PUBLICYSTYKA ANTONIEGO ZAMBROWSKIEGO

Jak było naprawdę

(5,07,2004 źródło Asme)

Poczułem się wywołany do tablicy, gdy "Gazeta Polska" zamieszczająca regularnie felietony historyczne prof. Jerzego Eislera z warszawskiego oddziału Instytutu Pamięci Narodowej, zamieściła ostatnio fragmenty jego nowej książki o wydarzeniach marcowych 1968 roku. Przypomnę, że Jerzy Eisler był autorem pionierskiej w swoim czasie książki "Marzec 1968", wydanej przez PWN w marcu 1991 roku. Przed tą książką na rynku prasowym PRL istniały tylko źródła prasowe i książkowe wyrażające punkt widzenia narodowo-radykalnej i policyjnej zarazem frakcji PZPR, której część składową stanowiły opracowania PAX-owskie.
Fragmenty nowej książki prof. J. Eislera, zamieszczone przez "Gazetę Polską", dotyczą głośnej w marcu 1968 roku sprawy anonimowej studentki UW, rzekomo zatłuczonej przez ZOMO podczas rozpędzania wiecu studentów na dziedzińcu przed BUW-em. Autor rozpatruje głównie wersję, że plotka była prowokacją SB mającą na celu uwikłanie kręgów młodzieży opozycyjnej w kolportowanie fałszywych wiadomości, "godzących w istotny interes państwa" i umożliwiających oskarżenie z art. 28. małego kodeksu karnego (mkk) z 1946 roku. Jest to trop uprawniony, gdyż - jak wiemy - od podobnej prowokacji rozpoczęła się aksamitna rewolucja w Pradze w 1989 roku, która obaliła dyktaturę komunistyczną w Czechosłowacji.
Mimo to czuję się wywołany do tablicy w tej sprawie, ponieważ od obchodów 13. rocznicy wydarzeń marcowych w 1981 roku na Uniwersytecie Warszawskim przy każdej sposobności przypominam o uzyskanych przeze mnie informacjach, iż w czasie rozpędzania wiecu na UW 8 marca 1968 roku istotnie straciły życie co najmniej dwie osoby. Chodzi o to, że w przeddzień mego aresztowania przez SB 12 marca 1968 roku byłem z wizytą u moich rodziców i przy sposobności zapytałem moją bratową Anitę, która jest lekarką, co w służbie zdrowia mówi się o rzekomo zabitych studentach. Bratowa odpowiedziała, że znana mi dobrze jej koleżanka miała tego dnia dyżur w szpitalu na Solcu, więc natychmiast zadzwoniła w mojej obecności do niej. Uzyskała krótką odpowiedź, iż były u nich dwa zejścia śmiertelne, ale rozmowa jest (co oczywiste) nie na telefon. Z rozmówczynią mojej bratowej Anity - Zosią Olszewską widziałem się kilkakrotnie po wyjściu z więzienia po prawie półtorarocznym pobycie, tuż przed jej wyjazdem do Danii na tzw. żydowskich papierach (Żydzi lub Polacy żydowskiego pochodzenia uzyskali przywilej opuszczenia PRL celem udania się do Izraela, co wielu ludzi mogących się wykazać żydowskimi przodkami po mieczu lub po kądzieli wykorzystało do udania się na zamożniejszy Zachód. Wśród nich był m.in. mój oraz Janusza Szpotańskiego przyjaciel Andrzej hrabia Broel-Plater, któremu Janusz poświęcił wierszyk: "To żaden wstyd, że hrabia Plater jedzie jako Żyd"). Ponieważ Zocha była córką znanego działacza komunistycznego i dostojnika PRL-owskiego Józefa Olszewskiego, uważałem, że nie powinna ona korzystać z takiego przywileju tak długo, jak długo nie może z niego skorzystać większość zniewolonych przez "komunę" Polaków. Uważałem, że jest to sprawa bardziej aktualna niż przepytanie jej o szczegóły zejść śmiertelnych dnia 8 marca 1968 roku. Popełniłem błąd, gdyż gdy po wielu latach Zosia, zapytana o okoliczności śmierci marcowych, odpowiedziała, iż wyjazd z Polski stanowił dla niej taką traumę, że wymazał z jej pamięci tamte okoliczności. Pozostała więc jedynie moja pamięć jej ówczesnej odpowiedzi o dwóch zejściach śmiertelnych z tą atoli poprawką, że jak się wyjaśniło po latach - Zosia miała tego dnia dyżur nie w szpitalu na Solcu, lecz w Szpitalu Praskim pw. Przemienienia Pańskiego koło bazyliki św. Floriana. Reszta się zgadza.
Władze komunistyczne oczywiście zaprzeczały "reakcyjnej plotce", ale były to z ich strony działania standardowe. Po wydarzeniach grudniowych 1970 roku na Wybrzeżu ofiary śmiertelne terroru Gomułki i Jaruzelskiego chowano potajemnie w workach z tworzywa, aby ukryć przed społeczeństwem prawdę. Wiadomo, że w marcu 1968 roku potraktowano studentów niezmiernie brutalnie, zresztą zgodnie z instrukcjami opracowywanymi na takie okoliczności w ZSRR. Posłowie na Sejm PRL z ramienia katolickiego koła "Znak" w swej głośnej interpelacji do premiera Józefa Cyrankiewicza zwracali uwagę: "W dniach 8-9 marca manifestująca młodzież była bita niesłychanie brutalnie, częstokroć w sposób zagrażający życiu. Widziano szereg wypadków znęcania się nad młodzieżą, w tym nad kobietami". Mój dawny student (w latach 1963-66 byłem starszym asystentem na Wydziale Ekonomii UW) i jednocześnie kolega z tajnego kółka dyskusyjnego Jarosław Chała-Chaliński opowiadał mi, że na jego oczach ZOMO-wiec uderzył pałką studentkę w kożuchu i minispódniczce, a gdy ta upadła, długo bił po odsłoniętych udach. Był to akt bestialstwa na podłożu sadystycznym (U "liberalnego" tow. Gierka sprawy miały się jeszcze gorzej. Gdy fala strajków i manifestacji studenckich dotarła do Katowic, wychodzących z uczelni po zakończeniu strajku studentów, a zwłaszcza studentki, poszczuto milicyjnymi psami bez kagańców. Podobno studentki skakały ze strachu w marcową pogodę do przepływającej koło Uniwersytetu Śląskiego Rawy). Władysław Bieńkowski ocenił takie traktowanie młodzieży jako prowokację policyjną, ale sądzę, że raczej była to norma przewidziana przez instrukcje sowieckie. W stolicy Kazachstanu mieście Ałma-Ata podczas wiecu protestacyjnego studentów kazachskich w grudniu 1986 roku manifestantów potraktowano metalowymi drągami i zaostrzonymi prętami, zaś studentów gruzińskich manifestujących w Tbilisi w kwietniu 1989 roku - łopatkami saperskimi i gazem trującym.
Jestem historykiem-amatorem i nie odważyłbym się polemizować z zawodowym historykiem, gdybym nie miał w danej sprawie odpowiedniej wiedzy, pochodzącej z autopsji. Tak samo argumentowałem przed laty, gdy podjąłem polemikę publiczną na łamach "Naszej Polski" ze znanym historykiem i mym wieloletnim przyjacielem, prof. Jerzym Robertem Nowakiem w sprawie partyjnych koterii w obozie władzy w PRL, w przełomowym roku 1956. Potraktował on zbyt dosłownie nazewnictwo zastosowane przez Witolda Jedlickiego w jego głośnej broszurze "Żydy i chamy" i na tej podstawie opisywał jako żydowskiego komunistę mego ojca Romana Zambrowskiego. Powoływał się w tej sprawie na drukowane źródła, gdy ja upierałem się przy swojej wiedzy w tej sprawie jako członka rodziny. Kwestionowałem też potraktowanie przez prof. Nowaka jako partii żydowskiej SDKPiL z Różą Luksemburg i Leonem Jogichesem na czele (tak w każdym razie określał SDKPiL wielebny ksiądz Julian Unszlicht, skądinąd krewny znanego działacza SDKPiL Józefa Unszlichta). Urażony, prof. J. R. Nowak ironizował, iż powołuję się na wiedzę pochodzącą z autopsji nie tylko w sprawie partyjnych koterii w PZPR, ale i składu narodowościowego SDKPiL. Dla niego jedni i drudzy byli postaciami z książek, więc nie mógł wyobrazić sobie, że choć jestem jego kolegą znałem osobiście jednych i drugich. Tymczasem moja osobista wiedza pochodząca właśnie z autopsji podpowiadała mi, że podziały na podstawie kryteriów narodowościowych lub wręcz rasowych zastosowane przez Witolda Jedlickiego w przypadku koterii we władzach PZPR - były bałamutne. W obydwu koteriach roiło się od Polaków żydowskiego pochodzenia oraz etnicznych Żydów. W przypadku grupy natolińskiej takich żydowskich stalinowców nazywano z przekąsem "natolinerami". Co się tyczy kojarzącej się prof. Nowakowi z bajką o żelaznym wilku Socjaldemokracji Królestwa Polskiego i Litwy, to miałem okazję poznać za życia kilku jej czołowych działaczy (Lucjana Rudnickiego oraz Tadeusza Radwańskiego) oraz zaprzyjaźnić się z wdową Stanisława Budzyńskiego "Tradycji" - Celiną i synem Stanisława "Leliwy" Bobińskiego - Erykiem. W czasie pobytu w Moskwie poznałem też syna Feliksa Dzierżyńskiego Jana. Ponieważ wszyscy ci czołowi działacze SDKPiL pochodzili z polskiej szlachty, trudno mi było by uznać tę partię za stronnictwo sensu stricto żydowskie. Zdaję sobie sprawę z dużej nadreprezentacji w SDKPiL czy KPP/PPR/PZPR żywiołów żydowskich, (i w ogóle mniejszości narodowych), ale to nie upoważnia do traktowania owych organizacji jako żydowskich na równi z takimi partiami ściśle żydowskimi jak Bund czy Poalej Syjon. Zdając zatem sprawę ze wszystkich ograniczeń mej wiedzy historycznej w porównaniu z wiedzą zawodowych historyków grzebiących w archiwach i studiujących dokumenty źródłowe, będę się wszelako upierał przy tych faktach historycznych, które dane mi było poznać poprzez bezpośredni udział w wydarzeniach lub znajomość z prawdziwymi świadkami Historii.

Antoni Zambrowski
artykuły najnowsze | wywiady z autorem | o autorze | felietony TV | o mojej książce |