PUBLICYSTYKA ANTONIEGO ZAMBROWSKIEGO

Zwykli męczennicy

(27,10,2004 źródło Asme)

Zygmunta Krzemińskiego poznałem na posiedzeniu Rady Parafialnej kościoła pod wezwaniem Najświętszego Zbawiciela w Warszawie. Po zwolnieniu z internowania w więzieniu w Białołęce zostałem zaproszony do udziału w jej pracach przez naszego nowego proboszcza księdza prałata Bronisława Piaseckiego, dawnego sekretarza Prymasa Tysiąclecia księdza kardynała Stefana Wyszyńskiego. Zygmunt był lektorem w kościele, stąd jego członkostwo w Radzie. Po jakimś czasie dowiedziałem się od niego, że pod pseudonimem "Kmicic" prowadzi on podziemne wydawnictwo i związaną z nim strukturę "Solidarności", którą założył po ogłoszeniu stanu wojennego z członków swej rodziny i najbliższych kolegów z pracy. Jego starszy syn Gerard był uczniem klasy maturalnej Liceum Ogólnokształcącego im. Mikołaja Reya i do kolportażu drukowanych przez ojca ulotek dobrał m.in. kolegę szkolnego Emila Barchańskiego. Później Emil zawiesił swą działalność w grupie "Kmicica", gdyż w innej grupie zajmowano się bardziej spektakularnymi akcjami. Pomalowano czerwoną farbą pomnik Feliksa Dzierżyńskiego na placu Bankowym, wówczas noszącym nazwę placu Dzierżyńskiego Wykonano tę akcję w nocy, ale rano Emila przed szkołą ubecy zabrali z domu do siedziby SB w Pałacu Mostowskich. Na przesłuchaniu był bity, ale dość krótko i po przesłuchaniu zwolniony do domu. Opowiedział o tym "Kmicicowi", gdy spotkał go przypadkiem 3 maja 1982 roku na wielkiej manifestacji solidarnościowej na Starym Mieście, rozpędzonej brutalnie przez ZOMO.
Wkrótce po tym nowy przywódca zaprosił Emila do wspólnego drukowania prasy podziemnej w konspiracyjnym lokalu. Emil spóźnił się na spotkanie i ku swemu zdumieniu ujrzał w wyznaczonym miejscu radiowóz oraz kilku cywilów i umundurowanych milicjantów przyjaźnie rozmawiających z jego przywódcą. Zrozumiał, że ma do czynienia z esbeckim prowokatorem, więc próbował uciec, ale po krótkim pościgu został pochwycony. Jego przywódca również brał udział w pościgu. Chłopca dotkliwie pobito i radiowozem zabrano do Pałacu Mostowskich. Spędził tam dwa tygodnie, bity na przesłuchaniach pięściami i pałką policyjną. Bito go po twarzy i po brzuchu, ściskano palce i jądra szufladą biurka (Protokoły przesłuchań, podpisane przez jego oprawców, trafiły następnie do sądu. Mam nadzieję, że zostały teraz przekazane do Instytutu Pamięci Narodowej). Po zakończeniu śledztwa odbyła się rozprawa sądowa, po której zwolniono go do domu dzięki poręczeniu dyrektora szkoły oraz rady pedagogicznej. Wówczas odwiedził "Kmicica" i opowiedział mu o swych przygodach. Prowokatora już nigdy nie spotkał.
"Kmicic" radził chłopcu, by uważał na siebie, ponieważ SB będzie chciała chronić swego prowokatora. Emil przyrzekł zastosować się do jego rad. Mimo to w czasie zdawania egzaminów maturalnych w maju 1982 roku znaleziono w Kanale Żerańskim jego zwłoki. Jak się okazało, wyszedł wyprowadzić psa na przechadzkę i już nie wrócił. Samodzielna kąpiel w kanale nie wchodziła w rachubę, gdyż Emil był chory na astmę i nawet w czasie zwykłej kąpieli w wannie jego mama musiała czuwać nad jego bezpieczeństwem. Mimo to milicja ustaliła, że chłopiec utonął w czasie kąpieli. Przypomina to sprawę studenta Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie Stanisława Pietraszki z maja 1977 roku. Był on świadkiem w sprawie tragicznej śmierci współpracownika Komitetu Obrony Robotników studenta UJ Stanisława Pyjasa, zmasakrowanego kastetem przez nieznanych sprawców z wiadomego resortu. Staszek widział swego kolegę Pyjasa w towarzystwie funkcjonariusza SB i miał pomóc prokuraturze w opracowaniu rysopisu owego ubola. Zwabiono go więc przy pomocy atrakcyjnej dziewczyny poznanej na balu w domu studenta "Żaczek" nad Zalew Soliński i tam utopiono. Mordercy z SB ubrali go dla większej wiarygodności w czepek pływacki, choć koledzy wiedzieli, że Staszek miał uczulenie na wodę i w związku z tym unikał kąpieli.
Pochowano Emila na Cmentarzu Bródnowskim. Odprowadzały go tłumy kolegów. Podziemna Komisja Zakładowa "Solidarności" z "Kmicicem" na czele również brała udział w pogrzebie i na grobie umocowała transparent z napisem: "Emilu, nie zapomnimy o Tobie. W przyszłej wolnej Polsce mordercy z SB staną przed sądem". Nim to się stało, przed sądem PRL stanął sam "Kmicic" czyli Zygmunt Krzemiński.
Warszawska SB musiała mieć specjalny zespół do mokrej roboty, gdyż przed aresztowaniem Zygmunta dramatyczne przygody przeżyła jego żona Marianna.
Państwo Krzemińscy mieli odwiedzić na wiosnę 1985 roku swą córkę Ewę właśnie wywczasującą w Zakopanem i rozmawiali o tym z nią przez telefon. W ostatniej chwili Zygmunt zrezygnował z podróży, więc w drogę ruszyła jedynie pani Marianna. Umówiła się ona w wagonie z kuszetkami z dwiema koleżankami Ewy, jadącymi również do Zakopanego. Chciała ona wykupić u konduktora bilet na kuszetkę (było dużo wolnych miejsc), ale konduktor niespodziewanie odmówił sprzedaży, zaś kontroler w czasie podróży kazał jej wyjść wraz z nim do innego wagonu. Więcej jej koleżanki Ewy nie widziały. Nie umiały też wyjaśnić Ewie witającej je na dworcu, co stało się z jej mamą.
Po kilku dniach do Zygmunta przyszedł milicjant z komendy przy ul. Wilczej i powiadomił, że powinien udać się do szpitala w Kielcach, by rozpoznać nieprzytomną żonę. Gdy wraz z dziećmi przybył on do Kielc, prowadzący dochodzenie oficer MO nie umiał mu wyjaśnić, skąd komenda na Wilczej wiedziała, że chodzi o panią Mariannę Krzemińską. Dla niego pacjentka była anonimową nieprzytomną kobietą, znalezioną w nocy na torach. Prowadzący pociąg maszynista cudem dojrzał leżący na torach kształt i zatrzymał pociąg. Stało się to dwa dni po wyruszeniu przez panią Mariannę w podróż. Wszystko wskazywało na to, że została ona zatrzymana przez SB, poddana w ciągu przepisowych 48 godzin ciężkiemu przesłuchaniu, a następnie nieprzytomna położona na torach. Ofiara miała złamany obojczyk, złamaną podstawę czaszki i sińce na całym ciele. Ponadto na rękach i ciele ślady przypalania papierosami. Mimo to prowadzący śledztwo prokurator uznał, że wypadła ona w czasie podróży z wagonu i dlatego znalazła się na torach. Tow. prokurator nie zechciał wyjaśnić, dlaczego trafiła na tory dopiero po upływie dwóch dób po podjęciu podróży. Gdy Zygmunt wraz z dziećmi doszedł w szpitalu do łóżka nieprzytomnej żony, powiedziała ona niespodziewanie głosem brzuchomówcy: "Musicie wiele się modlić za mnie". Świadomości mimo to nie odzyskała. Po powrocie do Warszawy Zygmunt trafił do "kotła" założonego przez SB w jego mieszkaniu i powędrował do więzienia mokotowskiego. Przypuszczaliśmy, że trafił on w pole widzenia specjalnej grupy SB, ponieważ brał udział w murowaniu grobu księdza Jerzego Popiełuszki oraz zorganizował ochronę księdza Stanisława Małkowskiego, o którego obawialiśmy się, że podzieli los księdza Jerzego. Pani Marianna wróciła do domu w czasie uwięzienia męża. Po swych przejściach porzuciła ona pracę zawodową (była wziętą krawcową obszywającą panie z zagranicznych ambasad) i ograniczyła się do roli gospodyni domowej. Wskutek tego rodzina popadła w skrajną nędzę.
W grudniu 1985 roku - po wyjściu "Kmicica" z więzienia na mocy amnestii - spotkaliśmy się podczas mszy za Ojczyznę w kościele pod wezwaniem św. Stanisława Kostki z głośną dziś dziennikarką telewizyjną Marią Wiernikowską, pracującą wówczas dla sekcji polskiej paryskiej rozgłośni radiowej RFI. Nagrała ona wtedy relacje Zygmunta o śp. Emilu Barchańskim, którą nadała rozgłośnia polska Radia "Wolna Europa" W III Rzeczypospolitej Zygmunt napisał (przy mojej asyście) artykuł o Emilu, który pod tytułem "Zapomniana ofiara stanu wojennego" ukazał się w lipcu 1992 roku na łamach "Tygodnika Solidarność".
Poetkę Barbarę Sadowską po raz pierwszy widziałem już po tragicznej śmierci jej syna Grzesia Przemyka, gdy rektor kościoła św. Marcina, ksiądz Bronisław Dembowski przyprowadził ją na mszę za Ojczyznę odprawianą przez kapelana duszpasterstwa byłych internowanych, księdza doktora Jana Sikorskiego w kościele seminaryjnym pw. św. Józefa na Krakowskim Przedmieściu. Prosił nas, byśmy się modlili za matkę zbolałą po stracie jedynego syna, zatłuczonego na komisariacie MO na Starym Mieście. Ksiądz rektor (dziś biskup włocławski) był opiekunem Komitetu Prymasowskiego troszczącego się o internowanych i w ogóle więzionych za przekonania, którego współpracownicą była pani Basia Sadowska. Z tej przyczyny była ona wielokrotnie przesłuchiwana przez SB, gdyż działalność charytatywna Komitetu Prymasowskiego pozostawała dla SB solą w oku. Wielokrotnie też grozili jej ubecy, że straci to, co ma najdroższe. Na początku maja 1983 roku grupa uboli wtargnęła przez mur na teren klasztoru sióstr franciszkanek przy kościele św. Marcina i pobiła współpracowników Komitetu Prymasowskiego, kilku z nich wywożąc do lasu. Pani Basi wtedy złamano palec u ręki.
12 maja 1983 roku w katedrze św. Jana na Starym Mieście miała się odbyć msza święta za spokój duszy marszałka Józefa Piłsudskiego w rocznicę jego śmierci. Władze obawiały się manifestacji patriotycznych i zmobilizowały ZOMO dla rozpraszania manifestantów. W tym czasie na przechadzkę na Stare Miasto wybrała się grupa maturzystów z Liceum im. Frycza Modrzewskiego, z Grzegorzem Przemykiem na czele. Chłopcy świętowali dobrze zdane egzaminy. Asystował im nieco starszy od nich kolega z Radomia Cezary Filozof. Po dłuższym spacerze Cezary wziął Grzesia na barana i tak wyszedł z ul. Świętojańskiej na plac Zamkowy. Koło drzewa chłopcy się potknęli i wywrócili, ale się podnieśli natychmiast i poszli dalej już każdy osobno. Mimo to dwaj ZOMO-wcy dogonili ich i zażądali okazania dowodów osobistych. Cezary się wylegitymował, natomiast Grześ nieświadom grozy położenia odmówił. Został zaproszony do radiowozu, a że się opierał, otrzymał od ZOMO-wca Ireneusza Kościuka pałką po plecach. Wsiadając do radiowozu, chłopiec zgubił klapki na bose nogi, więc do komisariatu przy ul. Jezuickiej wkroczył na bosaka (klapki pochwycił jeden z kolegów i pobiegł z nimi za radiowozem). W komisariacie chłopiec ponownie odmówił okazania dowodu, tłumacząc, że stan wojenny został już zniesiony i nie ma obowiązku noszenia dowodu, za co dostał zbiorowy łomot od zgromadzonych tam ZOMO-wców. Z bólu krzyczał tak, że słychać było na ulicy i usłyszeli go koledzy, którzy właśnie nadbiegli z placu Zamkowego. Oficer dyżurny Arkadiusz Denkiewicz poinstruował ZOMO-wców, by bili - nie pozostawiając śladów na ciele. I istotnie chłopiec miał odbite wnętrzności, ale brakowało zewnętrznych śladów pobicia, co zmyliło później lekarza na Pogotowiu. Pobito również towarzyszącego Grzesiowi Cezarego Filozofa, ale jego obrażenia nie były na szczęście groźne. Następnie komendant Komisariatu, kapitan (dziś podpułkownik) Konstanty Machnowski wraz z wizytującym komisariat kapitanem Romanem Gembarowskim - naczelnikiem wydziału Komendy Dzielnicowej MO uradzili, że do mdlejącego chłopca należy wezwać pogotowie ratunkowe. Co też uczynili, podając atoli kłamliwą informację, iż chodzi o psychicznego rzucającego butami i tarzającego się na ulicy. Wskutek tej dezinformacji chłopiec trafił nie do chirurga, który mógł udzielić mu natychmiastowej pomocy, lecz do psychiatry. Zabrany z Pogotowia przez matkę Grześ trafił ostatecznie do szpitala i został zoperowany, ale obrażenia były zbyt poważne, zaś pomoc przyszła zbyt późno i chłopiec zmarł. O jego śmierci zawiadomiły warszawiaków ulotki podziemnej "Solidarności", rozrzucone w okolicy krzyża kwietnego przy kościele św. Anny. Te "wrogie" ulotki, a nie tragiczna śmierć zdolnego maturzysty, dobrze zapowiadającego się poety stały się przedmiotem troski kierownictwa MSW z gen. Czesławem Kiszczakiem na czele. Podjęli oni natychmiastowe kroki, by zatrzeć ślady milicyjnej zbrodni i zwalić ją na Bogu ducha winną służbę zdrowia. Rozpętano też kampanię propagandową oszczerstw o Grzesiu, jego mamie i ich otoczeniu. Pogrzeb śp. Grzesia Przemyka poprowadził na Powązki ksiądz Jerzy Popiełuszko z kościoła św. Stanisława Kostki. Odprowadzały trumnę tysięczne tłumy warszawiaków.
W czasie pielgrzymki papieskiej do Ojczyzny pani Barbara Sadowska została zaproszona do kościoła ojców kapucynów przy ul. Miodowej na spotkanie z ojcem świętym Janem Pawłem II (wtedy też poznałem księdza Jerzego Popiełuszkę, przebywającego tam z dużą torbą pielęgniarską jako przedstawiciel duszpasterstwa służby zdrowia). Przed wyjściem z kościoła Ojciec święty odnalazł w tłumie panią Basię, przywitał się z nią i po ojcowsku przytulił. Po kilkunastu miesiącach został porwany przez oficerów SB i bestialsko zamordowany ksiądz Jerzy Popiełuszko.
Po 15 latach istnienia III Rzeczypospolitej nikt z mocodawców powyższych zbrodni nie został ukarany. Nie wiemy też, czy pobicie Grzesia ze skutkiem śmiertelnym było zaplanowaną akcją SB czy też ubocznym skutkiem codziennego zwyczaju bestialskiego bicia młodych Polaków przez ubeckich zbirów. Jeden z moich znajomych opowiadał mi, że trafił jeszcze przed Grzesiem na ten sam komisariat i wskutek bicia miał uszkodzoną kość ogonową. Zeznający przed sądem milicjanci od zwykłego ZOMO-wca aż do ministra Kiszczaka zarzekali się, że żadnego bicia nie było. Dobry złodziej schwytany za rękę podczas kradzieży woła: utnijcie rękę, to nie moja ręka!

Antoni Zambrowski
artykuły najnowsze | wywiady z autorem | o autorze | felietony TV | o mojej książce |