PUBLICYSTYKA ANTONIEGO ZAMBROWSKIEGO

Na początku były służby

(1,05,2004 źródło Asme)

Ewangelia według św. Jana głosi, że na początku było Słowo. Władimir Bukowski tłumaczył mi atoli, że w transformacji z komunizmu do kapitalizmu na początku były sowieckie służby specjalne. Partia komunistyczna wyznaczała swych aktywistów na "bizniesmienow", czyli przedsiębiorców, przydzielając im odpowiednie do stopnia wtajemniczenia kapitały z państwowej kasy. Ponieważ przydzielone do zarządzania kapitały miały być nadal partyjne, do pilnowania przedsiębiorców powołano odpowiednie służby specjalne z Łubianki, zwanej wtedy jeszcze placem Feliksa Dzierżyńskiego. Władimir Bukowski zwrócił mi również uwagę na zajmującą okoliczność, że również zorganizowana przestępczość w Rosji jest powiązana tysiącem nici ze służbami specjalnymi. Wiązało się to nie tylko z redukcją etatów w służbach specjalnych, przede wszystkim w KGB w dobie jego transformacji w FSK, a następnie FSB, kiedy bezrobotni KGB-iści zatrudniali się jako wykwalifikowani gangsterzy. Niezbędne to było jeszcze w czasach sowieckich dla tworzenia pozaprawnych zasobów finansowych wymaganych do prowadzenia operacji wywiadowczych. Aliści okazja rodzi złodziejstwo, więc KGB-iści stawali się gangsterami, a raczej mafiozami. W czasach rządów Jurija Andropowa kreowano w sowieckich środkach przekazu wizerunek funkcjonariuszy KGB jako ludzi z gruntu uczciwych, co miało kontrastować z korupcją w aparacie państwowym (zwłaszcza gospodarczym) i nadzorującym go aparacie partyjnym. Zdaniem Władimira Bukowskiego, była to taka sama prawda, jak wszystkie inne prawdy sowieckiej propagandy.
Jako sowietolog-amator lepiej się znam na sprawach partyjnych KPZR niż jego służbach specjalnych, a zwłaszcza ich patologiach, więc nie będę zabierał głosu w sprawach rosyjskich. Natomiast pamiętam sprawę nadużyć w moczarowskim MSW i proces gen. Ryszarda Matejewskiego w pierwszych latach rządów Edwarda Gierka (Zapamiętałem tę sprawę - jedną z wielu w owym resorcie - ponieważ w niej oskarżonych ubeków bronił mój obrońca z procesu marcowego, dr Kazimierz Łojewski. W związku z tym usiłowałem podczas naszych spotkań w zespole adwokackim wyciągnąć z niego jakieś szczegóły o przebiegu ich rozprawy sądowej. Oczywiście bez powodzenia.) Rzecz jasna proces moczarowców był procesem politycznym, a nadużycia finansowe były jedynie orężem w zwalczaniu przeciwników politycznych Edwarda Gierka. W KGB zmienił się jeszcze przed grudniem 1970 roku szef z partyjnego nadania, gdy Leonid Brieżniew mianował w miejsce Aleksandra Szelepina właśnie Jurija Andropowa. Szelepin był rzecznikiem tzw. rusitów, czyli nacjonalistów rosyjskich działających od czasów Nikity Chruszczowa w wojsku, KGB i komsomole. Ten nacjonalistyczny i antysemicki kurs usiłował małpować jak pacierz za panią matką protegowany Szelepina, gen. Mieczysław Moczar (de domo Nikołaj Tichonowicz Diomko). Oczywiście Brieżniew nie miał nic przeciwko antysemityzmowi i rosyjskiemu patriotyzmowi, natomiast wolał internacjonalistę Andropowa, gdyż Szelepin stał na czele spisku, który obalił Nikitę Chruszczowa w październiku 1964 roku i miał ochotę na powtórkę takiego samego spisku przeciwko Brieżniewowi. Zmiana na szczytach KGB zwiastowała klęskę Moczara, co nastąpiło najpierw w grudniu 1970 roku, gdy Brieżniew pod wpływem Andropowa odmówił mu poparcia (jako człowiekowi Szelepina) i wyznaczył Edwarda Gierka na następcę obalonego właśnie przez zbuntowanych stoczniowców Władysława Gomułkę, a następnie zaakceptował decyzję Gierka o usunięciu Moczara z władz partyjnych w roku 1971 po tzw. spisku olsztyńskim. Związku pomiędzy polityką a ściganiem przestępstw kryminalnych nie dało się usunąć i przy sposobności innych afer kryminalnych w MSW, gdyż w ustroju komunistycznym karze podlegają jedynie osoby podpadnięte aktualnej władzy za jakieś przewinienia polityczne. Takie zapewne było podłoże głośnej sprawy "Żelaza", o której nie będę jednak nic mówił, gdyż brak mi wystarczającej wiedzy. Gdy siedziałem w obozie dla internowanych w więzieniu na Białołęce, opowiadał mi dawny współpracownik KSS KOR Janek Ajzner, przeniesiony właśnie do Białołęki z więzienia mokotowskiego na Rakowieckiej, mrożącą krew w żyłach historię o prawdziwym lub pozorowanym samobójstwie współwięźnia z celi - znanego reżysera teatralnego i byłego dyrektora Teatru Klasycznego w warszawskim PkiN, tow. Kanickiego. Zdobył on sławę przedstawieniem patriotycznym "Dziś do ciebie przyjść nie mogę", ale stracił posadę jako moczarowiec, więc zarabiał sobie na życie, przemycając diamenty na zlecenie gangu brylantowego pod patronatem córki Brieżniewa. Jeszcze za życia Brieżniewa sprawę rozkręcił przeciwko niej Andropow jako szef KGB, więc znany reżyser trafił do więzienia. Trudno stwierdzić, czy usunięto go jako niebezpiecznego świadka, czy też "targnął się na linę" pod wpływem wstrząsu spowodowanego nagłą zmianą statusu społecznego.
Za młodu zdobywałem ostrogi dziennikarskie w tygodniku "Polityka", pisując do niej artykuły pod wpływem wrażeń z pracy w fabryce. Gdy mój naczelny redaktor Mieczysław F. Rakowski został premierem rządu PRL, ja osiągnąłem jako wróg ludu dno swej kariery zawodowej, zatrudniony na umowę-zlecenie (na etat nie zgodziłaby się SB) jako stróż na Metrobudowie w Warszawie. Radca prawny firmy ochroniarskiej (wówczas to była spółdzielnia ochrony mienia), któremu imponowało zatrudnianie w firmie znanego jajogłowego, często przychodził do mnie i opowiadał mi o obserwowanych przez niego przekrętach finansowych, dzięki którym nomenklaturowe spółki jak pijawki wysysające środki z przedsiębiorstw państwowych gromadziły kapitały dla swych partyjnych lub ubeckich właścicieli. Wszystko to odbywało się pod patronatem ministra Wilczka, premiera Mieczysława F. Rakowskiego oraz nadzorujących go generałów Wojciecha Jaruzelskiego oraz Czesława Kiszczaka. Nasz radca miał znakomity punkt obserwacyjny, gdyż doradzał na zwyczajowe ćwierć etatu w wielu firmach i dzięki temu dużo widział, i wiedział. Opowiadał to mi, zapewne mając nadzieję, że to wszystko opiszę w prasie drugiego obiegu. Żałuję, że byłem wtedy tak biedny, że nie stać mnie było na własny magnetofon i nie nagrałem na taśmę jego opowieści.
To wszystko przychodzi mi na myśl, gdy myślę o sprawie Lwa Rywina. Tak się składa, że w swoim czasie przyjaźniłem się z obydwoma uczestnikami tej afery, czyli z Adamem Michnikiem oraz Lwem Rywinem. Z Adamem knułem w różnych okresach mego życia mimo dzielących nas różnic ideowych. W lecie 1969 roku jechaliśmy razem w jednej "suce", czyli karetce więziennej przez pół Polski - dwaj więźniowie polityczni w wielkiej gromadzie więźniów pospolitych - przewożeni z więzienia mokotowskiego. Jego wieziono do Sztumu, mnie - do Barczewa. Bardzo zbliża takie przeżycie ludzi do siebie, ale mimo to w okresie rządów Edwarda Gierka oraz WRON-y byłem wciąż sekowany przez niego i Kuronia, zaś w czerwcu 1989 roku nie chciał mnie - stróża z budowy - przyjąć do założonej przez siebie "Gazety Wyborczej". Mimo to po latach zostałem zaproszony do Pałacu Namiestnikowskiego na dekoracje Jacka Kuronia i Karola Modzelewskiego orderem Orła Białego w rocznicę wydarzeń marcowych. Oczywiście odmówiłem. Do Lecha Wałęsy bym poszedł mimo mych wobec niego zastrzeżeń, do Kwaśniewskiego - nie miałem ochoty. Poza tym uważam, że order Orła Białego najpierw należał się Wojciechowi Ziembińskiemu, Leszkowi Moczulskiemu oraz Antoniemu Macierewiczowi, zaś dopiero w dalszej kolejności - zwolennikom finlandyzacji PRL.
Lwa Rywina wraz z jego piękną żoną Elżbietą z Sitków Rywinową zwaną przez nas Lwicą poznałem natomiast w grudniu 1970 roku na wczasach językowych w Bukowinie Tatrzańskiej, gdzie byli oni moimi lektorami angielskiego. Przez jakiś czas kontynuowaliśmy znajomość. Po wielu latach jako stróż na budowie spotkałem go przypadkiem w autobusie i widząc mnie zabiedzonego, aż się żachnął: "Człowieku, do czego się doprowadziłeś!" (w domyśle swą zbyt bezkompromisową postawą). Poprawiłem go, że to ludzie mnie do tego doprowadzili (w domyśle - jego towarzysze z SB). Dziś mógłbym go złośliwie zapytać, do czego on sam z własnej ochoty siebie doprowadził, idąc z ofertą korupcyjną do Adama Michnika. Ze względu na znajomość z obydwoma rozmówcami śledziłem uważnie w TV przebieg posiedzeń Komisji Sejmowej i dziś jestem wręcz poruszony bezczelnością premiera Leszka Millera oraz działającej na jego zlecenie frakcji SLD w Komisji z posłanką Anitą Błochowiakówną na czele. Im się wciąż zdaje, że żyją nadal w PRL i na ich zlecenie można kształtować rzeczywistość podawaną do uwierzenia milionom Polaków przez kontrolowane przez SLD państwowe środki przekazu. Cieszą się oni z wyroku sądu, który wbrew oczywistym faktom ujawnionym przez Komisję Sejmową w toku przesłuchań transmitowanych na całą Polskę uznał, że Lew Rywin działał sam, a nie był posłańcem z ramienia SLD. Tymczasem jest jasne jak słońce, że to "grupa trzymająca władzę" wysłała Lwa Rywina w imieniu premiera Millera do Michnika po haracz na kampanię wyborczą SLD. Do tego samego celu Leszek Miller mianował min. Mariusza Łapińskiego, tow. Aleksandra Naumana i wielu innych aferzystów na stanowiska przy państwowym żłobie w nadziei na haracz zbierany dla SLD. Takie rzeczy do dziś uchodzą w putinowskiej Rosji i premierowi Millerowi wydawało się, że taki sam numer przejdzie również w Polsce, przez szereg lat putinizowanej przez Millera i towarzyszy. Ale nie przeszło i nie przejdzie, ponieważ musi to na Rusi, a w Polsce... jak zechce wolna opinia publiczna, która zakrzyczeć się nie da.
W dawnych czasach Polski Ludowej, rządzonej przez monopartię i współrządzące wraz z nią służby specjalne, władza miała większe możliwości robienia Polakom wody z mózgu. W 1962 roku gen. Moczar wypuścił na Zachód na żydowskich papierach znanego socjologa warszawskiego i działacza opozycyjnego Klubu Krzywego Koła Witolda Jedlickiego. Tam ogłosił on błyskotliwie napisany pamflet na partyjnych "liberałów" z 1956 roku zatytułowany "Żydy i chamy", który został nagłośniony i opublikowany w osobnej broszurze przez Instytut Literacki w Paryżu, kierowany przez księcia Jerzego Giedroycia (Trzeba z uznaniem przyznać, że kierujący sekcją polską Radia Wolna Europa, dyr. Jan Nowak alias Zdzisław Jeziorański na te moczarowe plewy nie dał się nabrać. Ostrzeżony przez swego kolegę z czasów przedwojennych, prof. Oskara Langego - wysokiego dostojnika PZPR i PRL - o niebezpiecznej frakcji "partyzantów" z gen. Moczarem na czele, podjął kampanię przeciwko niemu, przyczyniając się do zdemaskowania tego moskiewskiego diabła ubranego w ornat, a raczej w polskie szaty narodowe.)
Jako czynny uczestnik wydarzeń 1956 roku, już podczas lektury tej broszury zdawałem sobie sprawę z błędności ocen lansowanych przez Witolda Jedlickiego. Po pierwsze, manipulując faktami, usiłował on przedstawić, że to "liberałowie" zwani puławianami, a nie neostalinowscy konserwatyści zwani natolińczykami ponoszą odpowiedzialność za zbrodnie okresu stalinowskiego. W rzeczywistości obydwie koterie uwikłane były w "błędy i wypaczenia" minionego okresu. W swych manipulacjach usiłował on również pomniejszyć rolę stalinowskiego oka i ucha w PRL - marszałka dwóch narodów Konstantego Rokossowskiego, który trzymał ze stalinowcami, choć w swoim czasie "za polskość" siedział podczas czystki Jeżowa w obozie na Syberii.
A przecież Rokossowskiemu podlegała Informacja Wojskowa, odpowiedzialna na równi z bezpieką za zbrodnie tamtego okresu. Poza tym W. Jedlicki starał się przedstawić związki promoskiewskich natolińczyków z sowiecką Ambasadą jako zjawisko pozytywne, wywodząc, że w Moskwie rządzili destalinizatorzy pragnący takiej samej destalinizacji w Polsce. Było to w sam raz na opak, ponieważ odwilż w Polsce zaskoczyła władców na Kremlu jeszcze przed przełomem październikowym i używali oni swych wpływów wśród natolińczyków dla zahamowania przemian w PRL. Podstawowa manipulacja polegała (co sygnalizował już sam tytuł broszury) na sugestii, że liberałowie - to sami Żydzi, zaś ich przeciwnicy - to działacze z ludu, traktowani pogardliwie przez swych przeciwników jako "chamy". Odpowiadało to nastawieniu propagandowemu lansowanemu na początku lat 60. przez moczarową frakcje "partyzantów", dążącą zgodnie z sugestiami Kremla do odżydzenia aparatu partyjnego, państwowego i wojskowego, i zarazem zapewnienia czystki tegoż aparatu z żywiołów od Moskwy niezależnych. Utożsamienie liberałów z Żydami było na rękę Kremlowi i prokremlowskim "partyzantom". Ułatwił to zadanie Witold Jedlicki swą broszurą, zaś jako Żyd pozostawał osobą w tej materii jak najbardziej wiarygodną. Co więcej, podnoszone w 1956 roku przez puławian zarzuty antysemityzmu pod adresem natolińczyków potraktował on jako obrzydliwą manipulację stalinowską, wystawiając jako Żyd świadectwo niewinności gen. Moczarowi i jego towarzyszom.
Była to kolejne matactwo W. Jedlickiego, gdyż osoby żydowskiego pochodzenia znajdowały się w obydwu koteriach partyjnych (natolińczyków żydowskiego pochodzenia nazywano z przekąsem "natolinerami"). Było ich niewątpliwie mniej niż w gronie puławian z tego względu, że to natolińczycy głosili zapożyczone z Moskwy hasła regulacji narodowościowej, a raczej rasowej. Ponadto natolińczycy głosili jednocześnie hasła antyinteligenckie, więc narażali się inteligentom (naukowcom, a zwłaszcza dziennikarzom), wśród których odsetek osób żydowskiego pochodzenia był większy niż wśród innych warstw społecznych.
Przez długi czas uważałem błędy Witolda Jedlickiego za skutek dezinformacji, wynikającej ze współpracy na terenie Uniwersytetu Warszawskiego z jednym z czołowych przywódców koterii natolińskiej - dawnym sowieckim agentem w łonie PPS i PZPR Stefanem Matuszewskim. Sądziłem w naiwności swojej, że jest to reakcja na lansowane w 1956 roku przez tygodnik "Po prostu" uproszczone i antynatolińskie schematy. Nawet po wydarzeniach marcowych, które potwierdziły moczarowy i antypaździernikowy, czyli antyreformatorski wydźwięk "rewelacji" Witolda Jedlickiego byłem skłonny zakładać jego osobistą uczciwość i dobrą wolę. W takim więc duchu rozmawiałem po wydaniu w drugim obiegu mojej odpowiedzi na "Żydów i chamów", zatytułowanej "Rewelacje wyssane z palca" z jego bratem - dawnym działaczem TKN Jerzym Jedlickim, dziś prezesem Stowarzyszenia "Otwarta Rzeczypospolita". Oczy mi się otworzyły dopiero po przeczytaniu wywiadu mej koleżanki, red. Ewy Polak-Pałkiewiczowej z byłym premierem Janem Olszewskim, w którym ujawnił on fakt, iż Witold Jedlicki był tajnym współpracownikiem UB w czasach stalinowskich. Znajomi w naiwności swej uznali, że zerwał on z tym procederem po jego próbie samobójstwa. Byłbym równie naiwny, gdyby nie rozmowa podczas procesu milicyjnych morderców Grzegorza Przemyka ze znawcą przedmiotu, mecenasem Andrzejem Zalewskim. Opowiedziałem mu historię mego nieżyjącego już teścia, śp. Zygmunta Malareckiego, żołnierza oddziału Kedywu AK pod dowództwem majora Piwnika "Ponurego". Znany oficer AL "Brzoza" namawiał go podczas przypadkowych spotkań w lesie, by zdezerterował do jego oddziału. Ponieważ teść odmówił, po wkroczeniu Sowietów na Kielecczyznę został osadzony w więzieniu UB w Kielcach (Opowiadał mi, że bili go tam Rosjanie, Polacy i polscy Żydzi, ale po ciosach "Brzozy" do końca życia dzwoniło mu w uszach. By ulżyć swej doli, teść pozorował pozytywny stosunek do nowej rzeczywistości). Gdy w więzieniu zaproponowano mu współpracę z UB, podpisał zobowiązanie, aby wyjść na wolność, a następnie uciekł ze swych stron rodzinnych na Ziemie Odzyskane, ponieważ nie chciał wywiązywać się ze swych zobowiązań. Mec. Zalewski atoli zwrócił mi uwagę, bym nie był zbyt łatwowierny, gdyż SB umiała odnaleźć niedoszłych współpracowników i wyegzekwować wywiązywanie się z ich zobowiązań. Na obronę mego teścia muszę wyznać, że nie zauważyłem u niego zbytniej dociekliwości w kontaktach ze mną - bądź co bądź znanym działaczem opozycyjnym. Wręcz na opak, był skłonny przesadzać z konspiracją. Przeanalizowałem natomiast sprawę wypuszczenia na Zachód Witolda Jedlickiego oraz promoczarowskich treści jego rewelacji i doszedłem do wniosku, że został on wykorzystany przez gen. Moczara jako cenny agent wpływu. Jego rewelacje usiłowali pogłębić w czasie solidarnościowego "karnawału" w 1981 roku sterowani przez SB działacze promoskiewskiego Zjednoczenia Patriotycznego "Grunwald" (W mentalności Rosjan bitwa pod Grunwaldem jest symbolem wspólnej walki Słowian przeciwko tym samym wrogom. Odwoływano się do tej symboliki w czasie I oraz II wojen światowych). Oczywiście było to możliwe w warunkach monopolu informacyjnego PZPR i SB. W dzisiejszych warunkach III Rzeczypospolitej taki numer byłby na pewno trudniejszy, o czym przekonał się premier Leszek Miller, usiłując zatuszować liczne afery swych towarzyszy partyjnych z aferą Lwa Rywina na czele. Tego samego doświadczył Adam Michnik, usiłując wylansować kłamstwa prof. Jana Tomasza Grossa o mordzie na Żydach w Jedwabnem. Inaczej wygląda sprawa w putinowskiej Rosji, gdzie Kreml kontroluje podstawowe środki przekazu elektronicznego, docierające do szerokich rzesz społeczeństwa. Pomijając finansowy aspekt afery Lwa Rywina zbierającego od bogatych firm związanych z lewicą haracz na rzecz "grupy trzymającej władzę", afera ma i swój wydźwięk medialny, zwiastujący podjętą przez Leszka Millera próbę putinizacji środków przekazu powszechnego w Polsce. Na szczęście - jak mówi niemieckie przysłowie - przyroda sama dba o to, by drzewa nie rosły do nieba. Byłoby jeszcze lepiej w Polsce, gdyby sprawdzała się również niemiecka przypowieść o sędziach zdolnych do wydawania wyroków wbrew interesom króla. Niestety, za rządów SLD możemy liczyć jedynie na praworządność w duchu Putina. Dlatego czas skończyć z rządami postkomunistów w Polsce, a jednocześnie przywrócić przedwojenne przepisy o sądach przysięgłych jako rękojmi niezawisłości wymiaru sprawiedliwości.

Antoni Zambrowski
artykuły najnowsze | wywiady z autorem | o autorze | felietony TV | o mojej książce |