PUBLICYSTYKA ANTONIEGO ZAMBROWSKIEGO

Hiena o barwie brutalnej

(23,03,2004 źródło Asme)

Tygodnik "Głos" zamieścił ostatnio polemikę pomiędzy moim wieloletnim przyjacielem, prof. Jerzym Robertem Nowakiem a moim dobrym znajomym od wielu lat, posłem Ligi Polskich Rodzin, panem Zygmuntem Wrzodakiem. Wyjaśnię od razu, że pan Wrzodak był przez lata etatowym przewodniczącym Komisji Zakładowej NSZZ "Solidarność" w Zakładach Mechanicznych "Ursus" i "Tygodnik Solidarność", w którym byłem przez dwie kadencje (społecznie) przewodniczącym Komisji tegoż związku, współpracował z nim, wykonując dla pana Wrzodaka wkładkę związkową dołączaną do naszego pisma. Zupełnie nieoczekiwanie dla mnie poseł Z. Wrzodak umieścił w swym liście inwektywy pod moim adresem, które przytaczam w całości: "Dziwi mnie też to, że pan przywołuje w swej obronie Żyda, komunistę swego czasu, A. Zambrowskiego, ateistę (syna zbrodniarza komunistycznego A. Zambrowskiego). Choć syn odcina się od ojca, to jego przeszłość PZPR-owska i życiorys też jest wyjątkowo nieciekawy" (koniec cytatu).
Przypomina mi to pewien więzienny epizod z Zakładu Karnego w Barczewie, do którego przewieziono mnie z więzienia mokotowskiego w końcu maja 1969 roku. Po pierwszym spacerze w pawilonie, do jakiego mnie przydzielono, miejscowy klawisz poza moimi plecami poinformował współwięźniów: "To jest Zambrowski, student, syn ministra, Żyd!". Wyjaśniłem więc zainteresowanym sprawą kolegom w celi, że to krótkie zdanie zawiera aż trzy błędy: "W wieku trzydziestu pięciu lat nie byłem studentem, lecz adiunktem naukowo-badawczym, poza tym mój ojciec był nie ministrem, lecz wiceprezesem NIK-u. A jakim jestem Żydem - będziecie mogli zobaczyć, kiedy pójdziemy do łaźni". I istotnie nikt już w naszym pawilonie więziennym nie traktował słów klawisza poważnie.
Oskarżenia tego typu wysunięto wobec mnie celowo w partyjnych środkach przekazu, w marcu 1968 roku, ale wiedziałem, że jest to kara za mój ślub kościelny w warszawskim kościele pw. św. Kazimierza na Chełmskiej w czerwcu 1967 roku. Choć ślub był wręcz konspiracyjny, SB ten fakt wytropiła i towarzysze we władzach partyjnych byli mą postawą bardzo zgorszeni. Nagłaśniając w marcu '68 mą - jak pisano - antypartyjną demonstrację dla przypodobania się reakcyjnej części kleru, ze względów propagandowych (by nie robić mi reklamy w katolickim kraju) mianowano mnie syjonistą. Ton nadał w tej sprawie dziennik Stowarzyszenia PAX "Słowo Powszechne", zamieszczając 11 marca 1968 r. redakcyjny apel do studentów Uniwersytetu Warszawskiego, napisany pospołu przez prezesa Stowarzyszenia Bolesława Piaseckiego oraz przez Ryszarda Frelka - osobistego sekretarza Zenona Kliszki (osoby nr 2 w PZPR). Było to bezczelne kłamstwo, gdyż w konflikcie pomiędzy Izraelem a krajami arabskimi trzymałem stronę Arabów, co więcej - gdy w czerwcu 1966 roku usuwano mnie z szeregów partyjnych za krytykę polityki Gomułki wobec Kościoła katolickiego w czasie obchodów Millenium Chrześcijaństwa w Polsce - czyniono mi urzędowe zarzuty o to, że wyraziłem przy okazji sympatię wobec prezydenta Egiptu Abdela Gamala Nasera. Tej krytyki pod adresem Gomułki mi nie darowano i oprócz usunięcia z PZPR oraz z pracy na Uniwersytecie Warszawskim w czerwcu 1966 roku, skazano mnie w lutym 1969 roku na 1,5 roku więzienia za szkalowanie Państwa Polskiego (art. 29 mkk) poprzez użycie w dokumentach partyjnych (m.in. w "Oświadczeniu" dla Warszawskiej Komisji Kontroli Partyjnej) określenia "Kulturkampf". W przeddzień aresztowania zsynchronizowanego z donosem w "Słowie Powszechnym" napisałem odpowiedź na ten apel, w której odpowiedziałem jego autorom: "Byłem, jestem i będę Polakiem i nie pan Piasecki będzie ustalał moją przynależność narodową!". Dziś mogę powiedzieć to samo panu Wrzodakowi idącemu wyraźnie śladami tamtego moskiewskiego agenta.
Dalej pan poseł Wrzodak określa mnie jako ateistę, chociaż regularnie chodzę do kościoła, ochrzciłem wszystkie swoje dzieci, a dwoje z nich było przez wiele lat w Przymierzu Rodzin przy kościele Najświętszego Zbawiciela, zaś ja - członkiem Rady Parafialnej, zaproszonym do współpracy przez proboszcza księdza prałata Bronisława Piaseckiego - byłego sekretarza Prymasa Tysiąclecia. Ponadto w latach 1979-80 byłem czynnym uczestnikiem Akcji Wiernych "Chrystus w środkach przekazu społecznego", zbierającej pod kościołami podpisy pod apelem o mszę świętą w Polskim Radiu i TVP (z naszego podania powstał jeden z 21 postulatów sierpniowych, dotyczący mszy radiowej). W czasie internowania w Białołęce prowadziłem jako lektor modlitwę więźniów przez kratę, za co dostąpiłem zaszczytu uczestniczenia w delegacji internowanych na spotkaniu z Ojcem Świętym (osobiście ucałowałem go w pierścień). Wraz z grupą internowanych byłem też bierzmowany w więzieniu w Białołęce przez księdza arcybiskupa Bronisława Dąbrowskiego, który następnie zaprosił nas do siebie na obchody drugiej rocznicy tego sakramentu. Jako uczestnik kościelnego Bractwa Otrzeźwienia przy kościele św. Stanisława Kostki brałem udział w pikietowaniu w sierpniu 1985 i 1986 roku sklepów monopolowych, za co byłem skazany wraz z kolegami przez kolegium orzekające i dwukrotnie siedziałem w więzieniu na Służewcu. Również jako uczestnik tegoż Bractwa brałem wraz z naszym prezesem Marcinem Przybyłowiczem udział w pielgrzymce do Piekar Śląskich, za co przesiedziałem wiele godzin na Komendzie MO jako podejrzany o uczestnictwo w poczcie sztandarowym NSZZ "Solidarność" z Huty Warszawy (czekając na przesłuchanie, śpiewaliśmy ku zgorszeniu uboli Godzinki o Niepokalanym Poczęciu). Później przez rok procesowałem się z ubecją z oskarżenia o ten poczet najpierw w Piekarach (gdzie bronił mnie dawny działacz ONR, mecenas dr Jerzy Kurcjusz), a następnie w Warszawie. Po tym wszystkim poseł Z. Wrzodak może nadal uważać, że miałem mało ciekawy życiorys, ale - na miłość Boską! - nie może wpierać we mnie i w znających mnie dobrze czytelników "Głosu", że nie jestem wierzącym i praktykującym katolikiem, lecz ateistą. Warto jeszcze dodać przy sposobności, że tej oceny mego życiorysu nie podzielają dawni działacze podziemnej "S" z "Karty", którzy umieścili mój biogram w drugim tomie "Słownika biograficznego opozycji w PRL", obok biogramu mego przyjaciela z więzienia w Barczewie, śp. Janusza Szpotańskiego oraz mego znajomego, śp. księdza Jerzego Popiełuszki. Otrzymałem też na Zamku Królewskim od ministra kultury w rządzie prof. Jerzego Buzka, pana Michała Ujazdowskiego odznakę zasłużonego dla kultury narodowej za współpracę z prasą podziemną.
Kłamie też jak najęty pan poseł Z. Wrzodak, gdy wpiera mi, iż odcinam się od swego ojca, którego imienia pan poseł nawet nie pamięta, gdyż podaje błędnie jego inicjały. Za młodu, gdy mój ojciec był jednym z czołowych działaczy w popaździernikowej ekipie Władysława Gomułki, zaś ja byłem działaczem Rewolucyjnego Związku Młodzieży, a następnie opozycyjnego nurtu w ZMS, moje rozbieżności ideowe z ojcem były przedmiotem plotek kawiarnianych w Warszawie. Po dymisji złożonej przez ojca Gomułce w marcu 1963 roku ze wszystkich stanowisk w kierownictwie PZPR - solidaryzowałem się z nim, zwłaszcza gdy w na XV plenum KC w marcu roku 1964 ostrzegał Gomułkę, że forsowana przez niego wersja planu 5-letniego doprowadzi do konfliktu z klasą robotniczą, co się spełniło w krwawym konflikcie na Wybrzeżu w grudniu 1970 roku. Zdawałem sobie sprawę, że moje kłopoty z ubecją są nie tyle owocem mojej działalności opozycyjnej, ile karą za to, że jestem synem mego ojca. Po śmierci ojca w sierpniu 1977 roku zebrałem dokumenty znalezione w jego archiwum i wydałem je własnym sumptem w II obiegu (kontrolowane przez Jacka Kuronia i Adama Michnika podziemne wydawnictwo NOW-a nie chciało mi w tym pomóc) pod tytułem "Listy do władz partyjnych". Podejmowałem też wtedy kilkakrotnie polemiki w obronie dobrego imienia ojca. Dziś tego nie muszę czynić, gdyż obecnie w historiografii mogą się ścierać różne stanowiska, zaś tacy przeciwnicy mego ojca w PZPR-owskiej historiografii jak państwo Eleonora i Bronisław Syzdkowie w swej książce o przywódcach PRL ("Cena władzy zależnej") odwołali większość zarzutów wobec niego.
Pan poseł Z. Wrzodak domaga się, by nie szufladkować go wraz z Leszkiem Bublem, ale naraziłem się na jego gniew właśnie mą polemiką z Bublem w obronie dobrego imienia prof. Jerzego Roberta Nowaka, zamieszczoną w internetowej witrynie ASME, na którą prof. J. R. Nowak się powołał. W swym gniewie pan poseł bluzgnął nieprzytomnie na mnie, mimo że tekst mój nie miał nic wspólnego z jego kłopotami w Lidze Polskich Rodzin. Ale ponieważ mnie zaczepił, pragnę go zapytać, dlaczego ma pretensje o udział Stronnictwa Demokratycznego w kampanii przeciwko okrągłostołowemu obozowi Lecha Wałęsy w czerwcu 1989 roku, zaś odpuszcza prof. Maciejowi Giertychowi i jego Stronnictwu Narodowemu jego walkę w kampanii wyborczej 1993 roku przeciwko "Solidarności". Pamiętam jak w swych spotach telewizyjnych prof. Maciej Giertych wyzywał wielki chrześcijański związek zawodowy "Solidarność" od Żydów (niczym poseł Wrzodak dzisiaj mnie) i na łamach "Tygodnika Solidarność" odpowiadałem mu, że za "Solidarność" modli się co dzień Ojciec Święty Jan Paweł II. Wtedy pan poseł Z. Wrzodak był działaczem NSZZ "S" i również on był wyzywany od Żydów przez prof. Macieja Giertycha. Pan poseł Z. Wrzodak przeszedł na stronę rodu Giertychów i uznaje krytykę publicystyki Jędrzeja Giertycha podjętą przez prof. Jerzego Roberta Nowaka za zwalczanie myśli narodowej. Tymczasem Jędrzej Giertych był agentem wpływu służb specjalnych PRL i głosił z Londynu chwałę gen. Wojciechowi Jaruzelskiemu - prawdziwemu zbrodniarzowi komunistycznemu, mordercy robotników Wybrzeża w grudniu 1970 roku i górników z kopalni "Wujek" w grudniu 1981. Pan poseł Zygmunt Wrzodak ma nazbyt elastyczne sumienie i w obronie swej kariery parlamentarnej pod patronatem rodu Giertychów gotów jest mówić na czarne białe i na opak. W swoim czasie poseł Zygmunt Wrzodak piętnował jako różowe hieny swego poprzednika na stołku przewodniczącego KZ NSZZ "S" Zbyszka Bujaka oraz jego guru Jacka Kuronia, zarzucając im, że po plecach robotników wdrapali się do korytarzy władzy. Dziś mój syn - robotnik mówi to samo o pośle Zygmuncie Wrzodaku, zarzucając mi wieloletnią z nim współpracę. Mówi, że poseł Wrzodak również wdrapał się do Sejmu po plecach robotników z Ursusa. Z przykrością muszę mu przyznać rację, z tą wszelako różnicą, że tym razem hiena ma barwę nie różową, lecz brunatną. Pocieszam się, że obelgi posła Zygmunta Wrzodaka pod moim adresem będą dla mnie w oczach mego syna okolicznością łagodzącą.

Antoni Zambrowski
artykuły najnowsze | wywiady z autorem | o autorze | felietony TV | o mojej książce |