PUBLICYSTYKA ANTONIEGO ZAMBROWSKIEGO

Była to trudna przyjaźń - wspomnienie o Jacku Kuroniu część III

(w 71. rocznicę urodzin twórcy Hufca Walterowskiego oraz Ruchu 8 Marca)
(17,03,2005 źródło Asme)

I część artykułu

II część artykułu

W poniedziałek 11 marca jakiś pułkownik SB dopytywał się u moich szefów, czy byłem na wiecu przed BUW-em, ale miałem żelazne alibi. W pracy zobaczyłem też egzemplarz "Słowa Powszechnego" z odezwą do studentów UW, napisaną przez Bolesława Piaseckiego (i jak teraz wiem Ryszarda Frelka - sekretarza Zenona Kliszki). Wymieniono tam mnie na pierwszym miejscu jako organizatora wiecu, sugerując jednocześnie, że byłem bywalcem żydowskiego klubu "Babel". Wszyscy organizatorzy mieli zwalczać Władysława Gomułkę w zemście za jego poparcie dla państw arabskich w konflikcie z Izraelem. Były to wierutne bzdury, gdyż sympatyzowałem z rewolucyjnym nacjonalizmem arabskim i w swym oświadczeniu dla WKKP powoływałem się na prezydenta Egiptu Gamala Abdela Nasera. W nocy napisałem odpowiedź na apel "Słowa Powszechnego", w której m.in. pisałem: "Nawet wychowany na piśmiennictwie >Falangi< szmalcownik nie wmawiałby mi żydostwa. Byłem, jestem i będę Polakiem, i nie pan Piasecki będzie ustalał moją przynależność narodową". Następnego dnia zostałem aresztowany i trafiłem do więzienia na Mokotowie.
Zgodnie z sugestią "Słowa Powszechnego" zarzucano mi udział w organizacji wiecu, więc wypierałem się jakichkolwiek powiązań z "Ruchem 8 marca" i jego przywódcami Jackiem, i Karolem. Ale mój herbatnik, czyli kolega z celi, Mirosław Perz napisał w satyrycznej piosence o mnie: "Oj posiedzi sobie co najmniej trzy lata. Poukłada w głowie, nie wyrwie go tata. Oj posiedzi sobie od deski do deski, poręką są temu Kuroń, Modzelewski". I dalej o mojej żonie: "Bliżsi byli tobie Kuroń, Modzelewski. Posiedź sobie teraz z dala od Tereski".
Ostatecznie skazano mnie nie za związki z Ruchem 8 marca, jak pozostałych więźniów marcowych skazanych z art. 36 m.k.k. o tajnej organizacji, lecz za szkalowanie PRL przez określenie polityki wobec Kościoła jako Kultukampf, oraz za podpowiedziane ubekom przez Bernarda (dziś Bolesława) Tejkowskiego "szkalowanie narodu polskiego" w ułożonym przeze mnie wierszu, którego prawdziwym autorem był Jan Kochanowski z Czarnolasu.
Wyszedłem z więzienia w Barczewie na amnestię lipcową (Jacka i Karola amnestia nie objęła jako recydywistów). Gdy Jacek siedział jeszcze w więzieniu, zmarł na serce nasz wspólny kolega Jurek Falkowski. Na pogrzebie złożyłem dwie wiązanki - jedną w imieniu własnym, zaś drugą w imieniu Jacka. Później wydarzenia grudniowe na Wybrzeżu przyniosły kres rządom Gomułki, zaś Edward Gierek pod wpływem listu prof. Edwarda Lipińskiego spowodował ich przedterminowe uwolnienie.
Spotkałem Karola i Jacka dopiero 1 listopada 1971 roku na cmentarzu komunalnym (dawnym wojskowym) na Powązkach. Przechodziłem koło grobu Zygmunta Modzelewskiego i spotkałem tam Karola. Po chwili rozmowy zabrał mnie na spotkanie z Jackiem koło bramy wejściowej na cmentarz. Z Jackiem byli Gajka, Maciek, Jan Józef Lipski, Adam Michnik oraz Krzysztof Śliwiński, który przed więzieniem dostarczał mi do prowadzonego przeze mnie samizdatu teksty przemówień sejmowych posłów katolickiego klubu "Znak". Przywitałem się kolejno ze wszystkimi zebranymi i ostatni w kolejce Jacek niespodziewanie nie chciał podać mi ręki. Zapytałem zdziwiony: "Co to, traktujesz mnie jak majora SB Bartczaka?" Jacek nie odpowiedział. Pożegnałem się ze wszystkimi ostentacyjnie, podając im rękę i odszedłem w kierunku bramy. Przy bramie dogonił mnie Jacek i przeprosił za afront. Wytłumaczył mi, że ma pretensje do mnie o to, że składałem zeznania w śledztwie i wsypałem zbyt wiele osób. I dodał z dumą: "Mierzyłem cię swoją miarą". Jacek istotnie odmawiał zeznań, ale ja nie brałem udziału w ich konspiracji i dążyłem do wykazania, że nie mam nic wspólnego z "Ruchem 8 marca". Wymieniłem w śledztwie wiele osób, ale były to na ogół osoby już znane SB. Nie sypnąłem - dla przykładu - Krzysztofa Śliwińskiego ani też Dariusza Fikusa, u którego przepisałem fragmenty przemówienia prof. Leszka Kołakowskiego na słynnym zebraniu na UW (Bogna Modzelewska przekazała ten tekst do "Kultury" paryskiej). Strzegłem ludzi, którzy za współpracę ze mną mogli ponieść przykre konsekwencje. W "Ruchu 8 marca" było wiele osób, które załamały się w śledztwie (np. Jan Tomasz Gross), ale Jacek wyładował swą złość na mnie. Od tego czasu nigdy pierwszy nie podawałem mu ręki.
W swoje urodziny 3 marca Jacek organizował co roku przyjęcia u siebie dla całej ówczesnej opozycji, ale ja zostałem zaszczycony zaproszeniem tylko raz, gdy - jak podejrzewam - liczył on, że przyjdę z moją młodą i przystojną żoną (ślubna żona opuściła mnie, więc ożeniłem się ponownie, biorąc ślub cywilny) Przyszedłem do niego sam i w dodatku odniosłem na przyjęciu sukces towarzyski, więc zostałem skreślony. Mimo to przyszedłem do niego po wypadkach radomskich w czerwcu 1976 roku, gdy poprosiły mnie o to moje koleżanki z pracy, które zebrały pieniądze dla robotników Ursusa i Radomia. Jacek pieniądze przyjął i poprosił o napisanie relacji o strajku w mojej fabryce, czyli w Polskich Zakładach Optycznych na Kamionku. Relację napisałem natychmiast na Jackowej maszynie do pisania. Gdy powstały pisma II obiegu "Biuletyn informacyjny" oraz "Krytyka", miałem żal do Jacka o wprowadzony przez niego zapis cenzuralny na moje artykuły. Redaktorzy nie drukowali mnie. Jacek ogłosił w Biuletynie artykuł dyskusyjny "Uwagi o programie działania" i redakcja wezwała do nadsyłania wypowiedzi. Wręczyłem więc Sewerynowi Blumsztajnowi artykuł polemizujący z Jackową koncepcją finlandyzacji, ale redakcja nie raczyła go zamieścić. Gdy przyniosłem Wiktorowi Woroszylskiemu dla wydawanego w II obiegu pisma "Zapis" swój zapis relacji mego ojca o układach w kierownictwie PZPR za czasów Bolesława Bieruta pod tytułem "Chozjain i Gospodarz", Wiktor odrzucił go, tłumacząc mi, iż mam drewniane pióro. Bardzo się zdziwił (Jacek go o tym nie poinformował), gdy mu wyjaśniłem, że przed wydaleniem z Partii przez wiele lat współpracowałem z "Polityką" oraz "Życiem Gospodarczym", więc nie byłem początkującym autorem. W związku z tymi szykanami nawiązałem współpracę z Antonim Macierewiczem i Piotrem Naimskim - wydającymi miesięcznik "Głos", w którym za sprawą Jakuba Karpińskiego zamieściłem artykuł "Rady dla polskiego Kadara". Dzięki przyjaźni z zespołem "Głosu" poczułem się bardziej bezpieczny w obliczu pozaprawnych działań SB. Ostracyzm ze strony grupy Jacka w KSS KOR doszedł z czasem do tego stopnia, że gdy w kwietniu 1980 roku zostałem wraz z Grzegorzem Liesem zatrzymany przez SB po mszy katyńskiej w kościele św. Krzyża, w Komunikatach KSS KOR ukazała się informacja o zatrzymaniu jedynie Grzegorza Liesego. Na nic im się to nie zdało, gdyż jako uczestnik Akcji Wiernych "Chrystus w środkach przekazu", zbierający podpisy po apelem o mszę w radiu i TV, zdobyłem rozgłos i uznanie. Mimo to starałem się być lojalnym wobec Jacka i w okresie solidarnościowego karnawału napisałem kilka tekstów w obronie Jacka i Adama polemizujących z publikacjami partyjnych publicystów. Nie miałem atoli gdzie je opublikować. Kiedy w stanie wojennym umarł pan Henryk Kuroń - ojciec Jacka, zwolniłem się z pracy i spotkałem Jacka przywiezionego z więzienia przed wejściem do kaplicy, gdzie stała trumna. Bardzo się ucieszył na mój widok. Na pogrzebie widziałem po raz ostatni Gajkę, bardzo już chorą na grzybicę płuc.

Po upadku komuny w 1989 roku napisałem recenzję książki Jacka "Wiara i wina", ale zamieścił ją "Tygodnik Polski" w Londynie, redagowany przez Włodzimierza Olejnika - mego kolegę z kółka dyskusyjnego sprzed marca '68. W tej książce również można wyczytać ewidentne głupoty na mój temat, podyktowane zwykłym zacietrzewieniem. Tym razem Jacek scharakteryzował mnie jako Polaka-katolika, co w jego ustach było obelgą równorzędną do "Żyda z Rosji". W następnym zdaniu wyjaśnia, iż zawdzięczam to wpływowi mego ojca, w rzeczywistości ideowego komunisty i ateisty, bardzo zasmuconego mym nawróceniem na katolicyzm pod wpływem pobytu w więzieniu. Widać przy pisaniu zabrakło Gajki, która by mu powiedziała "Jacku, nie wygłupiaj się".
Przez długie lata nie odpowiadałem na zaczepki i impertynencje, gdyż mimo wszystkie błędy ceniłem dorobek Jacka w opozycji demokratycznej. Pierwszą kroplą, która przelała kielich goryczy, była książka "Spoko", w której zwalczając lustrację Antoniego Macierewicza, opartą na zasobach archiwalnych MSW, sam bez żadnych ku temu podstaw zlustrował jako ubecką wtyczkę moją koleżankę z Bractwa Otrzeźwienia Danusię B. Później kilkakrotnie krytykowałem jego postawę w sprawie stosunków polsko-żydowskich oraz polsko-ukraińskich (to on zaprosił do Polski rabina Abrahama Weissa z Nowego Jorku, by zorganizował awanturę w Oświęcimiu). Przyniosła mu jego postawa uznanie w świecie, ale wyraźnie kosztem dobrego imienia Polski i Polaków. Nie przyjąłem też zaproszenia na dekorację Jacka i Karola orderem Orła Białego w pałacu prezydenckim. Nie fraternizuję się z postkomunistami, jak prezydent Kwaśniewski, hamującymi dogłębną demokratyzację Polski. Uważam ponadto, że order Orła Białego należał się przede wszystkim takim rzecznikom niepodległości Rzeczypospolitej jak śp. Wojciech Ziembiński. Jacek wszak głosił finlandyzację. Współczułem mu jednak, gdy docierały do mnie wiadomości o jego chorobie i oczywiście łączyłem się w bólu po jego śmierci z mym przyjacielem Maćkiem i wdową po Jacku, panią Danutą Kuroniową. Napisałem też po pogrzebie kilka słów pożegnania. Dziś po śmierci jest on częścią naszej wspólnej historii, więc niech mu polska ziemia lekką będzie. A męczennica Gajka niech mu wymodli u Boga odpuszczenie jego grzechów.

 

 

Antoni Zambrowski
artykuły najnowsze | wywiady z autorem | o autorze | felietony TV | o mojej książce |