PUBLICYSTYKA ANTONIEGO ZAMBROWSKIEGO

Niczym rozmowa głuchych

(9,06,2005 źródło Asme)

W magazynie "Duży Format" nr 19 stanowiącym dodatek do poniedziałkowej "Gazety Wyborczej" z dnia 23 maja br. prof. Michał Głowiński udzielił wywiadu znanej dziennikarce Teresie Torańskiej. Wywiad zatytułowany został przez redakcję "Polskie gadanie", co jest niezbyt taktowną parafrazą tytułu jego głośnej pracy o propagandzie Marca 1968 pt. "Marcowe gadanie" i poświęcony jest tradycyjnemu polskiemu antysemityzmowi. Mógłby się w innej gazecie nazywać "żydowskim gadaniem", tak bowiem typową i zarazem niemądrą jest owa wypowiedź znanego polskiego intelektualisty żydowskiego pochodzenia. Teresa Torańska jest mistrzynią takich wywiadów, w których jej rozmówcy otwierają się jak na seansie u psychoanalityka i zapominają w publicznej rozmowie o zbawiennej samokontroli. I momentami na kompletnym luzie plotą czytelnikom duby smalone, budzące u ludzi miast współczucia ostrą niechęć i nawet agresję. Na seansie u psychoanalityka taka wypowiedź ma swój zbawienny i leczniczy sens, gdyż pozwala wyartykułować to, co pacjentowi w duszy gra. W publicznym wywiadzie chodzi atoli o uczucia czytelnika (mam na myśli czytelnika polskiego), o czym prof. Głowiński w swym zapamiętaniu zupełnie zapomina.
Zacznijmy od środka, czyli od wypowiedzi prof. Głowińskiego porównującego status Polonii amerykańskiej w USA ze statusem polskich Żydów na ziemi polskiej. Mówi do Teresy Torańskiej: "W Ameryce by do głowy nikomu nie przyszło, by o Polonii amerykańskiej mówić jako o gościach Stanów Zjednoczonych. Tam oni są pełnoprawnymi obywatelami". Natomiast w Polsce mówi się o polskiej gościnności wobec Żydów: "Dostojnicy kościelni też go (tzn. tego języka) używają. To jest zbitka językowa wypływająca z podświadomego prawdopodobnie przekonania, że Żydzi jednak na ziemi polskiej nie do końca są swoi, że przynajmniej trochę są obcy. I z podświadomej być może chęci, by zaakcentować tradycję tolerancji zapoczątkowaną przez królów polskich, którzy Żydom wygnanym z zachodniej Europy udzielili gościny". Prof. Głowiński mógłby przy swym wyrobieniu intelektualnym sam odróżniać kraj o ludności autochtonicznej od kraju emigrantów, w którym autochtoni pędzą smutny żywot w rezerwatach dla Indian. Na szczęście dla nas wszystkich, u nas w Polsce Polacy mają status gospodarzy na całej polskiej ziemi, a nie jak w USA tylko w rezerwatach dla autochtonów. Jeśli ta sytuacja mimo całej jej naturalności razi prof. Głowińskiego do tego stopnia, że ją publicznie artykułuje, to powinien zauważyć, że w innych krajach status Żydów bywa gorszy. W zbiorze nowel Jeana Paula Sartre'a "Mur" wyczytałem w swoim czasie odzywkę młodego francuskiego antysemity do frankojęzycznego potomka żydowskich emigrantów, aby wracał do "swojej Polski". Jak wiemy, Francja była krajem głośnego procesu kapitana Alfreda Dreyfussa, francuskiego patrioty, skazanego niewinnie za szpiegostwo tylko dlatego, że był Żydem z pochodzenia. Opowiadał mi podczas moich studiów w Moskwie rumuński student Sergiu Goldner jak za czasów marszałka Iony Antonescu odpowiadał na lekcji historii w szkole na pytanie o pochodzeniu Rumunów. Odpowiedział zgodnie z tekstem w podręczniku historii: "Nasi przodkowie Dacy i Rzymianie", na co usłyszał przy całej klasie z ust nauczyciela: "Ty pochodzisz nie od Daków oraz Rzymian, lecz z brudnej żydowskiej p...dy". A warto wiedzieć, że Rumuni mają wyższe od Polaków notowania we wdzięcznej żydowskiej pamięci, o czym ku swemu zdumieniu dowiedziałem się z książki polsko-żydowskiego dziennikarza z Izraela, p. Aleksandra Klugmana, wydanej w Polsce pod tytułem "Psia krew, znowu Żydzi" (Zrecenzowałem ją nader krytycznie na łamach tygodnika katolickiego "Ład" pod tytułem "Psia mać, znów o polskim antysemityzmie"). Ów dziennikarz podnosił zasługi względem Żydów w II wojnie światowej takich krajów jak Rumunia i Węgry, co musi budzić w Polsce zdumienie, gdyż byli to sojusznicy państw Osi. Dzięki temu ich władze miały większe pole manewru w ratowaniu swoich żydowskich współobywateli niż Polacy wyzuci ze wszystkich praw w okupowanym przez Niemców kraju. Poza tym p. Aleksander Klugman przeoczył zbrodnie wojsk węgierskich w styczniu 1942 roku w Nowym Sadzie w Wojewodinie na ludności serbskiej i żydowskiej oraz rzeź ludności żydowskiej w Besarabii w lecie 1941 roku, dokonaną przez wojsko rumuńskie wkraczające tam u boku hitlerowskiego Wehrmachtu. Cały swój impet polemiczny p. Klugman w swej książce skierował przeciwko polskiemu antysemityzmowi, jak gdyby tej przywary nie postrzegał u innych narodów. Jednocześnie powtórzył w swej książce popularne zapewne wśród izraelskich Żydów powiedzenie, które dla mnie trąci nonsensem, iż II wojna światowa - to była walka Żydów przeciwko całemu światu o przetrwanie. Odpowiedziałem mu na to, iż bliższa moim zdaniem prawdy była by teza, że II wojna światowa - to była walka całego świata z III Rzeszą Adolfa Hitlera o uratowanie Żydów od zagłady.
Odwołuję się do tamtej polemiki sprzed lat, gdyż podobne wątki napotykam w rozumowaniu prof. Michała Głowińskiego. Rozpatruje on stosunki polsko-żydowskie w oderwaniu od aspektów międzynarodowych, jak gdyby konflikt polsko-żydowski był jedyny na tym Bożym świecie. Tymczasem poza jego refleksją jest bezsporny i dla niego fakt, że zagłada Żydów polskich rozpoczęła się wraz z upadkiem II Rzeczypospolitej i nadejściem okupacji niemieckiej. W II RP mimo wszystkie jej niedociągnięcia Żydzi mieli swoje własne życie narodowe: swoje partie polityczne i organizacje kulturalne, własne kluby sportowe, własne teatry i kina, a nawet własny kinematograf w języku żydowskim. Podobnie, choć nie w tym samym stopniu, było zresztą z innymi mniejszościami narodowymi, zwłaszcza z Ukraińcami. Pomysł, aby "swój kupował u swego" zrodził się nie wśród Polaków przeciwko Żydom, lecz wśród Ukraińców przeciwko Polakom na Kresach Wschodnich, gdzie istniała znakomita ukraińska spółdzielczość spożywców. Wcześniej Polacy toczyli boje w Wielkopolsce o polski stan posiadania majątkowego z niemieckim zaborcą, zorganizowanym w Hakatę, których symbolem stał się wóz Drzymały. To rodziło analogiczne postawy wobec tradycyjnej żydowskiej dominacji w handlu. Opowiadała mi zresztą pewna znajoma pani, z której synem przyjaźni się Teresa Torańska, jak przed wojną prowadziła sklep i zwróciła się do żydowskiej hurtowni o rabat przy dostawach towaru do jej sklepu. Żydowski kupiec odpowiedział jej - Polce i katoliczce, iż rabatu udziela jedynie Żydom. Więc niewykluczone, że hasło narodowców "swój do swego po swoje" było odpowiedzią na tego rodzaju dyskryminacyjne praktyki handlowe. Ale żydowski intelektualista z góry zakłada, iż wina leży zawsze po stronie Polaków.
Czasy przedwojenne opisuje prof. Głowiński nader bałamutnie, gdyż na podstawie jednostronnych relacji. Akcentuje więc uwagę na walce radykalnych narodowców przeciwko Polakom żydowskiego pochodzenia wnoszącym swój cenny wkład w kulturę polską. O atakach na historyka prof. Szymona Askenazego, na poetów Juliana Tuwima i Antoniego Słonimskiego (nb. katolika od urodzenia) czy też Bolesława Leśmiana. A przecież w II RP to nie była gra do jednej bramki, jak w hitlerowskiej III Rzeszy lub w stalinowskim Związku Rad. Zarówno Julian Tuwim, jak i Antoni Słonimski umieli odpowiedzieć swym endeckim adwersarzom. Zapomina też prof. Głowiński dodać, że rasizm był prądem nowym, sprzecznym z polską tradycją zachęcania Żydów do asymilacji i przyszedł do Polski z Francji i Niemiec. Były zresztą rzeczy gorsze od krytyki werbalnej, jak spoliczkowanie przez narodowców księdza Tadeusza Pudra podczas mszy prymicyjnej! Wbrew twierdzeniom prof. Głowińskiego, antysemityzm nie cieszył się jednak poparciem ze strony hierarchii Kościoła katolickiego i ówczesny Prymas ksiądz August kardynał Hlond podejmował wysiłki, aby uwolnić Kościół od tradycyjnych wpływów Obozu Narodowego. Sługa Boży ksiądz Władysław Korniłowicz z Lasek (ten sam, który spowiadał przed śmiercią marszałka Józefa Piłsudskiego) słynął z nawrócenia na katolicyzm wielu polonizujących się Żydów, zaś ksiądz Jan Zieja na polecenie swych zwierzchników podjął nawet studia judaistyczne, aby nieść światło wiary chrześcijańskiej w szerokie rzesze etnicznych Żydów polskich. (Ksiądz Jan Zieja wspominał, że jego biskup w Pińsku, ks. bp. Zygmunt Łoziński miał w zwyczaju przemawiać po hebrajsku do miejscowych Żydów obserwujących procesję Bożego Ciała). Antysemityzm - oręż ONR i Falangi nie był więc dominującą postawą w polskim społeczeństwie w II Rzeczypospolitej. Opowiadała mi pani Dora Kacnelson - znana polonistka z Drohobycza, że jako nastolatka zwiedzała ze swym kuzynem, studentem Uniwersytetu Stefana Batorego w Wilnie jego uczelnię. Widziała grupę studentów Żydów stojących podczas wykładu, aby nie korzystać z getta ławkowego, oraz asystujących im w tym solidarnie studentów polskich, w tym grupę polskich zakonnic w habitach. Władze sanacyjne wręcz popierały ruch syjonistyczny, zdając sobie sprawę, iż podłożem konfliktów etnicznych i religijnych są trudności gospodarcze, przede wszystkim bezrobocie.
Równie bałamutnie opowiada prof. Głowiński dzieje PRL, które w odróżnieniu od II RP zna zdawałoby się z autopsji. Duby smalone wygaduje wskutek zwykłej ignorancji o internacjonalizmie komunistów. Jak można mówić o braku patriotyzmu u takich komunistów, którzy najpierw stali na czele ruchu oporu przeciwko hitlerowskim Niemcom, zaś później przeciwko hegemonizmowi Stalina, jak marszałek Josip Broz "Tito", przywódca greckiej ELAS gen. Markos czy nawet przywódca komunistów rumuńskich Gheorghe Gheorghiu "Dej", który doprowadził do wycofania wojsk sowieckich z terytorium Rumunii. Władysław Gomułka w październiku 1956 roku nie ugiął się przed naciskiem Nikity Chruszczowa, wspartym ruchami sowieckich kolumn pancernych, zaś komunistyczny premier Węgier Imre Nagy oraz minister obrony pułkownik Pal Maleter woleli sowiecki stryczek od zdrady narodowej (Jeśli gen. Wojciech Jaruzelski zachował się inaczej, to dlatego, że był pospolitym tchórzem). Przewodniczący Mao Zedong czy prezydent Ho Chi Minh stali na czele ruchów narodowo-wyzwoleńczych w Azji. Co więcej, przywódca bułgarskich komunistów Todor Żiwkow zhańbił się akcją bułgaryzacji nazwisk tureckiej mniejszości narodowej. Prof. Głowiński generalizuje po prostu postawę komunizujących Żydów, którzy w imię internacjonalizmu akceptowali asymilację. Nie oznaczało to wszelako braku patriotyzmu, przynajmniej u chlubnych wyjątków. Przywódca komunistów polskich w Rosji w latach wojny Alfred Lampe w swych artykułach w "Nowych Widnokręgach" uczył nawet polskiego patriotyzmu szerokie rzesze polskich komunistów, zagubionych ideowo w kolejnych zwrotach taktycznych Stalina. W tej sprawie prof. Głowiński demonstruje po prostu swą niewiedzę.
Niestety, prof. Głowiński rozpatruje losy polskich Żydów w PRL w oderwaniu od meandrów polityki na Kremlu. PRL nie była państwem suwerennym i politykę wobec mniejszości żydowskiej wytyczano w Moskwie, a nie w Warszawie. A na Kremlu tradycyjnie nie liczono się z cierpieniem ludzi oraz ludzkimi ofiarami. Prof. Głowiński zapomina, że organizator pogromu w Kielcach, tow. Władysław Spychaj-Sobczyński był nieco wcześniej jako szef UBP organizatorem mniej krwawych i przez to mniej głośnych pogromów w Rzeszowie i Krakowie w roku 1945. Ta prowokacja w większym stopniu godziła w Polskę, niż w Żydów, choć to oni w większości padli jej ofiarą. Stalin wtedy popierał syjonistów w Palestynie przeciwko brytyjskiemu imperializmowi na Bliskim Wschodzie i Polska Ludowa była ważnym ogniwem w tej jego polityce. Później przeżył zawód, gdy socjaliści izraelscy woleli jako swego opiekuna USA, a nie Związek Rad. Oliwy do ognia dolali nierozumni rosyjscy Litwacy, hucznie witając w Moskwie ambasadorkę Izraela, panią Goldę Meir. W dodatku działacze żydowskiego Komitetu Antyfaszystowskiego wystąpili z pomysłem przekazania Żydom Krymu, z którego Stalin wcześniej wysiedlił Tatarów. Była to jednocześnie i podłość, i samobójcza głupota, gdyż Stalin ocenił to jako przygotowanie terenu pod amerykański przyczółek w ZSRR. Skutkiem tych pomysłów był pogrom Antyfaszystowskiego Komitetu Żydowskiego, tragiczna śmierć znanego aktora żydowskiego Samuela Michoelsa, kampania propagandowa przeciwko żydowskim kosmopolitom oraz oskarżenie przeciwko żydowskim lekarzom lecznicy kremlowskiej. Nagła śmierć Stalina 5 marca 1953 roku uratowała sowieckich Żydów przed realizacją planu wysiedlenia ich na Daleki Wschód - do obozów internowania. W tym celu Stalin polecił sekretarzowi KPZR w Moskwie Nikicie Chruszczowowi przygotowanie bojówek do przeprowadzenia "spontanicznych" pogromów żydowskich, zaś grupie prominentnych Żydów - wystąpienie ze zbiorowym listem do dziennika "Prawda" z apelem do tegoż tow. Stalina o zapobiegawcze wysiedlenie wszystkich Żydów na Daleki Wschód. Plany Stalina nie musiały się ograniczać wyłącznie do Żydów sowieckich. Już procesy pokazowe Laszlo Rajka na Węgrzech, a zwłaszcza Rudolfa Slansky'ego oraz Marii Szwermowej w Czechosłowacji miały otwarty posmak antysemicki i rasistowski dzięki ingerencji Kremla w przygotowanie tych procesów. Podobne zjawiska na mniejszą skalę miały również miejsce w Polsce Ludowej. Mimo widocznej dominacji żywiołów żydowskich w MBP, ofiarą X Departamentu ministerstwa padli oskarżeni o wysługiwanie się syjonistom Anna Duraczowa - sekretarka Jakuba Bermana, bohater walk w Hiszpanii, gen. Wacław Komar, pułkownik Jan Leder, więziony wiele lat w śledztwie weteran ruchu komunistycznego Leon Ferszt, zmarły wkrótce po wyjściu z więzienia, zaś pułkownika Leona Gecowa, piszącego pod pseudonimem Paweł Konrad, zatłuczono w śledztwie na śmierć. Jest to prawdopodobnie tylko wierzchołek góry lodowej, gdyż propaganda komunistyczna i sam tow. Nikita Chruszczow chętniej nagłaśniali odpowiedzialność żydowską za zbrodnie okresu stalinowskiego, niż żydowskie cierpienia w tym okresie. Można wątpić więc, czy Bolesław Bierut odmówił by wykonania poleceń Stalina w tym względzie. Gdyby zatem nie śmierć Stalina, prof. Michał Głowiński zetknąłby się z komunistycznym antysemityzmem o podłożu rasistowskim nie w 1968 roku, lecz znacznie wcześniej, bo w marcu 1953 roku. I w znacznie bardziej dramatycznej postaci.
Prof. Głowiński rozpatruje kampanię antysemicką w Polsce w 1968 roku w oderwaniu od międzynarodowej polityki Kremla, jak gdyby ówczesna antysemicka polityka PZPR miała polskie źródła. Tymczasem ze wspomnień tow. Piotra Kostikowa - ówczesnego szefa sektora polskiego w wydziale zagranicznym KC KPZR wiemy, że cała ta kampania odbywała się z inicjatywy Leonida Brieżniewa, wobec którego Władysław Gomułka osobiście złożył zobowiązanie, że nie pozwoli na działanie żydowskiej V kolumny w PRL. Te słowa o V kolumnie Gomułka powtórzył następnie w swym przemówieniu na Kongresie Związków Zawodowych. Gen. Mieczysław Moczar, który naprawdę nazywał się Nikołaj Tichonowicz Diomko, był sowieckim agentem wpływu we władzach PRL i protegowanym szowinistycznie nastawionych kolejnych szefów KGB Aleksandra Szelepina i Władimira Semiczastnego. Wraz z gen. Wojciechem Jaruzelskim odegrał on rolę wykonawcy zleconej przez Kreml czystki antysemickiej najpierw w LWP, a następnie w aparacie partyjnym i państwowym, w gruncie rzeczy służącej jako zasłona dymna czystki Polaków źle notowanych w Moskwie. Jej ofiarą padło wielu Polaków bez widocznych więzi z narodem wybranym, jak gen. Tadeusz Bończa-Pióro, oskarżony bezpodstawnie o to, że ukrył rzekomo przed Partią swe prawdziwe żydowskie nazwisko Feder. Pod naciskiem partyjnych antysemitów Gomułka musiał zabrać z wojska nawet swego przyjaciela marszałka Mariana Spychalskiego, okrzyczanego (zupełnie bezpodstawnie) "Mońkiem". Zwolniono w ten sposób stanowisko dla protegowanego przez Moskwę gen. Wojciecha Jaruzelskiego. W kampanii antysemickiej czynny udział brały osoby wyróżniające się w roku 1966 równie czynnym udziałem w kampanii nienawiści wobec Episkopatu Kościoła katolickiego, oskarżanego o zdradę narodową za utrzymany w duchu Ewangelii list do biskupów niemieckich. Światowej sławy ekonomista polski (żydowskiego pochodzenia), prof. Michał Kalecki dobrze ujął istotę owych kampanii nienawiści, stwierdzając z przekąsem: "nasz rząd jest jak Neron - prześladuje pospołu chrześcijan i Żydów". Obawiam się, że cała ta wiedza o manipulacjach marcowych pozostaje poza świadomością prof. Michała Głowińskiego.
Prof. Głowiński jest pełen rezerwy wobec prawicy przywiązanej do wartości chrześcijańskich, zapominając, że to dzięki jej zwycięstwu nad komunizmem może dziś bez żadnych obaw przyznawać się do swych żydowskich korzeni. Wszystko to zawdzięcza on zwycięstwu "Solidarności", wielkiemu masowemu ruchowi chrześcijańskiemu, który pałkom ZOMO przeciwstawiał portrety ojca świętego Jana Pawła II oraz obrazy Matki Bożej. Dziś dzięki pluralizmowi stronnictw politycznych antysemityzm jest sprawą prywatnych poglądów poszczególnych osób, np. posła Zygmunta Wrzodaka czy też prof. Macieja Giertycha z LPR. Nie ma w III Rzeczypospolitej urzędowego monopolu władzy dla antysemitów, choć wciąż istnieje antysemityzm na lewicy, którego prof. Głowiński programowo nie chce dostrzegać. Przecież to nie krasnoludki w dobie konfliktu pomiędzy premierem Leszkiem Millerem a prezydentem Aleksandrem Kwaśniewskim komentowały, iż jest to nowe wydanie dawnego sporu pomiędzy "Chamami" a "Żydami". To przecież Leszek Miller był ojcem chrzestnym Samoobrony Andrzeja Leppera, której nacjonalizmu powinien się wciąż obawiać prof. Głowiński. Jemu jednak przeszkadzają radykalne poglądy poety Jarosława Marka Rymkiewicza (zwłaszcza jego żal, że nie doszło do publicznego wieszania komunistycznych przestępców), głoszone w nisko nakładowym czasopiśmie "Arkana". Mnie bardziej boli rozgrzeszenie komunistycznych zbrodniarzy generałów Wojciecha Jaruzelskiego oraz Czesława Kiszczaka w wysoko nakładowej "Gazecie Wyborczej".
Mogę zrozumieć, że tłumiona przez dziesięciolecia trauma okupacyjna wciąż daje znać o sobie, ale nie można wszystkich zjawisk świata wciskać w madejowe łoże żydowskiego losu. W XX wieku przed Holokaustem Żydów i Cyganów taki sam los przeżyli w czasie I wojny światowej z ręki wojska tureckiego chrześcijańscy Ormianie oraz Ajsorzy (Asyryjczycy). Ponieważ Ajsorzy i Cyganie nie mają własnego państwa, o ich tragedii narodowej nie ma kto przypominać światu (W tegorocznej wspólnej Encyklopedii PWN i "Gazety Wyborczej" w haśle "Ajsorzy" wykreślono wzmiankę o tureckiej rzezi tego narodu podczas I wojny światowej, która była w poprzedniej encyklopedii PWN z 1995 roku). Prof. Głowińskiemu uczestnicy partyjno-ORMO-wskiej wycieczki autokarowej na dziedziniec uniwersytecki 8 marca 1968 roku kojarzą się z okupacyjnymi szmalcownikami, ponieważ takie były jego okupacyjne przeżycia z dzieciństwa. Tu znowu przemawia przez niego brak odpowiedniego rozeznania. Szmalcownictwem zajmowali się nie tylko Polacy, lecz również Niemcy, a nawet i Żydzi. Wszystko to dla miłego grosza. Czasem w przypadku Żydów dla przedłużenia własnego życia kosztem życia bliźniego w myśl łagiernej zasady "zdechnij dziś, a ja po tobie". Opowiadał mi niegdyś prof. Andrzej Jezierski, jak ze swym wujem, znanym aktorem Janem Kreczmarem oraz jego żoną Justyną Kreczmarową został zatrzymany przez policję granatową z nadania żydowskiego szpicla w Warszawie w lecie 1943 roku. Uratowało ich to, że nie byli obrzezani. Oczywiście takie motywy nie wchodziły w grę, gdy rekrutowano ochotników do rozpędzania studentów na dziedzińcu przed BUW-em 8 marca 1968 r. Wbrew partyjnym legendom, rekrutowano nie robotników, lecz partyjnych urzędników z centralnych urzędów warszawskich. Ochotnicy chcieli zasłużyć się władzy i dzięki temu robić karierę. Tych samych towarzyszy zmobilizowano, gdy na polecenie tow. Stanisława Kociołka organizowano partyjne bojówki przeciwko "klerykałom" w czasie obchodów Millenium chrześcijaństwa w Polsce w czerwcu 1966 roku. Utrudniały one rzeszom wiernych poruszanie się w okolicach katedry św. Jana, gdzie mszę święta odprawiał ksiądz Prymas kardynał Wyszyński, zaś następnie demonstrowały (prawie sami mężczyźni w średnim wieku w płaszczach ortalionowych za dolarowe bony oraz z parasolami i laskami) na ul. Miodowej skandując mu: "Oddaj marki" oraz "Do klasztoru", w którym ks. Prymas był więziony w czasach Bolesława Bieruta. Później tenże tow. Stanisław Kociołek wołał w Sejmie PRL - w czasie dyskusji nad interpelacją katolickich posłów z klubu "Znak" protestujących przeciwko bestialskiemu biciu młodzieży studenckiej, zwłaszcza dziewcząt, przez ZOMO na dziedzińcu uniwersyteckim - o Żydach jako nowym Herrenvolku w PRL. O tym samym tow. Kociołku - już wicepremierze rządu śpiewali z goryczą robotnicy na Wybrzeżu: "Krwawy Kociołek - to kat Trójmiasta". Ci robotnicy obalili ostatecznie komunistyczną dyktaturę i dali prof. Głowińskiemu możliwość publicznego rozważania spraw "polskiego antysemityzmu". Zgodnie z obawami poety Jarosława Marka Rymkiewicza - komunistycznych morderców (i antysemitów w jednej osobie) nie rozliczono za ich zbrodnie do dnia dzisiejszego. Między innymi dzięki wstawiennictwu "Gazety Wyborczej" - tak gorliwie stającej w obronie Żydów przed polskim antysemityzmem.

Antoni Zambrowski
artykuły najnowsze | wywiady z autorem | o autorze | felietony TV | o mojej książce |