokotowie i w więzieniu w Barczewie, wychodząc stamtąd na mocy amnestii w lipcu 1969 roku.
Ponieważ miałem wspólny z "komandosami" akt oskarżenia i władze początkowo projektowały proces-gigant w sprawie Karola Modzelewskiego i innych, zostaliśmy wspólnie zrehabilitowani na wniosek Prokuratury Generalnej przez Sąd Najwyższy w roku 1991.W ubiegłym roku Stanisław Michalkiewicz powiedział mi, że mój przyjaciel z Barczewa Janusz Szpotański uzyskał odszkodowanie za pobyt w więzieniu dzięki pomocy prawnej mec. Stanisława Szczuki. Poprosiłem więc pana mecenasa o pomoc prawną w mej sprawie. W pierwszej instancji atoli sprawę przegraliśmy ze względu na przedawnienie mych roszczeń. W sądzie apelacyjnym tłumaczyłem, że nie mogłem wystąpić o odszkodowanie we właściwym czasie, gdyż środowisko "Gazety Wyborczej" szerzyło terror moralny wobec ludzi ubiegających się o odszkodowanie od III RP za przewinienia PRL. Przykładem była nagonka "GW" przeciwko działaczowi łódzkiej "S" Andrzejowi Słowikowi. (Dodajmy, że środowisku "GW" i Unii Wolności łatwo było zrezygnować z odszkodowania, gdyż zdołało się ono uwłaszczyć w III RP i nie potrzebuje pieniędzy na wiązanie końca z końcem, jak zwykli śmiertelnicy.) Odważyłem się wystąpić o odszkodowanie dopiero, gdy dowiedziałem się, że Januszowi Szpotańskiemu udało się uzyskać odszkodowanie za więzienie bez nagonki ze strony "GW". Wyrok sądu apelacyjnego i jego uzasadnienie świadczy, że sędziowie zignorowali moje tłumaczenie.
Obok informacji o mojej sprawie na łamach dziennika "Rzeczpospolita" znajduje się notatka o amnestionowaniu przez sąd w Lublinie esbeka, który w roku 1978 (za tow. Edwarda Gierka) bezprawnie uwięził i pobił znanego działacza chłopskiego Janusza Rożka. Mimo że zbrodnie komunistyczne w III RP nie podlegają przedawnieniu, sąd powołał się na amnestię z roku 1989. Odnoszę wrażenie, że bez dekomunizacji wymiaru sprawiedliwości w Polsce nie doczekamy się sprawiedliwości dla zwyczajnych Polaków, zwłaszcza uwikłanych w walkę z "komuną".

Teraz pro domo sua. Do Janka Ordyńskiego - dziennikarza "Rzeczypospolitej" zadzwoniła moja żona mimo mych próśb, by tego nie robiła. Wiedziałem, że na dziennik "Rzeczpospolita" nie mogę liczyć. Z Jankiem Ordyńskim zaprzyjaźniłem się na procesie milicyjnych morderców Grzesia Przemyka i nie chciałem wystawiać go na ryzyko konfliktu z kierownictwem własnej redakcji. Żona była jednak pod wrażeniem akcji Ani Walentynowiczowej w podobnej sprawie, nie chciała natomiast brać pod uwagę różnicy w statusie społecznym pani Ani - współzałożycielki Wolnych Związków Zawodowych Wybrzeża oraz przywódczyni sierpniowego strajku w Trójmieście a mną - skromnym dziennikarzem na emeryturze. Żona poznała mnie przed laty jako sławnego w jej gronie działacza opozycyjnego, uczestnika pikietowania sklepów monopolowych w sierpniu 1985 i 1986 roku. Dziś nikt o tym nie pamięta, gdyż przez lata byłem spychany na margines przez środowisko dawnych "komandosów", a dziś "Gazety Wyborczej" i Unii Wolności (obecnie "demokraci.pl"). Wystarczy przypomnieć, że w kwietniu 1980 roku, gdy jako uczestnik Akcji Wiernych "Chrystus w środkach przekazu społecznego" zbierającego podpisy o mszę w Polskim Radiu i TVP zostałem wraz z mym przyjacielem Grzegorzem Liese zatrzymany po mszy katyńskiej w kościele pw. Św. Krzyża przez SB, w komunikacie KOR podano w informacjach o represjach SB jedynie nazwisko Grzesia. Ja z tego incydentu "wyparowałem". I tak to trwa do dnia dzisiejszego. Jestem - jako się rzekło - zwalczany przez nich od dziesięcioleci, więc mam mało do powiedzenia w mediach i z góry stawałem na pozycji przegranej wobec wymiaru sprawiedliwości III RP. Całą sławę bojowników zgarnęło środowisko Jacka Kuronia, nagrodzonego przez prezydenta Kwaśniewskiego Orderem Orła Białego, choć walczył o "finlandyzację" PRL. Jest również problem szerszy - sprawa klepiących dziś biedę dawnych działaczy "S". Imię im Legion.
Tymczasem środowisko "komandosów", które się uwłaszczyło i dziś samo się zamieniło w "nową klasę" społeczną Centralnej Biurokracji Politycznej - nie chce pamiętać o klepiących biedę tysiącach dawnych bojowników "S". Oni wolą bronić dawnych komunistów, esbeków oraz TW. I w tym jest szkopuł. Naszą nadzieją pozostaje nowy skład Sejmu i Senatu, który może uchwalić odpowiednią ustawę zrównującą (na wzór jednego z 21 postulatów sierpniowych) emerytury dawnych działaczy opozycyjnych z emeryturami prześladujących ich esbeków, prokuratorów oraz sędziów reżymowych. Koszta tej operacji powinni pokryć uwłaszczeni po "okrągłym stole" postkomuniści i ich sojusznicy.

Antoni Zambrowski
artykuły najnowsze | wywiady z autorem | o autorze | felietony TV | o mojej książce |