PUBLICYSTYKA ANTONIEGO ZAMBROWSKIEGO

Sprawa Ketmana czyli o szkodliwości lustracji

(9,11,2004 źródło Asme)

W poniedziałek 11 października br. w programie II TVP w programie red. Jana Pospieszalskiego pt. "Warto rozmawiać" odbyła się dyskusja na temat lustracji domniemanych tajnych współpracowników Służby Bezpieczeństwa. Dyskusję wywołała nieoceniona "Gazeta Wyborcza" swymi atakami na Instytut Pamięci Narodowej, przechowujący teczki dawnych TW. W trakcie dyskusji telewizyjnej wypłynęła sprawa dziennikarza "GW" red. Lesława Maleszki, zdemaskowanego przez swych dawnych kolegów z opozycji jako tajny współpracownik SB o pseudonimie "Ketman". Wbrew zapowiedzi kierownictwa "Gazety" Lesław Maleszka podobno nadal jest jej piszącym współpracownikiem. Przed kilku laty, gdy wybuchła sprawa zdemaskowania "Ketmana", napisałem dla "Najwyższego CZASU!" artykuł na ten temat. Byłem w swoim czasie kolegą Lesława Maleszki. Objęty podwójnym zapisem cenzuralnym "komuny" oraz Jacka Kuronia, by ominąć ten zakaz rozpowszechniania moich szkodliwych przemyśleń, pożyczyłem Lesławowi Maleszce swój maszynopis "Polemik niecenzuralnych" w nadziei, że rozkolportuje go wśród swych kolegów z opozycji w Krakowie (w najczarniejszym śnie nie myślałem, że jeden z kilku zaledwie moich własnych egzemplarzy przekazuję własnoręcznie do archiwum SB). Po wielu latach starłem się z Maleszką jako publicystą "Gazety Wyborczej" na łamach "Tygodnika Solidarność" w obronie prawdy o komunistycznym pogromie Żydów w Kielcach w czerwcu 1946 roku oraz w obronie dobrego imienia ojca prof. Jacka Salija OP, oskarżonego przez Maleszkę o antysemityzm (Ojciec Jacek zaprzyjaźniony z wieloma Polakami żydowskiego pochodzenia, kilku z nich nawrócił na katolicyzm. Ochrzcił m.in. znanego pisarza, autora książki o szwoleżerach księcia Józefa - Mariana Brandysa, męża rzeczniczki Komitetu Obrony Robotników znakomitej aktorki Haliny Mikołajskiej, a nadto Gustawa Szustra alias Stefana Staszewskiego - niegdyś działacza komunistycznego, a później uczestnika opozycji antykomunistycznej, męża autorki "Piety Katyńskiej" Anny Danuty z Żebrowskich Staszewskiej). Oskarżanie o antysemityzm ojca prof. Jacka Salija i jednoczesna obrona czci znanego aryzatora Ludowego Wojska Polskiego, gen. Wojciecha Jaruzelskiego jest najlepszym przykładem pokrętnej logiki Adama Michnika w tym względzie. Po zdemaskowaniu Leszka Maleszki jako TW ps. Ketman napisałem - jako się rzekło - artykuł do "Najwyższego CZASU!" niestety odrzucony przez red. Tomasza Sommera. Sadzę, że obecna dyskusja w TVP2 o Maleszce stwarza sposobność do przypomnienia jego treści czytelnikom ASME.

Sprawa Ketmana

Na łamach "Rzeczypospolitej" ukazał się list otwarty dawnych rzeczników Studenckiego Komitetu Solidarności, działającego niegdyś w Krakowie od maja 1977 roku po tragicznej śmierci studenta UJ Stanisława Pyjasa, zakatowanego przez agentów SB. Ci rzecznicy podali do wiadomości publicznej bulwersujący fakt, iż jeden z ich grona - Lesław Maleszka był od 1976 roku tajnym agentem SB. Rzecznicy napisali expressis verbis:
"Wiemy, że do współpracy został zmuszony i stanowiło to dla niego osobistą tragedię. Wiemy, że bez porównania większą odpowiedzialność i winę ponoszą ci, którzy ustrój tamten tworzyli i podtrzymywali. Podstawą jego było łamanie charakterów i tworzenie systemu donosicieli. Uznajemy jednak, że wszystko to nie usprawiedliwia zdrady naszego byłego przyjaciela".
Według mego rozeznania, do ujawnienia zdrady Leszka Maleszki przyczyniła się publikacja na łamach "Tygodnika Powszechnego" obszernych ustępów z pracy dyplomowej pewnego ubola ze szkoły milicyjnej w Legionowie z zakresu inwigilacji policyjnej. Miał on dostęp do tajnych akt SB, śledzącej działalność krakowskiego SKS i wykorzystał je w swej pracy badawczej. Bronisław Wildstein - dziennikarz "Rzeczypospolitej", niegdyś student UJ i przyjaciel śp. Staszka Pyjasa, czytając te fragmenty na łamach "Tygodnika Powszechnego", stwierdził ku swemu zdumieniu, iż wśród charakterystyk śledzonego grona działaczy SKS brakuje aktywnego opozycjonisty Leszka Maleszki. Co więcej, charakterystyka TW pseudo Ketman pasowała jak ulał do jego właśnie postaci. Zadzwonił wówczas do Maleszki, pracującego w "Gazecie Wyborczej" i powiedział mu: "Wiem, kto był Ketmanem. Czy chcesz spotkać się ze mną?". Spotkali się w kawiarni na Rozdrożu i Maleszka natychmiast mu się przyznał do winy. Wówczas Bronisław Wildstein zawiadomił kolegów z SKS i wraz z nimi podpisał ww. list otwarty. Redaktor "Tygodnika Powszechnego" Krzysztof Kozłowski, nie czekając na wyjaśnienie sprawy, zaprotestował na łamach "Gazety Krakowskiej" przeciwko publicznej demaskacji szpicla i nazwał to donosem.
Odpowiedział mu na łamach "Rzeczypospolitej" Józef Ruszar - jeden z sygnatariuszy listu byłych działaczy SKS, były internowany w wiezieniu w Białołęce i były lektor prowadzący w tym więzieniu modlitwę przez kraty. Sprostował on, że donos - to tajne oskarżenie wobec władzy, zaś oni otwarcie powiadomili o zdradzie kolegi opinię publiczną. Józek Ruszar podał w swym liście dodatkowe okoliczności, obciążające Maleszkę: "SKS był studenckim ruchem, który powstał po zamordowaniu Staszka Pyjasa przez SB. Od samego początku wiedzieliśmy (choć oczywiście nie mieliśmy dowodów) kto to zrobił, i dlatego zorganizowaliśmy demonstrację, aby ludzie dowiedzieli się prawdy. Inaczej mówiąc, SKS był reakcją na morderstwo, a także - do pewnego stopnia - wyjściem z cienia, aby uniemożliwić skrytobójstwa anonimowych studentów opozycjonistów. Opozycyjna działalność istniała już wcześniej, ale śmierć kolegi spowodowała konsolidację. Zaraz zresztą potem nastąpiła kolejna zbrodnia. Kiedy prokuratura - w odpowiedzi na naszą akcję - wszczęła lipne dochodzenie, SB zamordowała świadka Staszka Pietraszkę, który widział, jak Pyjasa eskortowano z akademika i podał rysopis esbeka.
Tak więc wielu studentów, którzy zaangażowali się w ruch, przystąpiło do niego z pobudek moralnych, a nie z powodu czystego buntu politycznego. Zdrada w tym gronie nie jest tylko zdradą polityczną, a współpraca z tajną policją była współpracą z mordercami kolegów. W przypadku Leszka Maleszki - zabójcami
najbliższego kolegi".
Gwoli wyjaśnienia podaję kilka szczegółów: SB szykowała wówczas wielką prowokację w stylu KGB. Nieświadomi grozy sytuacji, dorabialiśmy sobie wyjaśnienia, które miały nas wtedy uspokoić. Tłumaczyliśmy więc sobie, że śmierć Staszka Pyjasa - to wypadek przy pracy. Jakiś ubol w czasie przesłuchania stuknął go za mocno i niechcący zabił. Ale Bronisław Wildstein widział zwłoki Pyjasa w prosektorium i stwierdził, że był to trup człowieka zmasakrowanego, bitego kastetem. Miał on dziurę w łuku brwiowym po silnym uderzeniu szpadryną. Prof. Zdzisław Marek współpracujący z SB w takich przypadkach zaświadczył, iż denat po pijanemu spadł ze schodów i zachłysnął się krwią. Wkrótce został utopiony w Zalewie Solińskim kolega Pyjasa - Stanisław Pietraszko, który był niebezpieczny dla siepaczy z SB, gdyż jako ostatni widział żywego Staszka Pyjasa wyprowadzanego z akademika przez funkcjonariusza i był gotów sporządzić na użytek prokuratury rysopis tego ubola. Wystarczający powód do morderstwa.
"Szanse na ukaranie zabójców Staszka Pyjasa i Staszka Pietraszki są bliskie zeru" - pisze dalej Józef Ruszar i dodaje pod adresem eksministra i senatora Krzysztofa Kozłowskiego: "Po 1989 roku >gruba kreska< i czyszczenie akt zrobiły swoje (W ideologii i realizacji >grubej kreski< miał Pan i swój bezpośredni udział jako czołowy polityk, senator, a także pierwszy niekomunistyczny minister spraw wewnętrznych)". Ruszar domagał się od Kozłowskiego przeprosin za krzywdzące pomówienie i nazwanie donosicielami. Bronisław Wildstein dodaje z kolei kropkę nad i: Krzysztof Kozłowski de facto sprowokował dawnych rzeczników SKS do ujawnienia personaliów Ketmana poprzez druk na łamach "Tygodnika Powszechnego" pracy dyplomowej ubola. W przeciwnym razie podejrzani byliby wszyscy członkowie SKS.
Sam Lesław Maleszka zamieścił w "Gazecie Wyborczej" obszerne wyjaśnienie o swej współpracy z SB. Był to ostatni jego występ w "Gazecie Wyborczej", która odcięła się od swego publicysty, choć podobnie jak Krzysztof Kozłowski jest przeciwniczką lustracji tajnych współpracowników. Podobnie Maleszka, który wyraził życzenie, by społeczeństwo zostawiło w spokoju dawnych szpicli i nie mąciło im błogostanu duchowego. Cóż czynić, gdy nie ma tak dobrze?!
Ze swej strony mogę powiedzieć Leszkowi Maleszce, że jego zdemaskowanie ma i swoje dobre strony. Może teraz żyć wśród ludzi z otwartą przyłbicą bez schizofrenicznego rozdwojenia jaźni na bojownika i zdrajcę w jednej osobie. Ma jeszcze wiele lat życia przed sobą. W świecie było wielu ludzi, którzy za młodu sprzedali swą duszę dyktaturze totalitarnej, ale po latach umieli się przełamać i zachować się godnie. Jednym z nich był komunista węgierski Imre Nagy. Za młodu uciekł on do Moskwy i tam został zwerbowany przez NKWD jako seksot, czyli TW o pseudonimie Wasilij. Miał na sumieniu kilkunastu znajomych zabranych na Łubiankę (kilku z nich stracono). Po śmierci Stalina Imre Nagy został z rekomendacji Berii i Malenkowa premierem rządu odnowy i reform. Obalony przez Rakosiego, został ponownie w październiku 1956 roku premierem rządu rewolucyjnego, zaś aresztowany podstępem przez Rosjan - nie chciał złożyć samokrytyki i wybrał śmierć na szafocie. Dziś jest czczony przez swych rodaków jako bohater narodowy.
Oczywiście nie życzę Leszkowi Maleszce, by własną krwią zmazywał hańbę współpracy z SB. Natomiast życzę mu, by dalszym uczciwym życiem w prawdzie okupił swe tchórzostwo w latach studenckich. Jak wiadomo, etyka chrześcijańska pozwala najgorszemu nawet złoczyńcy mieć szansę na poprawę. Życzę mu, by z tej szansy skorzystał.

PS. Po kilku latach już wiem, że znacznie więcej mych przyjaciół odgrywało podwójną rolę opozycjonistów i donosicieli. Teraz z trudem przyjmują oni gorzką prawdę zdemaskowania przez IPN. "Gazeta Wyborcza" spieszy im z pomocą, atakując lustrację dawnych TW. Twierdzi obłudnie, że nie wierzy w prawdę ubeckich teczek, ale to jest oczywisty wykręt. Tak jak ta sama "Gazeta..." walczy z antysemityzmem w Polsce, broniąc jednocześnie winowajcę największej w PRL czystki antysemickiej w latach 1967 i 1968 gen. Wojciecha Jaruzelskiego, tak i w tej sprawie "Gazeta Wyborcza" nie chce rozdziału pomiędzy dobrem i złem. Tak bowiem łatwiej łowić ryby w mętnej wodzie.

Antoni Zambrowski
artykuły najnowsze | wywiady z autorem | o autorze | felietony TV | o mojej książce |