PUBLICYSTYKA ANTONIEGO ZAMBROWSKIEGO

Solidarni w trzeźwości

(3,06,2004 źródło Asme)

Wydawany w Warszawie przez Wydawnictwo Archidiecezji Warszawskiej "Przegląd Katolicki" - tygodnik poświęcony sprawom religijnym, społecznym i kulturalnym z dnia 15 września 1985 roku (nr 37.) donosił: "27 sierpnia ponowiono pikietowanie sklepu monopolowego przy ul. Piwnej. O godz. 17.30 stanęło tam z dwoma transparentami trzech przedstawicieli przykościelnych bractw trzeźwościowych. Treść napisów wzywała, tak jak poprzednio, do wyrzeczenia się picia wódki, do narodowego otrzeźwienia. Na dziesięć minut przed zamknięciem sklepu pikietę przerwała interwencja MO. Zatrzymano: Zdzisława Cholewińskiego (lat 46, z zawodu technik-elektronik, obecnie rencista), Władysława Janowskiego (lat 60, z zawodu frezer narzędziowy, obecnie rencista dorabiający na pół etatu jako portier) i Antoniego Zambrowskiego (lat 51, ekonomista), których następnego dnia doprowadzono przed Kolegium do spraw Wykroczeń przy Urzędzie Dzielnicowym Warszawa-Śródmieście. Zarzucono im działanie bez zezwolenia, noszenie opasek i znaczków organizacji nie istniejącej legalnie - "Bractwo Otrzeźwienia" oraz tamowanie ruchu. Rozprawy (w trybie przymusowym) rozpoczęły się równocześnie w trzech różnych salach, przez co reprezentujący obwinionych mecenas Edward Wende mógł służyć pomocą prawną tylko jednemu z nich. Zdzisława Cholewińskiego, Władysława Janowskiego i Antoniego Zambrowskiego Kolegium uznało za winnych popełnienia wymienionych wykroczeń i z artykułów 61, 63a i 90 kodeksu wykroczeń [i] orzekło następujące kary: po 50 tys. zł grzywny płatnej natychmiast z zamianą na 50 dni aresztu; przepadek transparentu, opasek i znaczków oraz ogłoszenie o ukaraniu w miejscu pracy i w Radach Narodowych, gdzie renciści pobierają kartki.
Po złożeniu w terminie trzech dni odwołań powyższe sprawy rozpatrywane będą w drugiej instancji".
Notatka ta wymaga kilku wyjaśnień. Byliśmy wszyscy członkami Bractwa Otrzeźwienia przy kościele pod wezwaniem św. Stanisława Kostki na warszawskim Żoliborzu, znanego z mszy za Ojczyznę odprawianych tam przez śp. księdza Jerzego Popiełuszkę. Pikietowanie sklepów monopolowych było naszą reakcją na odczytany w kościołach apel Warszawskiej Kurii Metropolitalnej o powstrzymanie się w sierpniu od picia wódki i o trzeźwość. Tenże apel podpisany przez sufragana warszawskiego, księdza biskupa Władysława Miziołka oraz notariusza księdza prałata Bogusława Bijaka został przedrukowany pod tytułem "Solidarni w trzeźwości" na łamach tygodnika "Przegląd Katolicki" z 4 sierpnia 1985 roku (nr 31). Podobny apel Episkopatu, ogłoszony w roku 1984, cieszył się wielkim powodzeniem w kraju wśród wiernych. Bractwo Otrzeźwienia powołał zmarły w ub. roku. Marcin Przybyłowicz - organizator duszpasterstwa internowanych i przewodniczący rady parafialnej duszpasterstwa. Po zamordowaniu przez SB działacza "Solidarności" Chłopskiej Piotra Bartoszcze w lutym 1984 roku (upozorowanym przez morderców jako nieszczęśliwy wypadek w stanie upojenia alkoholowego) Marcin uznał, że należy założyć Bractwo Otrzeźwienia i demonstrować abstynencję alkoholową, aby nie dawać SB możliwości manipulacji przy następnych mordach skrytobójczych działaczy podziemia. Nawiązał on kontakt z innymi bractwami tego typu, m.in. z oblatami św. Brygidy z Gdańska. Opowiadał mi nasz kolega - górnik z Piekar Śląskich Henryk Potempa, że ze względu na pozytywny wpływ abstynencji na postawę i świadomość braci górniczej, postanowiono przyjmować górników na członków podziemnej "Solidarności" jedynie po uprzednim wstąpieniu kandydata do kościelnego Bractwa Otrzeźwienia.
Pikietowanie rozpoczęliśmy w porozumieniu z gdańskimi oblatami św. Brygidy 14 sierpnia w rocznicę rozpoczęcia strajku w Stoczni Gdańskiej "Lenin" w sierpniu 1980 roku. Działaczka KPN i naszego Bractwa, plastyczka z zawodu Magda Góralska przygotowała nam transparenty i opaski pisane tzw. solidarycą, czyli literami skopiowanymi z logo "Solidarności". Stało się to przyczyną konfliktu z SB, gdyż ubole uznawali to za oznaki nieistniejącej organizacji, czyli zdelegalizowanego na początku stanu wojennego związku. Oblaci w Gdańsku uniknęli konfliktu z SB, gdyż podczas pikietowania sklepów monopolowych w Trójmieście usunęli dla świętego spokoju pisane solidarycą hasła i opaski. Nasz prezes Marcin Przybyłowicz uznał to za zbyt duże ustępstwo wobec władzy WRON-y. W pełni go w tym popieraliśmy. Na zachowanych zdjęciach z pikietowania widać transparenty: "Sierpień miesiącem otrzeźwienia", "Nie pij!", "W Gdańsku nie pili!" (chodzi o prohibicję ogłoszoną przez Międzyzakładowy Komitet Strajkowy z Lechem Wałęsą na czele w sierpniu 1980 roku) oraz "Solidarni w trzeźwości!"
Sklep monopolowy wymieniony w notatce "Przeglądu Katolickiego" mieścił się u wylotu ul. Piwnej, tuż przy placu Zamkowym. Znajdował się on blisko kościoła pod wezwaniem św. Marcina na Piwnej, gdzie w klasztorze Sióstr Franciszkanek Służebnic Krzyża znalazł swą siedzibę Komitet Prymasowski niosący pomoc osobom więzionym za przekonania. Naruszało to przepisy ustawy antyalkoholowej określającej obowiązkową odległość sklepów monopolowych od kościołów i szkół. Dlatego podjęliśmy pikietowanie tego właśnie sklepu. Brałem udział w czterech pikietach w przeciągu dwóch tygodni sierpnia 1985 roku, zanim 27 sierpnia zgarnęli mnie ubole wraz z dojeżdżającym aż z Łodzi Władkiem Janowskim oraz warszawiakiem Zdzisławem Cholewińskim. Asystowałem też pikietującym sklep kolegom studentowi Uniwersytetu Warszawskiego Mariuszowi Kamińskiemu, hutnikowi z huty Warszawa Andrzejowi Stankiewiczowi, Marcinowi Przybyłowiczowi oraz zatrzymanemu wraz z nim M. Umińskiemu. Byłem też obecny na kolegiach, na których skazano ich na wysokie grzywny. Ciekawy szczegół: gdy na kolegium skazano na zapłacenie po 50 tys. złotych grzywny Andrzeja Stankiewicza oraz Mariusza Kamińskiego, w sąsiedniej sali skazano na 30 tys. złotych grzywny kobietę, która prowadziła melinę pijacką. Zapytany przez dziennikarza Mateusza Wyrwicha z podziemnego pisma "Samorządna Rzeczpospolita" o motywy mego udziału w tej akcji, odpowiedziałem mu, że jestem autorem dwóch artykułów o przywódcy indyjskiego ruchu niepodległościowego, mahatmie Ghandim i jego koncepcji czynnej walki bez uciekania się do przemocy zwanej satjagraha. Jeden z nich ukazał się na zamówienie Jana Dworaka - mego kolegi z internowania w redagowanej przez niego "Powściągliwości i Pracy", zaś drugi - po licznych perypetiach w miesięczniku "Więź". Wielu dziennikarzy mówiło mi przy tej sposobności, że to nie jest metoda walki dla Polaków, ponieważ to może być dobre wyłącznie dla Hindusów. Tymczasem z ogłoszonych w formie książkowej więziennych listów pandita Nehru do swej córki Indiry wiedziałem, że mahatma Ghandi poznał metody czynnego oporu bez przemocy podczas swych studiów w Europie, gdyż w owym czasie stosowały je skutecznie dwa narody katolickie - Węgrzy oraz Irlandczycy. Nie widziałem powodów, dla których nie mogła by tego zastosować w swej walce z komunizmem taka chrześcijańska organizacja jak "Solidarność". Dlatego postanowiłem wykorzystać udział w pikietowaniu dla propagandy satjagrahy. Jednym z jej elementów jest nie okazywanie strachu przed więzieniem. Ponieważ za czterech pikietujących zapłacono już bajońską sumę 180 tys. złotych, postanowiliśmy odmówić płacenia grzywny i karę odsiedzieć. Tak trafiliśmy do Zakładu Karnego na Służewcu. Ze strony mych kolegów było to duże poświęcenie, gdyż Władek Janowski cierpiał na marskość wątroby i po kilku latach zmarł, natomiast Zdzisław Cholewiński przeszedł resekcję żołądka i trafił nawet do specjalnej celi dla dietetyków. Wyszedł zresztą na tym jak Zabłocki na mydle, gdyż w tej celi były wszy i opuścił więzienie cały pocętkowany. Mnie z kolei za tę odsiadkę wyrzucono z pracy w kwesturze Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego. W sumie przesiedzieliśmy miesiąc aż do rozprawy rewizyjnej, na której nasz wyrok zatwierdzono. Wówczas Marcin Przybyłowicz zdecydował się na zapłacenie pozostającej reszty grzywny, po czym zostaliśmy zwolnieni. I istotnie nasza akcja wzbudziła na Zachodzie wielkie zainteresowanie jako polski wkład w pokojowe metody walki o prawa człowieka.
W roku następnym Marcin Przybyłowicz ponownie zorganizował akcję pikietowania sklepów monopolowych najpierw na Żoliborzu koło kościoła pod wezwaniem św. Stanisława Kostki. W związku z tym tygodnik "Przegląd Katolicki" nr 37 z dnia 14 września 1986 roku donosił: "25 sierpnia przed Kolegium do spraw Wykroczeń przy Urzędzie Dzielnicowym Warszawa-Wola odbyła się rozprawa uczestników pikietowania sklepów monopolowych: Małgorzaty Berbeckiej, Marcina Przybyłowicza i Witalisa Kozłowskiego. Oskarżono ich o wystawienie na widok publiczny bez zezwolenia transparentu wzywającego do nie picia wódki (art. 63. kodeksu wykroczeń). Obwiniona Małgorzata Berbecka oświadczyła, że jest niewinna. Marcin Przybyłowicz odmówił udziału w rozprawie, ponieważ nie otrzymał formalnego wezwania. Witalis Kozłowski nie stawił się. (...) Nie przybył również oskarżyciel publiczny. (...) Rozprawa została odroczona na czas nieokreślony.
1 września przed Kolegium do spraw Wykroczeń dzielnicy Warszawa-Wola odbyła się rozprawa przeciwko Marcinowi Przybyłowiczowi i Antoniemu Zambrowskiemu, którzy 30 sierpnia, w celu zniechęcenia ewentualnych nabywców do kupna wódki pikietowali sklep monopolowy przy skrzyżowaniu ulic Marchlewskiego i Świerczewskiego.
Marcin Przybyłowicz i Antoni Zambrowski zostali oskarżeni o to, że >wystawili na widok publiczny plakaty w miejscu do tego nie przeznaczonym i bez zgody zarządzającego tym miejscem<. M. Przybyłowicza skazano na 30 tys. zł. grzywny z zamianą na 60 dni aresztu. A. Zambrowskiego na 20 tys. zł. z zamianą na 40 dni aresztu. Obydwaj odmówili zapłacenia wymierzonej grzywny i zostali przewiezieni do aresztu". Tyle informacji w "Przeglądzie Katolickim".
Wyjaśnię, że ulice Juliana Marchlewskiego i gen. Karola Świerczewskiego - to dziś Al. Jana Pawła II oraz Al. Solidarności. Chodzi o narożny sklep "Delikatesów" z działem alkoholowym. Tego dnia była niedziela i wybierałem się do klasztoru sióstr Franciszkanek Służebnic Krzyża w Laskach, by odwiedzić swą ciotkę, siostrę Bonifację. Dzień był upalny i miałem na sobie jedynie letnią koszulę. Po drodze wpadłem do kościoła pw. św. Stanisława Kostkę i tam spotkałem brata Marcina, czyli Marcina Przybyłowicza wraz z dwiema niewiastami: doc. dr Janiną Bartkowską - moją dawną koleżanką z Centralnego Laboratorium Optyki na Kamionku oraz Iloną Cholewińską - żoną Zdzisława Cholewińskiego z ubiegłorocznej pikiety. Wybierali się oni na pikietę sklepu koło Sądów. Ponieważ miałem wątpliwości co do wystarczającej odporności nerwowej naszych niewiast, zmieniłem plany i wybrałem się z nimi na pikietę. Po kilku godzinach nadjechał radiowóz. Już w milicyjnej nysce dowodzący patrolem sierżant po chamsku nawrzeszczał na mocno zdenerwowaną Ilonę Cholewińską, za co skarcił go Marcin Przybyłowicz. Zabrano nas na komisariat przy ul. Żytniej i umieszczono "na dołku", gdzie potwornie zmarzłem w letniej koszuli. Ponadto nudziłem się jak mops w pojedynczej celi. Na szczęście po kilku godzinach umieszczono mnie w celi z moim kolegą - Andrzejem Stankiewiczem - działaczem MRKS w hucie Warszawa. Tym razem nie brał on udziału w pikietowaniu sklepów, lecz trafił na dołek w ramach profilaktycznych zatrzymań przed obchodami rocznicy podpisania porozumień sierpniowych. Następnego dnia dowieziono mnie na kolegium, gdzie tym razem bronił nas z Marcinem mecenas Piotr Łukasz Andrzejewski. Ponieważ odmówiliśmy płacenia grzywny, trafiliśmy do Zakładu Karnego na Służewcu. Ku zgorszeniu księdza prałata Teofila Boguckiego, który liczył, że dając przykład innym odsiedzimy cały wyrok, zostałem wykupiony po 10 dniach, zaś Marcin - po 11. Tym razem pracowałem w Bibliotece Uniwersytetu Warszawskiego i moi przełożeni zachowali się nadzwyczaj przyzwoicie, przywracając mnie do pracy.
"Przegląd Katolicki" nr 47 z dnia 23 listopada 1986 roku donosił pod tytułem "Otrzeźwienie": "Rozprawy odwoławcze uczestników pikiet antyalkoholowych organizowanych przez Bractwo >Otrzeźwienie< zakończyły się w ostatnich dniach października podtrzymaniem orzeczeń wydanych przez kolegia w pierwszej instancji. Wszyscy odpowiadali z art. 63a, par. 1 kodeksu wykroczeń pod zarzutem wystawienia na widok publiczny transparentu bez zezwolenia. Przypominamy, że celem pikiet było poinformowanie ludzi o sierpniowym apelu Episkopatu Polski wzywającym do wstrzymania się od spożywania napojów alkoholowych. Pikiety stały w Warszawie przed pięcioma sklepami monopolowymi (podobne akcje organizowano także w innych miastach).
Kolegia do spraw Wykroczeń skazały uczestników pikiet na następujące kary: Małgorzatę Berbecką na 10 tys. zł grzywny z zamiana na 20 dni aresztu; Ilonę Cholewińską na 8 tys. zł grzywny; Magdalenę Góralską na 50 tys. zł grzywny z zamianą na 50 dni aresztu; Bożenę Koroczycką na 50 tys. zł grzywny z zamianą na 50 dni aresztu; Witalisa Kozłowskiego na 20 tys. zł z zamianą na 40 dni aresztu; Marka Majewskiego na 50 tys. zł grzywny z zamianą na 50 dni aresztu; Eugeniusza Madeja na 50 tys. zł grzywny z zamianą na 50 dni aresztu; Marcina Przybyłowicza - dwukrotnie - na 30 tys. zł grzywny z zamianą na 60 dni aresztu; Antoniego Zambrowskiego na 20 tys. zł grzywny z zamianą na 40 dni aresztu.
Ogółem skazano dziewięć osób na kary grzywny w wysokości - łącznie - 318 tys. zł z zamianą na 420 dni. Doliczyć do tego należy koszty sądowe rozprawy rewizyjnej - po 1500 zł od osoby".
Doszły mnie później słuchy, że niektóre osoby z Bractwa Otrzeźwienia skazane przez kolegium na grzywnę postanowiły odsiedzieć karę w więzieniu. Wśród nich była m.in. Magda Góralska, która wraz z Krystyną Strzeszewską dbała o nasze zaplecze logistyczne - komu podesłać ciepły sweter, a komu - jego dziewczynę na widzenie. One też dbały o odpowiednie nagłośnienie naszej akcji. Gdy Magda poszła siedzieć, zabrakło osoby, która by się tak zatroszczyła o nią. Daliśmy "plamę" i do tej pory odczuwam wstyd za nasze zaniedbanie wobec niej, tym bardziej że straciłem ją z oczu i nie mogłem jej nawet przeprosić. Co czynię na zakończenie mej opowieści.

Antoni Zambrowski
artykuły najnowsze | wywiady z autorem | o autorze | felietony TV | o mojej książce |