PUBLICYSTYKA ANTONIEGO ZAMBROWSKIEGO

Dzień zwycięstwa kłamstwa nad prawdą

(11,05,2005 źródło Asme)

Moskwa, a w ślad za nią cała putinowska Rosja obchodziły 9 maja dzień zwycięstwa Rosji w wielkiej wojnie ojczyźnianej 1941 - 1945. Miał to być dla Rosjan prawdziwy dzień chwały. Rosja okupiła swe zwycięstwo olbrzymimi stratami, ze względu na które za życia Stalina tego dnia nie obchodzono jako święta państwowego (Święto wprowadzili dopiero następcy Stalina, aby podbudować swój autorytet w oczach współobywateli jako byli kombatanci wojny ojczyźnianej). Dzisiejsze pokolenie Rosjan nie odczuwa i nawet nie uświadamia sobie owych straszliwych kosztów zwycięstwa. Większość pokolenia zwycięzców już nie żyje, zaś obecne pokolenie Rosjan żyje w oparach propagandowych kłamstw swego prezydenta. A on głosi chwałę Rosji, nawet swe przemówienie przed defiladą wojskową na placu Czerwonym w Moskwie zakończył okrzykiem: "Sława Rossiji" czyli "chwała Rosji", co jest zwyczajną kalką banderowskiego zawołania "Sława Ukrainie!". Całe przemówienie prezydenta Putina było podporządkowane zadaniu głoszenia chwały Rosji, a zatem jej aktualnego prezydenta. Największą ofiarą tego zadania jest, rzecz jasna, prawda historyczna. Prezydent Władimir Putin dowodził, że najważniejszym zwycięzcą w wojnie z Hitlerem była Armia Czerwona, przemianowana następnie przez jej wodza naczelnego w Armię Sowiecką. Jest to oczywista półprawda, gdyż Rosjanie stanowili jedynie najważniejsze mięso armatnie w wojnie w Europie (W wojnie w Azji najważniejszym mięsem armatnim byli oczywiście Chińczycy, zaś zwycięzcami Amerykanie).
Były prezydent Moskwy Gawriił Popow zabierając ostatnio głos przed mikrofonami rosyjskiej sekcji amerykańskiego Radia Liberty (po rosyjsku Swoboda), powiedział kilka rewelacyjnych prawd o II wojnie światowej. Po pierwsze, Armia Czerwona nie byłaby w stanie ani dnia przetrwać bez dostaw amerykańskich z Land-Lease'u. Rosjanie jeździli amerykańskimi samochodami jeepami i ciężarówkami, jedli amerykańskie konserwy i strzelali wprawdzie własnymi nabojami, ale wykonanymi z amerykańskich surowców. Bez amerykańskiego drutu nie mieliby łączności telefonicznej. Lotnictwo sowieckie było zaopatrywane w uzupełnieniu własnych myśliwców i bombowców w samoloty amerykańskie, zaś wojska pancerne odpowiednio w amerykańskie czołgi. Rosyjscy czołgiści uważali, że czołgi amerykańskie mają słabszy pancerz od czołgów rosyjskich i wzmacniali go, mocując z przodu dodatkowe osłony metalowe, najczęściej zapasowe gąsienice. Ale wskutek niedoborów własnych czołgów T-34 oraz IS-2, chętnie z nich korzystali. Tymczasem sowiecka propaganda od czasów Stalina do czasów dzisiejszych głosi samowystarczalność sowieckiego zaplecza przemysłowego, zbudowanego na Uralu. Jest to jedno z wielu rosyjskich kłamstw propagandowych o tej wojnie.
Gawriił Popow powiedział w tej audycji inną jeszcze rewelację o losach II wojny światowej. Oświadczył on, że sławną bitwę pancerną pod Kurskiem w lecie 1943 roku wygrali nie Sowieci, dowodzeni przez marszałka Konstantego Rokossowskiego, lecz Amerykanie lądujący w tym czasie na Sycylii. Na wieść o tym wydarzeniu Adolf Hitler wycofał swe odwody pancerne przeznaczone dla przełamania sowieckiej obrony, by stawić czoła Amerykanom. Rosyjska (a wcześniej sowiecka) propaganda akcentowała cały czas tezę - ewidentnie kłamliwą, że Rosja samotnie dźwigała ciężar wojny na swych barkach. Oczywiście Rosja zapłaciła za swe zwycięstwo w wojnie z Hitlerem straszliwą ofiarę krwi swych żołnierzy, ale to wynikało z tradycyjnej rosyjskiej taktyki przełamywania oporu nieprzyjaciela górą własnych trupów. Znany rosyjski pisarz Gieorgij Władimow w swej głośnej powieści wojennej "Generał i jego armia" określił to jako taktykę czterech warstw... rosyjskich trupów na atakowanym odcinku. Skutkiem tego był potworny brak mężczyzn w latach powojennych i wyrwa demograficzna, która do dnia dzisiejszego trapi życie społeczne Rosji. Z braku partnerów wiele milionów kobiet rosyjskich pozostało samotnymi w pierwszych dziesięcioleciach powojennych. Natomiast teza propagandowa, że to wyłącznie Rosjanie, względnie Sowieci uratowali świat przed brunatną dżumą, czyli hitleryzmem - jest zwykłą propagandową przesadą. Adolf Hitler porwał się na "ganze Welt", czyli cały świat i w walce z całym światem poniósł totalną klęskę.
Ze względów propagandowych Władimir Putin uznał wkład w zwycięstwo nad hitleryzmem wielkich mocarstw zachodnich oraz niemieckich i włoskich antyfaszystów. Pomijając antyfaszystów niemieckich, którzy ratowali honor narodu, ale byli zbyt słabi, aby wpłynąć na losy wojny, jest to banalna prawda. Mocarstwa zachodnie oraz włoski ruch oporu odegrali ważną rolę w wyzwoleniu Europy w II wojnie światowej. (Włoscy antyfaszyści odnieśli spektakularny sukces, gdyż pod Mediolanem zatrzymali niemiecką kolumnę pancerną, w której schronił się faszystowski duce Benito Mussolini wraz ze swą świtą i kochanką Clarą Petacci. Zmusili oni Niemców do wydania wszystkich chronionych przez siebie Włochów. Partyzanci rozstrzelali ich i powiesili do góry nogami na placu w Mediolanie. Takich sukcesów mogli im pozazdrościć bojownicy ruchów oporu z innych krajów). Ze źle pojętych względów propagandowych pominął natomiast prezydent Putin istotny wkład w zwycięstwo nad Hitlerem innych narodów, które dziś mają mniejszy wpływ na politykę światową niż wielkie mocarstwa. Należą do nich w pierwszym rzędzie Polacy, którzy pierwsi stawili opór zbrojny Hitlerowi i wystawili piąte co do liczebności siły zbrojne na Zachodzie oraz w ZSRR, a nadto Jugosłowianie. Polskę pominął Putin ze względu na kompleks winy, gdyż to Związek Sowiecki zadał cios w plecy 17 września 1939 roku walczącej z nawałą hitlerowską Rzeczypospolitej. (W domu powieszonego nie mówi się o sznurach). A przecież Polacy wystawili na frontach II wojny światowej więcej wojska i partyzantów niż wymienieni z wdzięcznością Francuzi. Podobnie było z Serbami, którzy przez masowe manifestacje obalili paktujących z Hitlerem regentów, sprowokowali przez to najazd Hitlera na Jugosławię i w ten sposób odsunęli termin najazdu niemieckiego na Związek Rad. Być może to zdecydowało o utrzymaniu przez Rosjan Moskwy, gdy niemieckie czołgi najpierw ugrzęzły w jesiennym błocie, a następnie przegrały walkę z rosyjskim mrozem. Partyzantka jugosłowiańska marszałka Tita wiązała duże siły niemieckie i włoskie na Bałkanach, podobnie jak partyzantka grecka gen. Markosa. Gdyby prezydent Putin miał więcej oleju w głowie i był mniej próżny, dodał by jeszcze kilka zdań podzięki europejskim partyzantom, którzy wnieśli duży wkład w zwycięstwo nad Hitlerem. Wielkoruska pycha prezydenta Putina na długą metę wyjdzie chyba Rosji bokiem. Jest to jednak w pierwszym rzędzie problem samych Rosjan, dręczonych pytaniem, dlaczego są tak mało lubiani w świecie.
Dla Polaków problemem podstawowym jest sprawa naszego upokorzenia narodowego z ręki (czy z ust) Putina. Rzecz w tym, że te upokorzenia świadome i nieświadome (czyli wynikające z sowieckiej ignorancji wobec wielu białych, a raczej czarnych plam w wybiórczym nauczaniu historii Rosji w jej stosunkach z innymi narodami, zwłaszcza z Polakami) zostały pogłębione przez fakt obecności na trybunie prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego. Gdyby Polskę reprezentował jedynie sowiecko-rosyjski pachołek Wojciech Jaruzelski, nie byłoby w ogóle sprawy. Wypadło gorzej, gdyż Polskę w Moskwie reprezentował również wybrany głosami większości Polaków prezydent RP. A to już "całkiem insza inszość". Jeśli panu czy też raczej tow. Kwaśniewskiemu wydaje, że jego przyjaciel Putin wygłosił całkiem poprawne politycznie i wyważone w słowach przemówienie, zaś wielu jego wyborców czuje się tym przemówieniem upokorzona, to jest to najlepszy dowód, że Aleksander Kwaśniewski i cała jego formacja ideowa nie nadają się do reprezentowania Polaków. Przywódcy PZPR - byli i pozostali (z drobnymi wyjątkami, które źle zakończyły swe żywoty polityczne) zdrajcami i pachołkami Rosji. I to jest prawda, która się wciąż sprawdza na każdym kroku.
Przed wyjazdem prezydenta Kwaśniewskiego do Moskwy proponowałem w swym apelu, aby zorganizowana prawica urządziła swe własne obchody na Majdanie Niepodległości w Kijowie. Rozesłałem swój apel do wielu gazet, ale przedrukowała go jedynie "Nasza Polska". Mój apel został zignorowany. Gdyby mnie usłuchano, nasze samopoczucie po moskiewskich upokorzeniach byłoby całkiem inne. A tak mamy, co mamy. Bo na pochyłe drzewo, nawet Putin skacze.

Antoni Zambrowski
artykuły najnowsze | wywiady z autorem | o autorze | felietony TV | o mojej książce |