PUBLICYSTYKA ANTONIEGO ZAMBROWSKIEGO

Sybiracy obchodzą rocznicę wywózki

(10,02,2004 źródło Asme)

Związek Sybiraków obchodzi 10 lutego rocznicę wywózki przez stalinowskie NKWD Polaków z okupowanych po 17 września 1939 roku polskich Kresów Wschodnich. 10 lutego 1940 roku - po kilku zaledwie miesiącach sowieckich rządów ruszyły na wschód pierwsze transporty rodzin polskich osadników oraz leśniczych. Scenariusz był na ogół ten sam: na podstawie przygotowanych uprzednio list do mieszkań lub chałup przyszłych ofiar wpadały w nocy lub skoro świt grupy uzbrojonych NKWD-zistów i ładowały zaskoczonych we śnie ludzi do sań (był trzaskający mróz), aby odstawić ich do wagonów bydlęcych ustawionych na najbliższej stacji kolejowej. NKWD-zistom towarzyszyli rosyjskim zwyczajem tzw. poniatyje, czyli świadkowie przeszukania, rekrutujący się z miejscowych mniejszości narodowych - Białorusinów, Ukraińców czy Żydów, w imię wyzwolenia których od polskiego panowania wkroczyła właśnie na te tereny 17 września 1939 roku Armia Czerwona. Ponieważ niezbadane są wyroki sowieckiej sprawiedliwości, jej karząca ręka ogarnęła w następnych terminach obok najliczniejszych w owych transportach Polaków również i przedstawicieli tych mniejszości. Droga do miejsca zesłania trwała długie tygodnie głodu i pragnienia. Na postojach zostawiano trupy swoich najbliższych, zmarłych w drodze i wyrzucanych w pośpiechu z wagonu bez prawa uczestniczenia w pogrzebie. Śmierć była ich udziałem również na miejscu w posiołku jako miejscu przymusowego pobytu bez prawa go opuszczania. Rodzice moich kolegów z polskiego sierocińca w Stawropolu nad Wołgą byli w większości ludźmi nawykłymi do pracy fizycznej, ale zmarli dość szybko z ciężkiej pracy ponad siły na wyrębie lasu w obwodzie archangielskim, z głodu, chłodu i dziesiątkującego ich tyfusu. Taki sam był los innych zesłańców zagarniętych przez NKWD w kolejnych trzech akcjach wywózkowych. Wszyscy oni mieli szczęście w nieszczęściu, gdyż w czerwcu 1941 roku Hitler napadł na Związek Rad i Stalin był zmuszony do podpisania porozumienia z premierem polskiego rządu na uchodźstwie gen. Władysławem Sikorskim i udzielił Bogu ducha winnym Polakom amnestii. Takiego szczęścia nie mieli Polacy represjonowani w tym samym trybie przed II wojną światową, kiedy Stalin zlikwidował dwa autonomiczne okręgi polskie na Białorusi i Ukrainie, noszące imiona dwóch polskich bolszewików Feliksa Dzierżyńskiego (na Mińszczyźnie) i Juliana Marchlewskiego (na Podolu). Ich wywieziono w 1937 roku w ramach czystek prowadzonych przez ówczesnego szefa NKWD Nikołaja Jeżowa do północnego Kazachstanu w podobnych morderczych warunkach. Przebywają tam do dnia dzisiejszego. Nie wiele lepszy był los Polaków z przyłączonych do ZSRR Kresów Wschodnich oraz z terenów Polski środkowej wywiezionych na Sybir za przynależność do Armii Krajowej lub w ramach antypolskiej czystki. W PRL obowiązywała wieczysta przyjaźń polsko-radziecka, ale na terenie ZSRR polskość była tępiona. Mieszkających na terenie Ukrainy i Białorusi Polaków nie tylko zmuszono do przyjęcia obywatelstwa sowieckiego, ale zmieniano im w trybie przymusowym urzędowy zapis narodowości z polskiej na białoruską lub ukraińską, a nawet na rosyjską. Kto się nie podporządkował, wyjeżdżał na Sybir (jedynie w republikach bałtyckich, gdzie Rosjanie mieli problemy z biernym oporem miejscowej ludności, Polacy mieli pewne prawa, gdyż sowieccy okupanci liczyli na nich, że dadzą się wykorzystać jako V kolumna). W 1969 roku rozmawiałem z byłym AK-owcem wywiezionym w 1945 roku przez NKWD do obozu jenieckiego pod Murmańskiem. Ponieważ interesowała mnie stopa śmiertelności wśród polskich więźniów, odpowiedział, że była bardzo wysoka. Większość Polaków nie przeżyła tego obozu, umierając w ciągu kilku lat uwiezienia. Zaiste, jak to określił kapelan Rodzin Katyńskich, ksiądz prałat Zdzisław Peszkowski, polska Golgota Wschodu. Symbolizuje to pomnik Wywiezionych na Wschód przy ul. Muranowskiej w Warszawie, postawiony staraniami nieodżałowanego, śp. Wojciecha Ziembińskiego. Przedstawia on wagon wypełniony krzyżami cmentarnymi, symbolizującymi naszych rodaków konwojowanych przez NKWD w drodze na zatracenie. Niestety, młode pokolenie Polaków dość obojętnie traktuje cierpienia poprzednich pokoleń, gdyż lewicowe środki przekazu wzorem PRL-owskiej propagandy starają się przemilczeć te sprawy. Dlatego rocznicę wywózki Polaków na Wschód obchodzą jedynie Sybiracy zrzeszeni w swym związku.

Jest to pełen tekst artykułu AZ, który ukazał się ze skrótami w tygodniku "Nasza Polska".

To wina prokuratury

(10,02,2004 źródło Asme)

Sąd ponownie uniewinnił policjanta z Biłgoraja Ireneusza Kościuka, który zdaniem oskarżycieli pobił ze skutkiem śmiertelnym 12 maja 1983 roku na komisariacie przy ul. Jezuickiej na Starym Mieście w Warszawie warszawskiego maturzystę Grzegorza Przemyka. Grzegorz był synem opozycyjnej poetki Barbary Sadowskiej, współpracownicy Komitetu Prymasowskiego opiekującego się więźniami stanu wojennego. Ponieważ działalność Komitetu uwierała władze komunistyczne, podczas kolejnych przesłuchań funkcjonariusze SB grozili niepokornej poetce, że straci to co ma najdroższego (był to częsty sposób zastraszania podczas przesłuchań działaczy opozycji stosowany przez podwładnych gen. Czesława Kiszczaka, uznanego dziś przez red. Adama Michnika za człowieka honoru). Do dziś nie wiadomo, czy bestialskie pobicie młodego, wyjątkowo uzdolnionego chłopca przez zbirów z Kiszczakowego ZOMO było spełnieniem tej obietnicy, czy też ubocznym skutkiem nagminnego w owym czasie zwyczaju pastwienia się nad młodymi Polakami (mój znajomy, który miał nieszczęście zapoznania się z tym samym komisariatem nieco wcześniej niż Grześ Przemyk, wyszedł stamtąd z uszkodzoną od bicia kością ogonową). Władze komunistyczne przejęły się śmiercią chłopca, dopiero gdy przy kwietnym krzyżu koło kościoła św. Anny SB znalazła ulotki zawiadamiające warszawiaków o mordzie ZOMO. Przeprowadzono dochodzenie mające na celu zatarcie śladów zbrodni. Ponieważ śmierci maturzysty nie dało się zatuszować, winę zwalono na Bogu ducha winną załogę karetki Pogotowia Ratunkowego, która na wezwanie kierownictwa komisariatu MO zabrała go do lekarza. Obydwu pracowników Pogotowia osadzono w areszcie i oficerowie śledczy długo pastwili się psychicznie nad kierowcą karetki Michałem Wysockim oraz sanitariuszem Jackiem Szyzdkiem, by ich wzajemnie na siebie napuścić i skłonić do wzajemnego obciążania nie popełnionymi grzechami. Perfidia uboli zaszła tak daleko, że kazali panu Michałowi przysięgać na różaniec, że nie odwoła kłamstw podyktowanych przez nich i obciążających jego kolegę (jego też straszono, że jak nie będzie posłuszny ubolom, to jego małego synka Piotrusia rozjedzie samochód). Po takim śledztwie sąd PRL skazał ich za pobicie Grzesia, zaś uniewinnił prawdziwych sprawców śmierci chłopca.
Dopiero w III Rzeczypospolitej na wiosnę 1995 roku na ławie oskarżonych zasiadł były ZOMO-wiec Ireneusz Kościuk, który zatrzymał maturzystę na placu Zamkowym, pałką zmusił do wejścia do radiowozu, zaś na komisariacie pierwszy zainicjował bicie. Drugim oskarżonym był oficer dyżurny z komisariatu starszy sierżant Arkadiusz Denkiewicz, oskarżony o to, że nawoływał, by "bić tak, aby nie było śladów na ciele" (ZOMO-wcy tak znakomicie wywiązali się z tego zalecenia, że mdlejący z pobicia chłopiec istotnie nie budził na Pogotowiu żadnych podejrzeń w tym względzie). Byłem sprawozdawcą prasowym na owym procesie i już wtedy zwracałem uwagę na okoliczność, że ci eksmilicjanci są kozłami ofiarnymi za większe grono winowajców. Na ławie oskarżonych powinni byli zasiadać również Bogusław Bielec - dowódca patrolu ZOMO, który zatrzymał Grzesia oraz dowódca innego patrolu ZOMO Piotr Jarmułowicz, również obecny w czasie bicia chłopca (Sam gen. Kiszczak potwierdził w roku 1983 współudział Bielca w pobiciu Grzesia. Zaprzeczając tezie, że pobicie i śmierć chłopca było wynikiem spisku SB, oświadczył on: "Bielec i Kościuk są po prostu żołnierzami z poboru. Gdybyśmy chcieli rozprawić się z Przemykiem, wzięlibyśmy fachmanów". To, że w SB pracowali fachmani od mokrej roboty wiemy z przykładu zamordowanych skrytobójczo księży. Ale i pobicie Grzesia też było dziełem fachmanów nie zostawiających śladów na ciele). Obok tych ZOMO-wców powinien zasiadać na tejże ławie ich dowódca chorąży Wit Jabłoński, który nakazał zatrzymanie chłopca na placu Zamkowym i był obecny w czasie bicia na komisariacie. Wszyscy oni zgodnie kłamią, że żadnego bicia nie było, więc tymczasowe ich aresztowanie, aby zapobiec mataczeniu, mogłoby ułatwić dojście prawdy i wykrycie bezpośrednich sprawców pobicia.
Ponadto na ławie oskarżenia powinni byli zasiąść komendant komisariatu - wówczas kapitan, dziś podpułkownik Konstanty Machnowski oraz wizytujący wówczas komisariat kapitan Roman Gembarowski - naczelnik wydziału Komendy Dzielnicowej MO. Oni wezwali pogotowie ratunkowe, wprowadzając w błąd jego lekarzy poprzez kłamliwą informację, iż chodzi o chorego psychicznie osobnika tarzającego się po bruku i rzucającego w ludzi butami. Skutkiem tego chłopiec z odbitymi wnętrznościami trafił przed oblicze psychiatry, a nie chirurga, który mógł uratować mu życie. Oni również powinni zaliczyć areszt, aby uniknąć mataczenia. Nie widzę istotnych argumentów uzasadniających zaniechanie ich ścigania przez prokuraturę.
Podobnie nie można zrozumieć przyczyn, dla których prokuratura nie powtórzyła czynności okazania obecnych na komisariacie ZOMO-wców jedynemu świadkowi przestępstwa czyli Cezaremu Filizofowi. W czasie PRL-owskiego okazania podejrzanych, niektórzy ZOMO-wcy, jak Piotr Jarmułowicz nie zostali dopuszczeni przez kierownictwo MSW do spotkania z Cezarym Filozofem, który zgłaszał mi niedosyt w kontakcie wizualnym z współuczestnikami zajścia na komisariacie. Mówił mi, że chętnie zobaczyłby wizję lokalną z udziałem uczestników zajścia na komisariacie. Nawiasem mówiąc, ówczesne Kiszczakowe kierownictwo MSW dobrało sobowtórów do osób okazywanych Cezaremu, aby utrudnić mu zadanie rozpoznania winowajców. Dziś takie zabiegi byłyby chyba nie do powtórzenia.
Prokuratura nie podjęła również kroków mających zapewnić bezpieczeństwo jedynemu pozamilicyjnemu świadkowi bicia. W czasie poprzedniego procesu domniemanych morderców Grzegorza Przemyka w 1995 roku musieliśmy wraz z Ligią Urniaż-Grabowską oraz Zofią Romaszewską odwiedzić dom Filozofów w podradomskiej wsi, gdzie krążyły jakieś samochody z anonimowymi typami wyraźnie celem zastraszenia. Później nieznani sprawcy zatkali mu komin i cudem tylko rodzina Filozofów nie uległa zaczadzeniu. Są to ewidentnie sprawki wciąż działającego u nas w Polsce podziemia ubeckiego, kierowanego przez dawnych przełożonych morderców Grzesia Przemyka.
Nawiasem mówiąc, nie wykluczone, że to właśnie kapitan Roman Gembarowski - w owym czasie szef służby wywiadowczej w Komendzie Dzielnicowej MO zna tajemnicę zatrzymania i pobicia Grzesia. Powściągliwość w ściganiu tych wszystkich winowajców tłumaczy się pragnieniem pozorowania działań ze strony postkomunistycznej prokuratury, która jedynie udaje, że chce ścigać komunistycznych zbrodniarzy. Podobnie bywa w innych przypadkach. Tak prokuratura wojskowa udaje, że chce ścigać w sprawie mordu sądowego na naszym bohaterze Ruchu Oporu szefie Kedywu KG AK, gen. "Nilu", czyli Emilu Fieldorfie przebywającą w Oxfordzie Helenę Wolińską-Brusową, gdy w Warszawie pod jej nosem przebywa przez nikogo nie niepokojony Kazimierz Górski - oficer UB, który przesłuchiwał gen. "Nila" i opracował akt oskarżenia uzasadniający żądanie kary śmierci. Po prostu prokuratura konsekwentnie realizuje zobowiązania zaniechania ścigania komunistycznych morderców podjęte w Magdalence podczas rozmów okrągłego stołu. I tu jest pies pogrzebany.
Innym wnioskiem nasuwającym się po uniewinnieniu Ireneusza Kościuka jest postulat przywrócenia obowiązującej w II Rzeczypospolitej instytucji sądu przysięgłych. Zabezpieczałoby to prawdziwą niezawisłość sądu i sprawiedliwość wyroków sądowych.

Jest pełen tekst artykułu, który ukazał się ze skrótami w "Tygodniku Solidarność".

Antoni Zambrowski
artykuły najnowsze | wywiady z autorem | o autorze | felietony TV | o mojej książce |