PUBLICYSTYKA ANTONIEGO ZAMBROWSKIEGO

Śmierć za śmierć

(14,05,2004 źródło Asme)

9 maja Rosja obchodziła tradycyjnie Dzień Zwycięstwa nad hitlerowskimi Niemcami, który stopniowo staje się dniem chwały oręża rosyjskiego również w późniejszych wojnach toczonych przez ZSRR oraz postkomunistyczną Rosję. Dowodzi tego fakt, że na defiladzie na Placu Czerwonym w Moskwie przed prezydentem Władimirem Putinem maszerowali m.in. uczestnicy walk w Afganistanie i Czeczenii. W takiej właśnie atmosferze odbywały się oficjalne obchody Dnia Zwycięstwa w okupowanym przez Rosjan Groznym - stolicy Czeczenii. Na odbudowanym po zniszczeniach wojennych stadionie klubu sportowego "Dynamo" trwała defilada wojskowa, gdy potężny wybuch pod trybuną rządową poraził całe promoskiewskie kierownictwo republiki. W wyniku obrażeń zmarł mianowany przez prezydenta Putina prezydent Czeczeni Achmad Hadży Kadyrow oraz towarzyszący mu przewodniczący Rady Państwowej Czeczenii Husein Isajew. Nogę stracił stojący obok Kadyrowa dowódca rosyjskich wojsk okupacyjnych w Czeczenii gen. Walerij Baranow. Było wielu rannych, niektórzy (w tym dwoje bodaj dzieci) - poważnie. Niezależnie od tego, kto jest sprawcą tego zamachu, jest to wyjątkowo dotkliwy cios prestiżowy dla Władimira Putina, rozpoczynającego właśnie po królewskiej wręcz inauguracji na Kremlu swą drugą kadencję prezydencką. Po pierwsze, zadaje to kłam tezie propagandowej Kremla, że sytuacja w Czeczenii zmierza ku stopniowej stabilizacji. Po drugie - gdyż Putin osobiście stawiał na Kadyrowa.
Kreml natychmiast ogłosił, iż zamach ten jest aktem terroryzmu, zorganizowanym przez międzynarodowy spisek przy udziale Szamila Basajewa oraz Asłana Maschadowa. Ten punkt widzenia trafił do przekonania Rady Bezpieczeństwa ONZ, która w ostrych słowach potępiła zamach. Tymczasem ukrywający się gdzieś w lesie wódz naczelny partyzantów czeczeńskich i legalny prezydent Czeczenii (wybrany w uczciwych, a nie pozorowanych - jak Kadyrow - wyborach prezydenckich w wolnej jeszcze Czeczenii) gen. Aslan Maschadow ogłosił, że potępia zamach na Kadyrowa jako dzieło rosyjskich służb specjalnych.
Stawianie jednym tchem obok siebie legalnie wybranego prezydenta Czeczenii Aslana Maschadowa oraz odpowiedzialnego za niektóre przynajmniej akty czeczeńskiego terroryzmu dowódcę polowego Szamila Basajewa jest oczywistym nadużyciem, wręcz kłamstwem propagandowym Kremla. Przypomina to ogłoszenia niemieckiego okupanta w Polsce o atakach terrorystycznych agentów Moskwy i Londynu na Niemców. Każdy przytomny Polak wiedział, że Komenda Główna AK nie ma wpływu na poczynania sterowanych z Moskwy oddziałów AL czy deklaracje KC PPR i na odwrót. To samo w Czeczenii. Wiadomo, że Szamil Basajew jest rywalem Maschadowa, przegrał z nim wybory prezydenckie, wbrew niemu podjął w roku 1999 rajd na sąsiadujący z Czeczenią Dagestan, ściągając na Czeczenię odwet Putina i nadal prowadzi działalność sprzeczną z dyrektywami Maschadowa. Kreml dobrze wie o tym, ale nie przeszkadza to mu w prowadzeniu tak załganej propagandy "antyterrorystycznej". W dodatku Kreml sam został przyłapany przez władze Kataru na działalności terrorystycznej agentów rosyjskich służb specjalnych, działających pod przykryciem ambasady rosyjskiej. Wszak to agenci FSB 13 lutego br. wysadzili w powietrze koło meczetu w stolicy Kataru Dausze samochód Zelimchana Jandarbijewa - czeczeńskiego poety i tymczasowego prezydenta Czeczeńskiej Republiki Iczkerii po tragicznej śmierci jej pierwszego prezydenta, gen. Dziohara Dudajewa, zabitego w lesie rosyjską rakietą naprowadzoną z samolotu na jego telefon satelitarny. Niestety, zachodni przyjaciele prezydenta Putina stosują jak zwykle podwójne standardy, potępiając domniemany terroryzm czeczeński, a przymykając oko na terroryzm ewidentnie moskiewski.
Najlepszym przykładem jest sprawa stosowania tortur na jeńcach irackich przez strażników amerykańskich i brytyjskich w więzieniu w Bagdadzie. Opinia publiczna na świecie oraz opozycja w USA oraz W. Brytanii domaga się ustąpienia osób ze świecznika, odpowiedzialnych za ten skandal. O znacznie gorszym zachowaniu wojska rosyjskiego w Czeczenii, stosującego nagminnie tortury, porywającego z domów ludzi, mordującego cywilów, gwałcącego kobiety i rabującego mienie mieszkańców podczas tzw. zaczystek (przeszukiwaniu domów) piszą stale organizacje broniące praw człowieka, ale milczą rosyjskie środki przekazu i zagraniczni dyplomaci. Nie ma oczywiście mowy o tym, by z równym oburzeniem, co amerykańskiego szefa Pentagonu za takie nieludzkie praktyki potraktowano rosyjskiego ministra obrony Siergieja Iwanowa - przyszłego następcy Putina. W myśl europejskich standardów rodem z Teheranu i Jałty Putinowi jako następcy Stalina wolno wszystko, ponieważ jak Stalin przeciwko Hitlerowi, tak Putin jest potrzebny do wspólnej walki z międzynarodowym terroryzmem. No i - jak powiedział z goryczą p.o. marszałka czeczeńskiego parlamentu i mój przyjaciel Sejlam Bieszajew - "w odróżnieniu od rosyjskiej ropy i gazu czeczeńska krew nie ma notowań na giełdzie".
Pozostaje jeszcze rzeczą do ustalenia, kto zabił putinowskiego namiestnika. Putin sugerujący odpowiedzialność czeczeńskich separatystów i terrorystów jednocześnie stwierdził, że Achmad Hadży Kadyrow własną piersią chronił Czeczenów przed rosyjskim odwetem. Odpowiadało to taktyce Putina czeczenizacji tej wojny. Putinowi wciąż zależy (niczym niegdyś Stalinowi w Polsce), by zamiast wojny czeczeno-rosyjskiej stała się ona wojną pomiędzy Czeczenami, by prorosyjscy Czeczeni sami zwalczali niepodległościowych partyzantów. Dlatego mianował znanego z okrucieństwa wobec partyzantów syna Kadyrowa Ramzana (za życia ojca - szefa jego ochrony osobistej, a de facto superszefa służby bezpieczeństwa) wicepremierem prorosyjskiego rządu. W kraju zemsty rodowej Kadyrow mógł narazić się na odwet rodzin swych ofiar, ale mógł również podpaść rosyjskim generałom. Zwłaszcza, że coraz bardziej koncentrował w swym ręku kontrolę nad czeczeńskim majątkiem, zwłaszcza nad czeczeńską ropą. A w Rosji - jak wiadomo - w gangsterskich dintojrach zwanych tam "razborkami" morduje się nagminnie ludzi interesu i wpływowych urzędników dla znacznie mniejszych sum niż te, które kontrolował Kadyrow. Więc sugestie Maschadowa nie są surrealistyczne. Obok czeczeńskiego śladu trzeba postrzegać też i ślad rosyjskich służb specjalnych, jak to było i podczas wybuchów domów mieszkalnych w Moskwie i Wołgodońsku w lecie 1999 roku (a zwłaszcza w Riazaniu, gdzie niedoszłych "terrorystów" przyłapali mieszkańcy i okazało się, iż są oni z FSB). Tym bardziej, że obecnie wyszły w Rosji na jaw kremlowskie tajemnice o milionowych łapówkach, których domagało się otoczenie prezydenta Borysa Jelcyna od prezydenta Dudajewa jako ceny pokoju z Czeczenią. Skutkiem jego odmowy był najpierw pierwszy najazd rosyjski na Czeczenię, następnie rajd Szamila Basajewa na Budionowsk (za karę za nie wywiązywanie się z ustaleń po ostatecznym wypłaceniu łapówki) i ostatecznie śmierć prezydenta Dudajewa od rakiety w lesie.
W Rosji zawsze władza była krwawa i skorumpowana. Była to prawda Poliszynela, więc w II Rzeczypospolitej polski aktor Adolf Dymsza grał w komedii filmowej polskiego złodzieja z powodzeniem udającego rosyjskiego gubernatora. Dziś Polska jest wolna od - rosyjskich - skorumpowanych satrapów, natomiast Czeczenia wciąż jeszcze toczy swą walkę o wolność. Jest ona osamotniona w swej walce m.in. i z tej przyczyny, że europejskim liberałom myli się prawo do obrony integralności terytorialnej danego kraju z negowaniem prawa narodów do samostanowienia. Nawet znany rosyjski obrońca praw człowieka Siergiej Kowalow w rozmowie ze mną nie umiał rozwiązać tej sprzeczności. Tymczasem rozwiązanie musi być proste: integralności swego terytorium broni państwo przed roszczeniami innego państwa. Prawa narodu do samostanowienia łamie państwo wielonarodowe, które w imię zachowania integralności swego terytorium odmawia jednemu z mieszkających w nim narodów prawa do utworzenia własnego państwa narodowego. W tym przypadku prawo do samostanowienia musi być prawem wyższego rzędu. Wówczas prezydent Putin nie będzie mógł w imię wielkości Rosji mordować z demokratycznym frazesem na ustach walczących o wolność Czeczenów. I dlatego pozwolę sobie nie zgodzić się z rezolucją Rady Bezpieczeństwa ONZ, ponieważ nasi chłopcy warszawscy, którzy zabili szefa Gestapo Kutscherę i wzniecili Powstanie w swym mieście - również nie byli terrorystami. W stanie wojennym propagowałem czynny opór "komunie" bez uciekania się do gwałtu w myśl zasad mahatmy Ghandiego i dwukrotnie poszedłem za to do więzienia na Służewcu, by zademonstrować, że te metody non violance pasują dla polskiego ruchu oporu. Ale chylę czoła przed polskimi partyzantami, którzy w czasie wojny wyzwoleńczej z bronią w ręku stawiali opór niemieckiemu okupantowi. To samo się tyczy Czeczenów.

Antoni Zambrowski
artykuły najnowsze | wywiady z autorem | o autorze | felietony TV | o mojej książce |