PUBLICYSTYKA ANTONIEGO ZAMBROWSKIEGO

Zapomniał wół...

(24,05,2004 źródło Asme)

Oglądałem ostatnio antyczeczeńskie programy: kilka w telewizji moskiewskiej w związku z zamachem na Achmada Kadyrowa - mianowanego przez prezydenta Putina prezydentem Czeczenii oraz jeden w telewizji polskiej. Podstawowym programem propagandowym przeciwko Czeczenom był w telewizji RTR, czyli drugim kanale TV moskiewskiej serial filmowy pod tytułem "Mam honor" (Ciest' imieju). Przedstawia on losy rosyjskiego oficera, walczącego w Czeczenii ma wiosnę 2000 roku, czyli w chwili, gdy Władimir Putin po raz pierwszy obejmował swój urząd prezydencki. Wszystkie zatem padające w dialogach uwagi krytyczne o stanie spraw w Rosji w ogóle oraz w wojsku w szczególności dotyczą tzw. minionego okresu. Jeden z rozmówców nawet mówi expressis verbis, że ma nadzieję, iż Putin to wszystko naprawi. Równie propagandowo potraktowano i szczegóły walk na Kaukazie: Czeczeni są zdradliwi i okrutni, zaś Rosjanie walczą o słuszną sprawę. Najbardziej surrealistycznie wygląda długa sekwencja zmasowanego ataku partyzantów czeczeńskich na pozycje rosyjskie, w którym tysiące partyzantów (sic!) idą na serie karabinów maszynowych. Rosyjski generał w ostatnich chwilach serialu mówi o tysiącu zabitych "bandytów" zupełnie w stylu rosyjskich komunikatów wojennych, z których śmiano się nawet w Rosji. W dawnej Rosji taka była tradycyjna taktyka ofensywna wojska (opisana m.in. przez Adama Mickiewicza w wierszu o reducie Ordona), wynikająca z poczucia, że Rosjan jest wiele. Dzisiejszą Rosję już na taką taktykę nie stać, gdyż przeżywa ona zawiniony przez system sowiecki dotkliwy kryzys demograficzny: co roku bowiem Rosjan ubywa o mniej więcej o jeden milion. Natomiast w przypadku tak nielicznego narodu jak Czeczeni, w dodatku słynnego z przewag wojennych jest to czysty nonsens. Takie kompromitujące błędy tłumaczą się tym, że w gronie konsultantów filmowych wymieniona jest długa lista (zapewne dobrze płatnych za swe usługi) generałów oraz pułkowników, ale nie ma ani jednego Czeczena.
Z innymi głupotami mieliśmy do czynienia w bardzo cenionym przeze mnie sobotnim (15 maja) programie "Cały ten świat" red. Grzegorza Miecugowa na stale oglądanym kanale TVN24. Głos zabierali znakomici znawcy spraw międzynarodowych red. Jerzy Bekker z radia PIN oraz mój kolega z Białołęki - były rzecznik prasowy "Solidarnośći", zaś w III Rzeczypospolitej były minister obrony narodowej Janusz Onyszkiewicz. Przez cały czas trwania programu mówili oni same słuszne rzeczy, zaś czar prysł, gdy przeszli w końcu do omawiania spraw czeczeńskich. Obaj wbrew nieśmiałym replikom red. Ryszarda Malika kwestionowali zasadność aspiracji niepodległościowych narodu czeczeńskiego, zapominając niczym ten przysłowiowy wół o nader podobnym traktowaniu przez naszych sojuszników na Wschodzie i Zachodzie aspiracji niepodległościowych Polaków. Janusz Onyszkiewicz powiedział, iż Czeczeni osiągnęli wszak (w wyniku pierwszej wojny czeczeno-rosyjskiej i kończących ją porozumień w Chasawjurcie) faktyczną niepodległość, ale nie zadowoliło to ich, gdyż zajęli się eksportem swej rewolucji. Chodzi oczywiście o rajd arabskiego dowódcy polowego Hattaba oraz czeczeńskiego generała partyzanckiego Szamila Basajewa na sąsiadujący z Czeczenią Dagestan, na odsiecz rewolcie miejscowych fundamentalistów islamskich, tzw. wahabitów. Pobici przez wojsko rosyjskie w Dagestanie, wycofali się oni z powrotem do Czeczenii i w ten sposób dali Putinowi pretekst do najazdu ten kraj. Trzeba jednak wiedzieć, że rajd ten odbył się wbrew stanowisku prezydenta Aslana Maschadowa, który ów rajd natychmiast potępił. Cokolwiek bylibyśmy sądzili o owym rajdzie, to najazd rosyjski na Czeczenię jest aktem agresji wznawiającym kolejną wojnę kolonialną z narodem czeczeńskim (z równym powodzeniem Rosjanie mogliby najechać Jordanię, skąd pochodził nieżyjący już emir Hattab). Trzeba tu dodać, że Szamil Basajew zachował się jak nieodpowiedzialny watażka, narażający dla swych ambicji losy swej ojczyzny. Przegrał on wybory prezydenckie z gen. Aslanem Maschadowym (uczciwe i pod kontrolą międzynarodową w odróżnieniu od "wyborów" Achmada Hadży Kadyrowa przeprowadzonych w stylu moskiewskim pod patronatem Putina), więc zapragnął laurów emira Dagestanu. Traktowanie przez polskiego komentatora rajdu na Dagestan jako prawomiernego dla Rosji casusu belli jest wręcz nieporozumieniem. W najnowszych dziejach Polski mieliśmy dość podobny casus prawny, gdy dziadek żony Janusza Onyszkiewicza, Joanny - marszałek Józef Piłsudski wbrew propozycjom pokojowym rządu bolszewickiego najechał zbrojnie Kijów w maju 1920 roku. Naczelnik państwa polskiego chciał wesprzeć w ten sposób aspiracje niepodległościowe narodu ukraińskiego i osadzić w Kijowie szefa rządu ukraińskiego, atamana Symona Petlurę. Rosja bolszewicka potraktowała to jako casus belli i podjęła ofensywę na zachód. Wielu carskich generałów z gen. Brusiłowem na czele poparło wówczas w porywie patriotycznym bolszewików w ich marszu na Polskę. Mimo to minister brytyjski lord Curzon domagał się od bolszewików zatrzymania swego wojska na Bugu i zachowania niepodległego państwa polskiego. Bolszewicy odmówili. I gdyby nie "cud nad Wisłą" oraz drugi, nie mniejszy - nad Niemnem, Polska legła by pod ciosami nawały bolszewickiej i zachodni komentatorzy (zwłaszcza niemieccy) stwierdzali by (niczym dziś Janusz Onyszkiewicz w komentarzu o Czeczenach), iż Polacy sami zasłużyli na swój los.
Jerzy Bekker mówił w sobotnim programie rzeczy jeszcze gorsze (i głupsze) niż Janusz Onyszkiewicz. Znam go z wieloletniego słuchania polskich programów radiowych "Głosu Ameryki" i miałem za publicystę niepodległościowego. Tu zabierał głos jako zwolennik "jedinoj i niedielimoj" (jednolitej i niepodzielnej) Rosji. Mówił, że Putin nie może przystać na niepodległość Czeczenii, gdyż ślubował bronić integralności terytorialnej Rosji. Poza tym wywodził, że Czeczenia nie przeżyje poza Rosją, gdyż zawsze była terenem dotowanym centralnie. Widać wyraźnie, że red. Bekker, który zna znakomicie język rosyjski, zbyt wiele uwagi poświęca propagandowym argumentom rosyjskich środków przekazu. Przydałoby się zastosowanie rzymskiej zasady audiatur et altera pars (wysłuchaj i drugą stronę w sporze). Integralności terytorium rosyjskiego ma Putin bronić w przypadku obcej agresji, co Rosji jako żywo nie grozi. Tłumiąc atoli przemocą aspiracje niepodległościowe Czeczenów - gwałci on (a wraz z nim red. Jerzy Bekker) prawo tego narodu do samookreślenia. Co się tyczy zdolności Czeczenii do samodzielnego bytu, to jest to sprawa samych Czeczenów. Nam też w czasach PRL towarzysze radzieccy pomagali przez wiele lat i jak tylko przestali pomagać - staliśmy się tygrysem gospodarczym Europy. Wbrew rosyjskim bajkom propagandowym, że Czeczenia jest biednym krajem, zdolnym do przeżycia jedynie dzięki przemytowi narkotyków i porywaniu ludzi dla okupu, rzeczywistość jest całkiem odmienna. Ziemia tam jest żyzna, zaś ludność słynie z pracowitości i iście kaukaskiej przedsiębiorczości. (Rosjanie żartują, że gdzie przeszedł Ormianin, tam Żyd nie ma czego szukać. To samo można powiedzieć i o Czeczenach.) Zamożność czeczeńska kłuje Rosjan w oczy i stąd rabunki rosyjskiego żołdactwa podczas osławionych "zaczystek". Gdy brakowało pracy w domu, Czeczeni jeździli na saksy do Rosji niczym nasi górale "w Polskę" jako specjaliści od budowania. Za prezydenta Dudajewa Czeczenia stała się w ciągu kilku lat kwitnącą oazą, a następnie bogatym łupem dla rosyjskich generałów.
Red. Ryszard Malik replikował Jerzemu Bekkerowi, iż Czeczenia może żyć z opłat za przesył ropy ropociągami przez swe terytorium, zapominając zarazem, że ma ona własną ropę, na której dziś bogacą nielegalnie rosyjscy generałowie z wojsk okupacyjnych. Powiedział on ponadto prorocze słowa, że Rosja będzie musiała pogodzić się z utratą terenów z obcą ludnością, jak musiała się pogodzić z utratą wchodzących w skład Związku Rad tylu republik związkowych. (niektóre z nich ku zmartwieniu Rosjan weszły już w skład NATO oraz Unii Europejskiej, inne jak Gruzja czy Ukraina - czekają niecierpliwie na swą kolej).
Jako Polacy powinniśmy współczuć Czeczenom, zapomnianym przez świat, zupełnie jak walcząca niegdyś o wolność Polska. Czeczeni pamiętają nam i braterstwo broni podczas ich walki o niepodległość w XIX wieku, kiedy wielu zmobilizowanych przez cara Polaków opuszczając szeregi armii carskiej, zaciągało się pod sztandary imama Szamila - i wspólny los wygnańców na stepach Kazachstanu za rządów Stalina. Dobrze by było, by i polscy komentatorzy wydarzeń międzynarodowych posiedli taką samą wiedzę.

Antoni Zambrowski
artykuły najnowsze | wywiady z autorem | o autorze | felietony TV | o mojej książce |