PUBLICYSTYKA ANTONIEGO ZAMBROWSKIEGO

Nie szkodzić Polsce !

(27,08,2004 źródło Asme)

Poczułem się tym razem przywołany do tablicy dzięki artykułowi Stanisława Michalkiewicza w najnowszym podwójnym numerze "Najwyższego CZASU!". Powołał się on na mnie, wymienionego z imienia i nazwiska, w sprawie rodowitych Polaków, dla korzyści majątkowych deklarujących swe rzekome żydowskie pochodzenie. (Chodziło o propagowane przez nieocenioną w tych sprawach "Gazetę Wyborczą" oraz jej dodatki, jak "Wysokie Obcasy" koszulki gimnastyczne z różnymi napisami, m.in. z napisem "Jestem Żydem!") Winienem wdzięczność memu koledze Stanisławowi Michalkiewiczowi za przypominanie o moim istnieniu na łamach "Najwyższego CZASU!", zwłaszcza w czasach, gdy redaktorzy tego cenionego przeze mnie tygodnika uparcie odmawiają mi możliwości współpracy z nim, konsekwentnie odrzucając moje teksty. Przynajmniej w tej postaci jednak na łamach zaistniałem. Jeśli chodzi o meritum sprawy, to chodziło mi jednak o coś innego. Wypieranie się polskości dla miłego grosza boli mnie najbardziej w przypadku Ślązaków z Opolszczyzny. Tam obserwujemy masowy ruch Volksdeutschów III Rzeczypospolitej (być może nawet Reichdeutschów), z całą powagą i wręcz entuzjazmem deklarujących narodowość niemiecką mimo słowiańskich nazwisk (jak Bartodziej czy Paździor) oraz doskonałej znajomości gwary śląskiej, którą posługują się na co dzień w domu. Owszem znają również język niemiecki i tę znajomość wysuwają w III RP na pierwszy plan dla korzyści materialnych, jakie zapewnia przyjaźń z sypiącymi obficie groszem Landami RFN. W PRL, która była państwem z założenia ideowego jednonarodowym, ci sami ludzie deklarowali narodowość polską i mieli nawet czasem (jak poseł Kroll) bardziej po polsku brzmiące nazwiska (Tamtejsza atmosfera działa zmyłkowo i na osoby postronne. Mieszkający w Opolu pan Dariusz Ratajczak deklaruje się jako polski narodowiec, a mimo to jest germanofilem i na łamach "Najwyższego CZASU!" propaguje rycerskie przymioty Waffen SS, co świetnie koresponduje z 60. rocznicą Powstania Warszawskiego. Polskie środki przekazu pełne są dziś - w związku z obchodami tej rocznicy - opisów zbrodniczych wyczynów owych rycerskich SS-manów pacyfikujących krwawo Wolę i Ochotę).
Co się tyczy Polaków udających Żydów, to jest to zjawisko mniej groźne, ponieważ państwo Izrael dąży do skupienia żywiołów żydowskich u siebie w tropikalnej Ziemi Obiecanej i nie ma roszczeń terytorialnych wobec Polski (Żydzi podobnie jak Niemcy mają prywatne roszczenia majątkowe wobec Polaków i to jest zjawisko nader groźne, ale nie tak niebezpieczne dla naszego bytu narodowego jak niemieckie roszczenia terytorialne. Oczywiście państwo niemieckie w chwili obecnej urzędowo wyrzeka się wszelkich roszczeń wobec Polski, ale może to być skutkiem wymyślonej niegdyś pospołu przez Hitlera i Stalina taktyki salami, polegającej na rozpracowywaniu ofiary krok po kroku małymi plasterkami.). Piszę o niemieckich roszczeniach z dużą przykrością, gdyż czuję się jak naiwny frajer wyprowadzony w pole przez cwaniaków. Przez wiele lat byłem zwolennikiem porozumienia polsko-niemieckiego i poniosłem w PRL przykre konsekwencje swego stanowiska. Przyjąłem za swoje stanowisko polskiego Episkopatu Kościoła Katolickiego z księdzem Prymasem kardynałem Stefanem Wyszyńskim w czasie obchodów Millenium chrześcijaństwa w Polsce w roku 1966 i brałem udział w manifestacji młodzieży katolickiej w 26 czerwca owego roku na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie, rozpędzonej brutalnie przez ZOMO. Hasła manifestacji nawiązywały do słów listu polskich biskupów do biskupów niemieckich: "Przebaczamy i prosimy o przebaczenie". Za poparcie dla Episkopatu zostałem wówczas wydalony z szeregów PZPR, w ślad za tym usunięty z pracy na Uniwersytecie Warszawskim, a następnie uwięziony przez prawie półtora roku w więzieniu na Mokotowie i w Barczewie. Dziś odbieram niemieckie roszczenia wobec Polski i Polaków jako nadużycie zaufania, powiem więcej - czuję się wręcz wystrychnięty na dudka.
Zdanie, na które powołuje się Stanisław Michalkiewicz, sformułowane przeze mnie na łamach "Najwyższego CZASU!", miało atoli inny wydźwięk, gdyż dotyczyło tzw. mischlingów lub metysów (według odpowiednio hitlerowskiej lub stalinowskiej terminologii urzędowej), czyli polsko-żydowskich pomieszańców. Otóż novum w porównaniu do czasów PRL polega na tym, że osoby mające połowę, ćwierć, 1/8, 1/16 itp. tzw. krwi żydowskiej w sprzyjającej atmosferze III Rzeczypospolitej deklarują 100%-wą narodowość żydowską. W PRL, które było państwem jednonarodowym, te same osoby deklarowały narodowość polską i skrzętnie ukrywały swe żydowskie korzenie. Jako dziennikarz "Tygodnika Solidarność" poznałem kiedyś młodą panienkę o niebieskich oczach i jasnych włosach, o katolickim imieniu i polskim nazwisku, która z całą szczerością opowiedziała mi, że pochodzi z rodziny o korzeniach polsko-białorusko-litewsko-żydowskich. Ta panienka czuła się atoli 100-procentową Żydówką i pracowała w żydowskim piśmie młodzieżowym "Jidełe". Na tym właśnie polega specyfika nowych czasów, na co starałem się zwrócić uwagę PT czytelników. Ponieważ w życiu społecznym istnieje zjawisko pewnego bezwładu poznawczego, ludzie często odwołują się do stereotypów z czasów minionych. W II Rzeczypospolitej narodowość i wyznanie religijne osób publicznych nie stanowiły dla obywateli i wyborców żadnej tajemnicy. W związku z tym wiedziało się - jak mawiała pracująca ze mną przed 1968 rokiem Żydówka - who is who, a kto jest amhu (czyli swój dla Żydów). W PRL przeciwnie wszyscy byli z urzędu Polakami i jedynie osoby podpadające władzy mogły być zdemaskowane jako krypto-Żydzi. W wielu przypadkach odpowiadało to prawdzie, gdyż wśród osób na świeczniku było wielu Żydów albo Polaków żydowskiego pochodzenia, wywodzących się z KPP. Należało się wszelako liczyć z manipulacją, gdyż dezinformacja propagandowa ze źródeł partyjnych lub ubeckich bardzo często przypisywała żydowskie pochodzenie zupełnie fałszywie, dla dyskredytacji przeciwnika. Znany był przypadek zwycięstwa wyborczego tow. Władysława Kruczka na konferencji wojewódzkiej PZPR w Rzeszowie po przełomie październikowym 1956 roku, kiedy przywieziony w teczce z Warszawy przez Gomułkę jako kandydat na I sekretarza KW tow. Zenon Wróblewski przepadł, ponieważ wskutek braku czujności nie sprostował fałszywej informacji, iż jest Żydem. Po wojnie 6-dniowej pomiędzy Izraelem a krajami arabskimi klika gen. Wojciecha Jaruzelskiego w Ludowym Wojsku Polskim rozrabiała na zebraniach partyjnych jako rzekomego Żyda swego ministra marszałka Mariana Spychalskiego (Dla większej pewności rozrabiano jako rzekomą Żydówkę również jego żonę. Te propagandowe bzdury są aż do dziś traktowane z całą powagą przez niektórych naiwnych historyków). Pod tą presją ugiął się nawet wszechwładny tow. Wiesław i po ustąpieniu Edwarda Ochaba ze stanowiska przewodniczącego Rady Państwa awansował marszałka Spychalskiego na ten urząd, zwalniając ku radości Moskwy stanowisko ministra MON dla gen. W. Jaruzelskiego. Szczytem bezczelności było wydalenie na wiosnę 1968 roku z szeregów PZPR pochodzącego z ziemiańskiej i katolickiej rodziny gen. Tadeusza Bończa-Pióry pod wyssanym z palca zarzutem, iż naprawdę nazywa się Feder i ukrył przed Partią swe żydowskie pochodzenie. Ta manipulacja dała gen. Jaruzelskiemu sposobność do natychmiastowego wyrzucenia gen. Pióry z wojska, na czym zależało moskiewskim mocodawcom. Poza tym Partia w ramach tej samej doktryny jednonarodowego państwa skrzętnie ukrywała obce pochodzenie swych działaczy, przedstawiając licznych dostojników partyjnych, państwowych lub ubeckich o ukraińskim, białoruskim lub niemieckim pochodzeniu - jako rodowitych Polaków. Za polskiego nacjonalistę uchodził nagłaśniany przez propagandę narodowo-radykalną w PZPR gen. Mieczysław Moczar, który z domu nazywał się Nikołaj Tichonowicz Diomko i był ochrzczony w Łodzi w cerkwi prawosławnej, co mu zapewniało poważne atuty po 17 września 1939 w okupowanym przez Sowiety Białymstoku. (Przy sposobności chciałbym sprostować błąd doktora Piotra Gontarczyka, który w swej książce o PPR konsekwentnie nazywa gen. Moczara z ukraińska Mykołą Demko. W carskiej Rosji, a więc i w Priwislińskim Kraju, cerkiew prawosławna była rosyjska, a nie ukraińska i przy chrzcie Moczarowi nadano imię rosyjskie Nikołaj, a nie ukraińskie Mykoła. Co się tyczy pisowni nazwiska, to ludzie nie znający rosyjskiego mylą często literę jo z literą je wskutek częstej praktyki opuszczania dla wygody kropeczek nad literą jo. Po rosyjsku pisze się Diemko, ale powinno się czytać Diomko, zwłaszcza kiedy ta sylaba jest akcentowana). Minister bezpieczeństwa w PRL Stanisław Radkiewicz przed wojną uchodził za komsomolca białoruskiego (zanim został I sekretarzem KC KZM, był sekretarzem KC KZM Zachodniej Białorusi) i miał stosowny pseudonim "Pietia". Po wojnie uchodził już za rodowitego Polaka. Miałem w swoim czasie ministra tow. Aleksandra Burskiego, który w czasie wojny był oficerem politycznym w oddziale partyzanckim tow. Moczara i jako taki był oczywiście rodowitym Polakiem. Po wojnie podpadł atoli tow. Bierutowi, gdyż - jak opowiadali starsi wiekiem ode mnie towarzysze - ułatwił swej rodzinie w Łodzi wyjazd do Niemiec jako byłym Volksdeutschom. W Polsce praktycznie nie było oporów przeciwko polonizacji mniejszości narodowych (za wyjątkiem polonizujących się Żydów) i pamiętam tow. Stanisława Werewkę, (co po ukraińsku oznacza sznurek), który pracował w KC PZPR jako sekretarz u tow. Bolesława Jaszczuka. Podobno przed wojną miał on na imię Borys. Nie budziło to u ludzi żadnych oporów, które by powstały, gdyby u szefa Żyda pracował jako sekretarz taki sam Żydowin. A tak wszyscy oni uchodzili w Partii za zwykłych Polaków. Wszystkie te praktyki miały sens w atmosferze państwa jednonarodowego. Wówczas wszyscy porządni obywatele byli z definicji Polakami i jedynie podpadający ideowo Partii odszczepieńcy stawali się w razie potrzeby przedstawicielami mniejszości narodowej, czyli obcoplemieńcami - Żydami, Ukraińcami lub Niemcami. Dziś jako się rzekło jest na opak i ludzie chętnie ogłaszają się przedstawicielami mniejszości narodowej, co snadnie świadczy o panującej w III RP tolerancji religijnej i etnicznej.
Zupełnie inaczej jest w tym względzie w Rosji, gdzie nawet Litwacy, czyli zrusyfikowani Żydzi, demonstrują na każdym kroku (nawet po emigracji do USA lub Izraela) swój rosyjski patriotyzm. Tym bardziej dotyczy to Metysów, czyli żydowsko-rosyjskich pomieszańców. Wicemarszałek Dumy Państwowej z ramienia nacjonalistycznej partii liberalno-demokratycznej Władimir Wolfowicz Żyrinowski uchodzi wręcz za rosyjskiego nacjonalistę, choć miał tylko matkę rodowitą Rosjankę, zaś ojca - jak podawał - prawnika (aby uniknąć mówienia o jego narodowości żydowskiej). Były wiceprezydent Rosji, a następnie gubernator obwodu kurskiego Aleksander Ruckoj miał przeciwnie: ojca Rosjanina o szlacheckim rodowodzie (z czym się chętnie obnosił, stając na czele nacjonalistycznego nurtu czerwono-brunatnego, oponującego prezydentowi Borysowi Jelcynowi). Aliści konkurenci z partii komunistycznej w Kursku ujawnili, iż Ruckoj miał matkę Żydówkę, choć zgodnie z obowiązującymi od czasów stalinowskich przepisami podawał swą narodowość jako rosyjską. (W Polsce każdy obywatel sam określa swą przynależność narodową według swej samoświadomości etnicznej. W Rosji nie ma miejsca na taką dowolność. Narodowość dziedziczy się po rodzicach, nawet jeśli - jak Bułat Okudżawa - nie zna się języka swoich etnicznych przodków. W przypadku małżeństw etnicznie mieszanych obywatel ma prawo wyboru narodowości jednego z rodziców). Aleksander Ruckoj wybrał więc narodowość po tacie, zaś Żyrinowski po mamie. Znany rosyjski dysydent Aleksander Ginzburg wybrał natomiast ku zdumieniu sowieckich urzędników wskutek wrodzonej przekory narodowość żydowską. Było to w okresie stalinowskiej kampanii antysemickiej. Powinien on nazywać się Ciżow, zgodnie z nazwiskiem swego ojca - znanego moskiewskiego architekta, ale gdy ojciec zginął w czasie stalinowskiej czystki w 1937 roku, matka zmieniła dzieciom nazwisko na swoje panieńskie Ginzburg (Gwoli dokładności zaznaczę, iż matka mimo żydowskiego nazwiska również podawała narodowość rosyjską, ponieważ pochodziła z małżeństwa mieszanego. To samo uczyniła starsza siostra Aleksandra, gdy nadszedł jej czas wyrabiania dowodu osobistego). Natomiast Aleksander oświadczył ku zdumieniu kierownika Urzędu Stanu Cywilnego, iż wybiera narodowość żydowską: przecież jak Ginzburg, to Żyd.) Nie przewidział atoli, że po latach w czasie swego procesu dysydenckiego wpadnie w pułapkę propagandową KGB, które wpierało ludziom radzieckim, iż dysydenci - to sami Żydzi. Wobec tego na pytanie sędziego o narodowość odpowiedział: "zeka", czyli po polsku "więźniacha". (Dość podobnie zachował się nasz znany pisarz emigracyjny Józef Mackiewicz, który zapytany w ankiecie o narodowość, odpowiedział "antykomunista". Jak na polskiego szlachcica rodem z Wielkiego Księstwa Litewskiego przystało nie chciał on przez podanie narodowości polskiej urazić innych żywiołów narodowych z tych ziem Rzeczypospolitej Obojga Narodów).
Ktoś myślący powierzchownie mógłby wnioskować, iż przypadek prawosławnego Rosjanina Aleksandra Ginzburga deklarującego wbrew stalinowskiej polityce narodowość żydowską, przypomina przypadek opisywanych przez Stanisława Michalkiewicza Polaków dla przekory noszących koszulki z napisem "Jestem Żydem". Jest to jednak supozycja błędna. Postawę Rosjanina Ginzburga naśladowali bezwiednie na wiosnę 1968 roku ci polscy studenci, którzy demonstracyjnie nosili wtedy czapki studenckie oraz na złość generałom Moczarowi i Jaruzelskiemu (organizatorom nagonki antysemickiej), brody na wzór przedwojennych starozakonnych wymordowanych przez Hitlera. Wtedy to wymagało odwagi cywilnej, gdyż antysemityzm był sterowaną z Moskwy polityką władz komunistycznych. Dziś zgodnie z nakazami politycznej poprawności obowiązuje filosemityzm, głoszony nawet przez dawnych towarzyszy z PZPR (Leszek Miller w Jedwabnem w 2001 roku paradował w żydowskiej jarmułce, choć jego zwolennicy w sporze z prezydentem Aleksandrem Kwaśniewskim o przywództwo na lewicy nie brzydzili się antysemickich aluzji o nowej rundzie sporu "chamów" z Żydami). Natomiast antysemityzm poza SLD jest sprawą prywatną poszczególnych obywateli. Jeden z kolegów z "Najwyższego CZASU!" zwrócił mi uwagę, iż slogany antysemickie w Polsce często są pisane łamaną niemczyzną. Bierze się to z mody na kolportowane w Niemczech nagrania neohitlerowskiego rocka, popularne tam w określonych kręgach młodzieżowych i przywożone przez fanów tego rocka do Polski. Jeśli zgodnie z oskarżeniami "Gazety Wyborczej" biorą w tym udział zwolennicy Młodzieży Wszechpolskiej, to jest to ewidentne nieporozumienie polityczne, zupełnie jak w przypadku pana Dariusza Ratajczaka. Wszak polscy narodowcy nie mogą przepadać za niemieckimi rewanżystami.
W Rosji, która jest państwem wskutek rosyjskich podbojów wielonarodowym, obowiązuje polityka przymusowej rusyfikacji. Ludzie mający wpisaną narodowość nierosyjską wielokroć nie znają żadnego innego języka poza rosyjskim. Do dobrego tonu należy deklarowanie bezgranicznej miłości do Rosji (Poznałem osobiście naukowca awarskiego z Dagestanu, który przechwalał się, że jest synem znanej awarskiej poetki, ale swoje dzieci awarskiego nie nauczył, gdyż wystarczy im znajomość rosyjskiego). W Polsce mniejszości narodowe poza Cyganami mają swoją narodową oświatę, subsydiowaną z budżetu, ale konstytucja deklaruje ich przynależność do narodu polskiego (Wstęp do konstytucji napisali pospołu Aleksander Kwaśniewski i Tadeusz Mazowiecki. Gdy Marian Krzaklewski w imieniu "Solidarności" domagał się od jej autorów opowiedzenia się za państwem narodowym Polaków, ci napisali dla świętego spokoju - "my naród polski - wszyscy obywatele Rzeczypospolitej", włączając w ten sposób do narodu polskiego również mniejszości narodowe). W imię politycznej poprawności odrzucającej ksenofobię. Znany prezenter TVP pytał w okienku telewizyjnym działaczy Związku Ukraińców w Polsce czy czują się Polakami, żywiąc najwyraźniej nadzieję, że tak to jest zgodnie z konstytucją. Oni woleli milczeć dyplomatycznie, choć sama nazwa ich związku świadczy o przeciwnym. Nie zmuszajmy do takich deklaracji, by nie naśladować obyczajów rodem z PRL. Nie mam więc żalu do Dietmara Bremera z Katowic, że czuje się polskim Niemcem, choć mam żal o to samo do Ślązaków o polskich nazwiskach czujących się Reichsdeutschami. Jednego wszelako możemy wymagać od wszystkich mieszkańców Polski: by swymi działaniami nie szkodzili świadomie Polsce. Jest to podstawowe kryterium politycznej przyzwoitości. Mam nadzieję, że niezbyt wygórowane.

Antoni Zambrowski
artykuły najnowsze | wywiady z autorem | o autorze | felietony TV | o mojej książce |