PUBLICYSTYKA ANTONIEGO ZAMBROWSKIEGO

Nie trzeba biblioteki - polemika

(22,01,2004 źródło Asme)

Jak zapewne zauważyli nasi czytelnicy, mój spór "Nową Myślą Polską" z konieczności przeniósł się z łamów "Najwyższego CZASU!" do internetowego ASME, ponieważ "NCz!" nie był zainteresowany zamieszczeniem mej odpowiedzi na zarzuty "NMP". Trudno. Pan Krzysztof Nagrodzki podjął mimo to następną rundę polemiki ze mną już na swoich łamach, przedrukowując uprzejmie mą odpowiedź na jego krytykę i upierając się nadal przy swych wobec mnie pretensjach. (Na łamy "NMP" trafiła wszakże nie przesłana przeze mnie do ich redakcji wersja odpowiedzi, lecz nieco krótsza, zamieszczona w internecie na witrynie ASME, co świadczy o tym, że w "NMP" śledzą za działalności witryny. Mała rzecz, a cieszy.) Polemika ze mną ukazała się w numerze 4 "NMP" z dnia 25 stycznia br. pod tytułem "Polemiki. Jak Zambrowski zrobił z nas antysemitów". Przypomnę, że w numerze świątecznym "NMP" nr 51/52 z ub. roku red. Krzysztof Nagrodzki wyraził wobec mnie pretensje oto, że w polemice z raportem Stowarzyszenia Otwarta Rzeczypospolita pod tytułem "Zamiast procesu" pióra Sergiusza Kowalskiego i Magdaleny Tulli, dotyczącym języka nienawiści, ksenofobii i antysemityzmu, zarzucając autorom manipulację, podałem wśród tytułów najbardziej antysemickich pism w Polsce pominiętych świadomie w raporcie również "Nową Myśl Polską". Pan Nagrodzki zapytał mnie wręcz: "...czy zasłużenie, panie Antoni?". I dodał propozycję, bym w bibliotece przejrzał pod katem poszukiwania treści antysemickich roczniki jego tygodnika. Felieton p. Nagrodzkiego zatytułowano "Zambrowski do... biblioteki", co było żartobliwą trawestacją słynnego hasła uboli z marca 1968 roku "Zambrowski do Biura", penetrujących z tym hasłem na ustach szeregi manifestacji studenckich domagających się przywrócenia przedstawień mickiewiczowskich "Dziadów" na scenie Teatru Narodowego w Warszawie, zdjętych przez władze komunistyczne w imię przyjaźni polsko-radzieckiej. Swą propozycję poszukiwań w bibliotece p. Nagrodzki uzasadnił tezą, iż - cytuję - "na grzeszne miano rasisty trzeba zapracować". Chciałbym tu zwrócić uwagę czytelników, że p. Nagrodzki w swym felietonie niesłusznie traktuje pojęcia rasisty i antysemity wymiennie, co jest rzeczą merytorycznie niesłuszną. Są bowiem rasiści-filosemici i antysemici-nie rasiści. W swej odpowiedzi przesłanej do redakcji "Nowej Myśli Polskiej" i zatytułowanej "Prostuję umyślne nieporozumienie" przytoczyłem m.in. świadectwo Kazimierza Brandysa, że narzucane przed II wojną światową przez bojówki ONR na polskich uczelniach getta ławkowe obejmowały jedynie studentów starozakonnych. Chrześcijan pochodzenia żydowskiego one nie dotyczyły, choć z innej strony znany był przypadek spoliczkowania przez bojówkę Falangi księdza katolickiego Pudra podczas mszy prymicyjnej z uwagi na jego żydowskie pochodzenie. Przytoczyłem też przypadek opowiedziany w Polskim Radiu w czasach PRL, kiedy pewien anonimowy dziś dla mnie polski Żyd opowiadał, jak zatrzymany przez ONR-owską studencką bojówkę przy wejściu na Uniwersytet Warszawski, przyznał, iż istotnie jest starozakonny, ale mimo to czuje się Polakiem i został bez żadnych wstrętów dopuszczony na zajęcia. Dodajmy jeszcze, że urzędowe władze sanacyjne przeciwstawiały się ONR-owskim burdom na uczelniach wyższych, możliwym dzięki autonomii uniwersyteckiej, wskutek czego policja państwowa nie mogła na terenie wyższej uczelni interweniować w obronie praw obywatelskich studentów narodowości żydowskiej. Władze II Rzeczypospolitej zdawały sobie sprawę, że tarcia polsko-żydowskie mają podłoże przede wszystkim gospodarcze i wynikają z dużego bezrobocia (m.in. wśród inteligencji), spowodowanego długotrwałym kryzysem światowym. Dlatego popierały ruch syjonistyczny, który mógł ułatwić pozbycie się nadmiernej liczby rąk do pracy.
Ponieważ p. Nagrodzki suponował, iż w swej polemice z raportem Otwartej Rzeczypospolitej kontynuowałem niejako ich cele, denuncjując "Nową Myśl Polską" jako pismo bardziej antysemickie od tych, w których sam pisuje, odpowiedziałem, że autorzy raportu znali "Nową Myśl Polską" bez mych podpowiedzi, zwłaszcza że stosunek "NMP" do Żydów mnie nie animuje, jako że mamy w Polsce wolność słowa. Dodam przy sposobności, że w wielu swych artykułach podkreślałem z uznaniem, że upadek komunizmu w Polsce oznacza koniec charakterystycznego dla PRL antysemityzmu urzędowego (lub - jak to woli państwowego) narzucanego z Kremla (wytł. ASME). Dziś w III Rzeczypospolitej antysemityzm został oddzielony od państwa i jest sprawą prywatną obywatela. Natomiast demaskuję obłudę lewicy laickiej oskarżającej o szerzenie antysemityzmu Kościół katolicki, a pomijającej zasługi w tym względzie wielu przyjaciół Adama Michnika na lewicy, w tym w pierwszym rzędzie gen. Wojciecha Jaruzelskiego - inicjatora antysemickiej czystki w jego resorcie po wojnie Sześciodniowej w 1967 roku. Nawiasem mówiąc, jak to często bywało w PRL - antysemityzm służył jako przykrywka działań antypolskich, gdyż pod tą zasłoną dymną w latach 1967 i 1968 wyrzucono z wojska wielu polskich patriotów podpadniętych Moskwie, jak generałowie Uziembło i Kuropieska. Szczytem cynizmu było usuniecie z wojska gen. Tadeusza Bończa-Pióry pod kłamliwym zarzutem ukrycia przed partią swego żydowskiego pochodzenia (gen. Pióro pochodził z rodziny ziemiańskiej i był za to szykanowany przez Informację Wojskową w czasach stalinowskich).
Moja odpowiedź atoli niezadowoliła p. Nagrodzkiego i redakcję "NMP". W swej odpowiedzi "Mimo wszystko do biblioteki" podejmuje on polemikę z następującym ustępem mej odpowiedzi: "przytoczyłem >Nową Myśl Polską< jako pismo znacznie bardziej krytyczne względem środowisk żydowskich w Polsce niż analizowane w raporcie pisma prawicowe, aby wykazać manipulację autorów raportu, atakujących celowo nie przypadki skrajne, lecz postawy bardziej umiarkowane". Pan Nagrodzki nie uznał za wystarczające mego tłumaczenia i zapytał mnie, na jakiej podstawie uważam "Nową Myśl Polską" za pismo bardziej krytyczne - jak sam dodaje: "skrajne" - od bardziej umiarkowanych, wymienionych w raporcie Otwartej Rzeczypospolitej. W tym jest pies pogrzebany, że pan Nagrodzki wciąż usiłuje polemizować ze mną o raporcie Otwartej Rzeczypospolitej bez shańbienia się znajomością tego opracowania. Dlatego wyjaśniam ponownie, że to nie ja, lecz Sergiusz Kowalski i Magdalena Tulli sklasyfikowali "Myśl Polską" wśród - cytuję - "publikacji skrajnych, najbardziej wulgarnych i naprawdę marginalnych", dodając jeszcze, iż pisują w niej publicyści znani z Marca 1968 roku. Panie Krzysztofie, podzielam pana ból, ale to nie moja wina. Postawiłbym w tym miejscy kropkę i odwzajemnił panu Krzysztofowi i całej redakcji wyrazy poważania oraz życzenia wszelkiego dobra w Nowym 2004 Roku, gdyby nie inny bohater raportu Otwartej Rzeczypospolitej, pan Dariusz Ratajczak. We wstępie do raportu jego autorzy nie szczędzą mu ostrych słów za kłamstwa oświęcimskie i antysemityzm. Mimo to wziął on na ząb nie ich, lecz ich polemistę, czyli moją skromną osobę i w felietonie o Szymonie Szurmieju ni z gruszki, ni z pietruszki pisze: "Szurmiej, >Metys< z pochodzenia [określenie znawcy tematu, "Żyda-antysemity" p. Antoniego Zambrowskiego]". Na Szurmieju się nie znam, więc znawcą tematu nie jestem. W artykule "Sergiusz Kowalski w roli pastucha" użyłem dla określenia osób pochodzących z mieszanych rodzin aryjsko-żydowskich dwóch określeń: stalinowskiego (Metysi) oraz hitlerowskiego (Mischlingi). Dla znawców przedmiotu, czyli epoki stalinowskich czystek etnicznych nie ma w tym nic nowego. Zastanawia mnie atoli, do czego p. D. Ratajczakowi potrzebne były użyte pod mym adresem dwa epitety "Żyda" i "antysemity"? Co do wartości oskarżeń mnie przez Sergiusza Kowalskiego oraz Magdalenę Tulli o antysemityzm - mamy wszyscy zdawałoby się zdanie wyrobione. Wszak zyskałem w tym punkcie uznanie wyrażone przez pana Nagrodzkiego. Mego artykułu o Sergiuszu Kowalskim p. Ratajczak najwyraźniej nie doczytał, gdyż znalazłby w nim również przytyk, iż Sergiusz zalicza mnie w ślad za propagandzistami z PZPR i SB z Marca 1968 roku do grona Żydów - bez pytania mnie w tej materii o zdanie. Był to krok o tyle go kompromitujący, że zarzucał on w raporcie swym adwersarzom niedopuszczalne jego zdaniem określanie narodowości danej osoby bez uwzględniania jej samoświadomości narodowej. Co się mnie tyczy, to nigdy w mym długim życiu nie deklarowałem swej przynależności do "narodu wybranego". Narodowość i w Rosji i w Polsce podawałem zawsze polską, zaś wyznanie - rzymsko-katolickie (za młodu jak wielu z pokolenia ZMP-owców odszedłem od wiary, by do niej wrócić w więzieniu). W roku 1967 po usunięciu mnie z szeregów PZPR i w ślad za tym z pracy na Uniwersytecie Warszawskim za obronę stanowiska Episkopatu z księdzem Prymasem Wyszyńskim na czele, wziąłem konspiracyjnie ślub kościelny z mą ówczesną żoną, co natychmiast wytropiła SB. Władze partyjne były tym bardzo zdegustowane. Po aresztowaniu mnie w marcu 1968 roku propaganda partyjna piętnowała mnie i jako reakcyjnego katolika, i jako syjonistę. To drugie było oczywistym kłamstwem, gdyż podczas wyrzucania z partii stawiano mi m.in. (w lipcu 1966 roku, a więc przed wojną Sześciodniową) głupio brzmiące później zarzuty o sympatie do prezydenta Egiptu Gamala Abdela Nasera. Toteż nagłaśnianie w ówczesnych środkach przekazu PZPR i PAX-u mojej osoby jako Żyda zawsze odbierałem jako chwyt propagandy partyjnej mającej mnie zdyskredytować właśnie za opowiedzenie się po stronie prześladowanego przez władze komunistyczne Kościoła, tym bardziej że zostałem skazany m.in. za określenie polityki PRL wobec Kościoła jako Kulturkampf na 1,5 roku pozbawienia wolności. Dlatego też inwektywy pana Ratajczaka pod moim adresem traktuję jako kompromitujące świadectwo jego, a nie mojej postawy. Jego felieton ukazał się na stronie redagowanej m.in. przez p. Krzysztofa Szleca, któremu na łamach "Głosu" zarzuciłem powtarzanie ubeckich bredni pod adresem księdza Prymasa Wyszyńskiego. Nie wykluczone, że jest to jego zemsta za tamte sprostowanie. Nasuwa się wszelako pytanie pod adresem pana Krzysztofa Nagrodzkiego. Czy po takiej wpadce waszej redakcji nadal upiera się pan przy moich pracach w bibliotece?
W tej przykrej historii jest jedna satysfakcjonująca mnie strona. Udało mi się przebić na łamy "Nowej Myśli Polskiej" z otwartą przyłbicą. W swoim czasie jeszcze na łamach starej "Myśli Polskiej" pochwalił mnie w lipcu 1996 roku p. Zbigniew Lipiński za mój czynny udział w przeciwstawieniu zorganizowanej przez ówczesnego premiera Włodzimierza Cimoszewicza drugiej prowokacji kieleckiej (zorganizowałem z ramienia "Tygodnika Solidarność" uroczystość pod pomnikiem Ofiar Terroru Stalinowskiego przy kościele św. Katarzyny połączoną z promocją książki Krzysztofa Kąkolewskiego "Umarły cmentarz", odsłaniającej kulisy ubeckiej prowokacji w Kielcach w roku 1946). Nie wymienił mnie wtedy z nazwiska - najwyraźniej mu nie pasowało. Teraz już przy nowym składzie redakcji przy sposobności polemik wokół raportu Otwartej Rzeczypospolitej udało mi się zaistnieć na łamach "NMP" i powiedzieć czytelnikom to, co miałem do powiedzenia. Gdyby nie Ratajczakowa łyżka dziegciu, byłaby cała micha miodu. A tak wyszła konfuzja nie przeze mnie zawiniona. I cała misterna robota pana Krzysztofa Nagrodzkiego na nic.

Antoni Zambrowski
artykuły najnowsze | wywiady z autorem | o autorze | felietony TV | o mojej książce |