PUBLICYSTYKA ANTONIEGO ZAMBROWSKIEGO

Anna Bikontowa oskarża Polaków

(28,09,2004 źródło Asme)

W sobotę 26 września br. dzięki transmisji kanału II TVP uczestniczyłem w mszy świętej odprawianej w miejscowym kościele (cerkwi?) greko-katolickim w Białym Borze na Pomorzu Zachodnim, gdzie modlą się Łemkowie i w ogóle Ukraińcy - potomkowie ludzi wysiedlonych przymusowo ze stron rodzinnych w ramach akcji "Wisła" w 1947 roku. Jestem od pewnego czasu chory i coraz częściej korzystam z takiej telewizyjnej sposobności, by się pomodlić wraz z ludem Bożym, nie opuszczając swego mieszkania. Na szczęście III Rzeczpospolita coraz częściej stwarza taką możliwość, o którą niegdyś w gierkowskim PRL walczyłem wraz z kolegami w ramach Akcji Wiernych "Chrystus w środkach przekazu". Nabożeństwo przypomniało mi mój pobyt w miasteczku Biały Bór w lecie 1991 roku na konferencji Ukraińców z Ukrainy (wówczas jeszcze sowieckiej) i ze światowej diaspory, zorganizowanej w internacie miejscowej szkoły ukraińskiej imieniem ukraińskiego wieszcza Tarasa Szewczenki (Na Ukrainie panoszył się wciąż KGB i na wyzwolonej od panowania komuny gościnnej ziemi polskiej mogli Ukraińcy zorganizować takie ogólnoświatowe spotkanie. Brałem w nim udział jako korespondent polskiej prasy). Tam usłyszałem od sąsiada z pokoju w internacie opowieść, jak usiłował w pierwszym okresie III RP w swej rodzinnej miejscowości na Rzeszowszczyźnie wystawić pomnik miejscowym Ukraińcom zamordowanym w 1946 roku przez polskie podziemie antykomunistyczne w zemście za zbrodnie UPA na Polakach. Przed linczem ze strony polskich mieszkańców uratowała go obecność polskiego dziennikarza przezornie zabranego ze sobą. Wtedy zrozumiałem, że musimy się modlić pospołu za ofiary po obu stronach dziejowego konfliktu, jak nas uczyli biskupi polscy w swym historycznym liście do biskupów niemieckich w sprawie Millenium chrześcijaństwa w Polsce wystosowanym z ław II Soboru Watykańskiego. Reakcja polskich mieszkańców owej miejscowości byłaby inna, gdyby ów znajomy Ukrainiec zechciał uczcić pamięć wszystkich pomordowanych - zarówno Polaków, jak i Ukraińców. Niestety, silne poczucie własnej krzywdy, własny silny ból - oślepia człowieka na cudzy ból, przeżywany przez bliźniego.
Taka refleksja przychodzi mi na myśl, gdy czytam recenzje z książki dziennikarki "Gazety Wyborczej" Anny Bikontowej "My z Jedwabnego", wydanej przez wydawnictwo Prószyński i Spółka. Nie czytałem książki pani Ani, z którą przed laty dzieliłem przez kilka dni biurko w Biurze Wyborczym Lecha Wałęsy w Warszawie przy ul. Fredry przed czerwcowymi wyborami do Sejmu i Senatu w 1989 roku. Pani Ania już pracowała w nowo powołanej "Gazecie Wyborczej", zaś ja - dotknięty zapisem Jacka Kuronia - nie dostąpiłem tego zaszczytu i dopiero po wielu trudach załapałem się na stanowisko bibliotekarza w "Tygodniku Solidarność", kierowanym przez przyszłego premiera Tadeusza Mazowieckiego (Dopiero wskutek wojny na górze i mianowania w jej wyniku jego następcą w "Tygodniku" Jarosława Kaczyńskiego zostałem awansowany na dziennikarza w "Tysolu". Tak się rozeszły nasze drogi z panią Anią i innymi kolegami oraz koleżankami z "Gazety Wyborczej").
Jako się rzekło, nie czytałem jeszcze książki pani Ani, jedynie przeczytałem kilka recenzji. W pierwszym rzędzie recenzję w macierzystej "Gazecie Wyborczej" pióra Michała Olszewskiego - "Księga gorzkiej pamięci" ("GW" 11-12 września br.), o tyle ważną w całej sprawie, gdyż ujawniającej kierunek natarcia propagandowego. Jest on niezmienny przynajmniej od czasu, kiedy pisałem przed paru laty uwagi polemiczne pod tytułem "Sprawa komandosów" o zamieszczonym na łamach tejże "Gazety Wyborczej" obszernym artykule prof. Andrzeja Mencwela o polskim antysemityzmie (Artykuł mój został odrzucony przez trzy kolejne redakcje prawicowe i jego treść znają jedynie redaktorzy tych tygodników - oraz odbiorcy naszej witryny ASME - Antysocjalistycznego Mazowsza, gdzie został opublikowany jako do tej pory jedyne miejsce - internetowym "drukiem"). Już wtedy zwróciłem uwagę na charakterystyczną manipulację przy tym temacie: mówiąc o współczesnym antysemityzmie w Polsce, wypomina się działalność Obozu Narodowego w II RP, w niej m.in. doszukując się korzeni postaw antysemickich u Polaków w dobie hitlerowskiej okupacji, natomiast pomija się bogaty w tym względzie dorobek urzędowego antysemityzmu panującego na polecenie Kremla w PRL. Jednym z żyjących bohaterów antysemickich kampanii w PRL jest jak wiadomo (hołubiony przez Adama Michnika) gen. Wojciech Jaruzelski. A warto przypomnieć PT czytelnikom, że w odróżnieniu od PZPR sprawującej niezmiennie władzę w PRL, Obóz Narodowy był ruchem w Polsce opozycyjnym wobec rządzącej od przewrotu majowego 1926 roku "sanacji" marszałka Józefa Piłsudskiego i działał, korzystając z uprawnień dla stronnictw opozycyjnych pozostawionych im przez władze państwowe. Dla przykładu: organizowane przez radykalnych narodowców burdy antyżydowskie na wyższych uczelniach w przedwojennej Polsce były możliwe jedynie dzięki autonomii uniwersyteckiej, uniemożliwiającej wkroczenie policji państwowej na teren uczelni. Oczywiście takie burdy miały miejsce na terenie całej Rzeczypospolitej, natomiast pani Ania Bikontowa oraz wspierający ja red. Michał Olszewski tropi te zjawiska na terenie Podlasia. Pomijają zarazem te czynniki lokalne, które spowodowały, że tak bolesne wydarzenia miały w Polsce miejsce właśnie w Jedwabnem i okolicy. Pani Ania pomija je zapewne świadomie, nazbyt przejęta swym wielkim żydowskim bólem i współczuciem dla pomordowanych żydowskich rodaków (W swej książce eksponuje ona swe żydowskie korzenie jako motywację tak wielkiej determinacji w podjętych dociekaniach historycznych. Wspomina nawet żydowski obrzęd religijny bar micwy wyprawiony przez nią dla córeczki). Ten wielki ból czyni ją głuchą na argumenty adwersarzy, odrzucane z punktu jako nie do przyjęcia ze względu na zawarty w nich rzekomy antysemityzm. Taka ślepota na przytaczane przez adwersarzy fakty nie jest cechą wyłącznie pani Ani Bikontowej, lecz również całego środowiska "Gazety Wyborczej", o czym świadczą odpowiednie ustępy pracy Magdaleny Tulli i Sergiusza Kowalskiego dla stowarzyszenia Otwarta Rzeczypospolita. Dlatego tropi ona korzenie żydowskich pogromów w lecie 1941 roku na Podlasiu w działalności endeckiej prawicy w II RP, a nie w wydarzeniach po 17 września 1939 roku, kiedy to na Kresy Wschodnie II Rzeczypospolitej wkroczyła na podstawie zmowy Stalina z Hitlerem Armia Czerwona. Komunistyczna Partia Polski była w owym czasie rozwiązana przez kierownictwo III Międzynarodówki Komunistycznej, czyli Komintern, zaś czołowy aktyw partyjny KPP - wymordowany przez NKWD. Ale jej dorobek ideowy i organizacyjny - skierowany na przygotowanie rewolucyjnego buntu mniejszości narodowych II Rzeczypospolitej przeciwko panującym w niej żywiołom polskim - został wyjątkowo skutecznie zrealizowany w istnej rabacji rozpętanej w owym czasie na Kresach Wschodnich, w tym i na Podlasiu. Był to odzew na rewolucyjne wezwanie wkraczającego na czele swych jednostek bojowych na ziemie Rzeczypospolitej sowieckiego marszałka Siemiona Timoszenki: "chwytajcie siekiery i kosy - rżnijcie polskich panów!" Więc rżnęli i rabowali, co się dało. Na ziemiach właściwej Zachodniej Białorusi i Ukrainy najbardziej dały się we znaki ludności polskiej uzbrojone bojówki czerwonych Białorusinów i czerwonych Ukraińców, choć i o bestialstwie czerwonych Żydów w Grodnie też dałoby się to i owo powiedzieć. Na Podlasiu Białorusini i Ukraińcy nie dominowali, więc na pierwszy plan wyszli czerwoni Żydzi. Później jakaś część podlaskich Żydów współpracowała z NKWD przy wywózkach na Sybir polskich elit niepodległościowych, co też zaostrzyło stosunki etniczne. Rosyjscy NKWD-ziści nawet celowo informowali ludność polską o wkładzie żydowskich "seksotów", czyli TW w przygotowanie list kandydatów do wywózki. A później przyszła godzina rewanżu w chwili wkroczenia hitlerowskiego Wehrmachtu i Waffen SS na tereny okupacji sowieckiej i - jak to poetycko ujął red. Michał Olszewski - ziemię opętały demony. Zgodnie z nastawieniem "Gazety Wyborczej", suponuje on, iż to "hodowane przed wojną diabły zerwały się z łańcuchów", ale historia zadaje temu kłam. Diabły miano hodować w Polsce, tymczasem antyżydowskie pandemonium trwało wszędzie, gdzie na sowieckie do niedawna tereny wkroczyło wojsko Hitlera. O wielu incydentach wiadomo od dawna, znacznie wcześniej od epokowych "odkryć" prof. Jana Tomasza Grossa, przy czym liczba żydowskich ofiar znacznie przekracza wyniki z Podlasia. Podejrzewam, że pani Ania Bikontowa oraz jej recenzent Michał Olszewski słyszeli o wielkim powstaniu antysowieckim w litewskim Kownie, zakończonym totalnym pogromem miejscowych Żydów, oskarżanych o współpracę z Sowietami. Podobnie było w postsowieckim Lwowie, gdzie miejscowi nacjonaliści ukraińscy zorganizowali trwający kilka dni pogrom Żydów, który pochłonął wiele tysięcy ofiar, również oskarżanych o wysługiwanie się Sowietom. Obciążając odpowiedzialnością za mord w Jedwabnem i w okolicach miejscowych Polaków, wychowanych przez przedwojennych endeków, pani Ania Bikontowa wraz z Michałem Olszewskim wybielają hitlerowskiego okupanta, który wszak nie był biernym obserwatorem mordu. Opowiadają o tym autentyczni świadkowie wydarzeń w Jedwabnem, z którymi nie raczył porozmawiać prof. Jan Tomasz Gross (Jak ta starsza dziś pani, wówczas mała dziewczynka, którą na rynek przyprowadził niemiecki żołnierz, zmylony jej kruczowłosą czupryną. Uratowała ją przed żydowskim losem sąsiadka, która zaalarmowała matkę dziewczynki i obie wytłumaczyły Niemcom, że to nieporozumienie). A i prof. Jan Tomasz Gross sam w chwili utraty czujności świadczy o obecności niemieckich żandarmów w Jedwabnem. Wszak sam opisuje scenę znalezienia złotych, pożydowskich monet w zgliszczach stodoły, które natychmiast zabrał polskim znalazcom obecny na miejscu żandarm niemiecki. W różnych miejscowościach bywało z obecnością niemiecką różnie. W białostockiej synagodze Żydów spalili sami Niemcy bez żadnej obcej asysty. W Kijowie podczas mordu Żydów w Babim Jarze do ofiar strzelali Niemcy, zaś cała pozostała logistyka spoczywała na barkach współpracujących z nimi ukraińskich nacjonalistów, którzy Żydów konwojowali, zmuszali do rozbierania się i doprowadzali do miejsca kaźni. W wyzwolonej od sowieckiej okupacji Besarabii miejscowych Żydów mordowały królewskie wojska rumuńskie pod wodza marszałka Iony Antonescu, a Niemcy najwyżej doradzali.
Prawem pani Ani Bikontowej jest dokumentowanie żydowskiego męczeństwa na Podlasiu w lecie 1941 roku. Mój sprzeciw budzi natomiast wyprowadzona z jej książki konkluzja red. Michała Olszewskiego: "w 1941 roku na Podlasiu Polacy wybili swych żydowskich sąsiadów. Mordowali w bestialski sposób. Rozgrabili ich majątki. Do dziś nie chcą pojąć tamtej krzywdy". A czy Żydzi jako zbiorowość (nawet spolonizowani Żydzi z "Gazety Wyborczej") poczuwają się do odpowiedzialności za żydowskie mordy na Polakach w Grodnie we wrześniu 1939 roku? Albo za mordy żydowskich i sowieckich zarazem partyzantów na polskich chłopach z AK-owskiej wsi Koniuchy na Wileńszczyźnie? Czy brak skruchy świadczy jedynie o znieczulicy, którą zarzucają Polakom? A może o ślepocie "Gazety Wyborczej" na jedno oko? (wytł. ASME) Dlatego - pomny na doświadczenia mego ukraińskiego znajomego opowiedziane mi w Białym Borze - proponuję formułę z listu polskich biskupów do biskupów niemieckich: przebaczam i proszę o przebaczenie. Może wówczas przykład żydowskiego współczucia wobec polskiej krzywdy roztopi kamienne serca Podlasian, na które pomstuje red. Michał Olszewski.

Ale to nie wszystko. Przed laty Michał Cichy, poprzedzony przez obszerną przedmowę Adama Michnika, zarzucał na łamach "Gazety Wyborczej" powstańcom warszawskim masowe mordowanie Żydów. Dziś "Gazeta Wyborcza" głosi chwałę tymże powstańcom. Tamtych oskarżeń wszakże nie odszczekała. (wytł. ASME) Więc jaka jest prawda w tym względzie? A może za kilka lat i w sprawie mordów na Podlasiu w lecie 1941 roku "Gazeta Wyborcza" cichcem zmieni zdanie na bardziej korzystne dla Polaków?! Kto wie, może - daj Boże - zdarzy się cud?!

Antoni Zambrowski
artykuły najnowsze | wywiady z autorem | o autorze | felietony TV | o mojej książce |