PUBLICYSTYKA ANTONIEGO ZAMBROWSKIEGO

Ubeckie mity zamiast faktów

(15,12,2003 źródło Asme)

Za sprawą mego 13-letniego syna, który namówił żonę, by mu kupiła gazetę z sensacyjnymi wiadomościami o papieżu, wpadł mi w ręce egzemplarz ubeckiego tygodnika "Fakty i mity" zawierający wynurzenia ekskapitana SB Grzegorza Piotrowskiego o prowadzonej przez niego resortowej akcji tzw. opluskwiania, czyli oczerniania księdza kardynała Karola Wojtyły. Dlaczego nazywam ubeckim pismo przedstawiające się jako "tygodnik nieklerykalny" (Bogiem a prawdą powinno być "antykatolicki") - wyjaśnię za chwilę. Na początku chcę powiedzieć, że jako swe najważniejsze zadanie traktuje redaktor naczelny tygodnika pan Roman Kotliński (pseudo Jonasz) obrzucanie wszelakim błotem naszego ojca świętego Jana Pawła II. Dlatego na okładce pisma obok rewelacji ekskapitana SB zamieszcza p. Kotliński (Jonasz) oświadczenie swej redakcji o nadaniu papieżowi swego "pokojowego anty-Nobla" (pozbawiona poczucia śmieszności antykatolicka żaba podstawia z powagą nogę tam, gdzie konie kują.) Z uzasadnienia podpisanego przez tegoż p. Kotlińskiego (Jonasza) wynika, iż działają mu na nerwy te poczynania Stolicy Świętej oraz osobiście Ojca Świętego, które cieszą się najwyższym uznaniem wielomilionowych rzesz wiernych, a budzą sprzeciw czerwonej mafii na Łubiance. Są to: czynna ewangelizacja ludzi poprzez pielgrzymki papieskie, uprawianie kultu maryjnego, konkordat Watykanu z Państwem Polskim, odrzucenie opartej na marxistowskiej teorii walki klas i głoszącej sprzeczną z Ewangelią przemoc zbrojną teologii wyzwolenia, a nade wszystko - odbudowa struktur Kościoła katolickiego w Rosji i innych krajach dawnego ZSRR. Jest ona potępiana jako przejaw katolickiego prozelityzmu przez Patriarchat Moskiewski Rosyjskiej Cerkwi Prawosławnej (czyli kontrolowaną przez FSB na Łubiance strukturę Kościoła prawosławnego) z metropolitą Aleksym II (w życiu świeckim - byłym pułkownikiem KGB Ruedigerem) na czele. Jak widać, wytyczne Moskwy są wciąż cenną wskazówką dla red. Kotlińskiego (Jonasza). Listę pretensji do ojca świętego ilustruje duże zdjęcie Jana Pawła II z gen. Pinochetem podczas oficjalnej pielgrzymki do Chile rządzonego wówczas przez wojskową juntę. Podejrzewam wszelako, że zdjęcie ojca świętego z naszym polskim anty-Pinochetem, czyli gen. Wojciechem Jaruzelskim takiej irytacji w Jonaszu by nie wywołało.
Wystarczy przekartkować to pismo, aby się upewnić, że jest ono redagowane jako rynsztokowy brukowiec (mniej więcej w stylu tygodnika "Nie" Jerzego Urbana), co nie przeszkadza w udzielaniu mu wywiadów ani pani (może towarzyszce?) senator SLD, prof. Marii Szyszkowskiej - znanej ateistce, ani deklarującemu się jako praktykujący katolik posłowi Unii Pracy red. Aleksandrowi Małachowskiemu. Podstawowym uczuciem, jakie emanuje wprost ze szpalt tygodnika, jest niechęć do Polski (i Polaków) określanej ironicznie jako Katoland.
Z niejakim opóźnieniem zamieszczono w omawianym przeze mnie numerze "Faktów i mitów" z 23 października br. artykuł rocznicowy o 60-leciu krwawej bitwy pod Lenino, która odbyła się wszak 12 października 1943 roku. Artykuł ten zawiera szkolne błędy. Dla przykładu: informuje o sowieckiej amnestii dla Polaków z wiosny 1943 roku, podczas gdy amnestia ta została w rzeczywistości ogłoszona w lecie 1941 roku, po najeździe Hitlera na ZSRR skutkiem zawartej w Londynie umowy Sikorski - Majski. Tak naprawdę ochotnicy do dywizji gen. Zygmunta Berlinga - to niedoszli żołnierze polskiej armii gen. Władysława Andersa, którzy wskutek biurokratycznych przeszkód ze strony miejscowych władz sowieckich uwolnili się z łagrów i miejsc zesłania już po wymarszu armii gen. Andersa do Iraku i dlatego trafili do obozu w Sielcach pod Riazaniem. Jest to artykuł ważny dla ustalenia ubeckich konotacji tygodnika "Fakty i mity", gdyż w przedmiocie dla gazety ideowo neutralnym, bo nie związanym ze sprawami religii katolickiej i Kościoła, powiela ubeckie plotki i mity. Chodzi mi o to, że autorzy artykułu Janusz Chrzanowski i Barbara Sawa powtarzają zupełnie bezkrytycznie ubeckie (a może NKWD-owskie) mity o rzekomej niechęci komunistycznego guru w ZSRR Alfreda Lampego do idei polskojęzycznej formacji wojskowej pod sowiecką komendą, a w polskich mundurach. Jest to rzecz zupełnie nieprawdopodobna, a szeroko powielana właśnie w kręgach ubeckich. Tu właśnie widać wyraźnie, że mając do wyboru fakty lub mity, redakcja "nieklerykalnego tygodnika" wybiera ochoczo mity wymyślone po powstaniu pod auspicjami KGB tzw. Zjednoczenia Patriotycznego "Grunwald". Chodzi o to, że czasie II wojny światowej w łonie polsko-żydowskiej diaspory komunistycznej w ZSRR rywalizowały ze sobą dwa nurty, sterowane bądź przez Międzynarodówkę Komunistyczną (Komintern) bądź przez NKWD. Prawdopodobnie wynikało to z intryganckiej taktyki marszałka Stalina, napuszczającego poprzez swych agentów na siebie ludzi Wandy Wasilewskiej oraz ludzi gen. Berlinga. Jak wiadomo, gen. Berling był człowiekiem NKWD, osobiście gen. Mierkułowa i pod jego wpływem zwalczał ludzi Kominternu, ale w Lublinie przegrał swa grę i został odstawiony na boczny tor. Na stare lata atoli dał się zwabić "grunwaldowcom", pisząc na ich zamówienie ideowe kompromitujące dla samego siebie pamiętniki, ujawniające związki z gen. Mierkulowym, rozstrzelanym w 1953 roku wraz z Ławrentijem Berią (wiadomo, że Mierkułow jest jednym z winowajców zbrodni katyńskiej). Co się tyczy rzeczywistej postawy Alfreda Lampego wobec berlingowego wojska, to zdawał on sobie sprawę, że jedyną jego szansą wznowienia kariery partyjnej jest Związek Patriotów Polskich i tworzone pod jego auspicjami wojsko. W czasie krwawej czystki 1937 roku zwanej jeżowszczyzną Alfred Lampe, pseudonim Marek, został oskarżony przez NKWD o kierowanie antypartyjną frakcją "markowców" Ofiarą tego oskarżenia padł przebywający wówczas w Moskwie Stefan Szuster-Staszewski, skazany po ciężkim śledztwie na obóz pracy GUŁAG-u na Kołymie. Alfreda Lampego oraz innego "markowca" - Romana Zambrowskiego uratował przed czystką pobyt w polskim więzieniu (po inwazji Stalina 17 września 1939 roku na polskie Kresy Wschodnie nie zostali zweryfikowani przez Komintern i nie przyjęto ich do WKP[b], wobec czego pozostali oni bezpartyjnymi komunistami). Było dla nich rzeczą jasną, że jedyną szansą wznowienia kariery partyjnej jest perspektywa powołania I Dywizji gen. Berlinga. Nie podzielam atoli oburzenia red. Janusza Chrzanowskiego, traktującego zgodnie ze schematami ideowymi PRL lojalność wobec Berlinga jako probierz polskiego patriotyzmu. Dla mnie - jak dla większości Polaków - prawdziwym Wojskiem Polskim była Armia Krajowa na terenach okupowanych przez Niemców oraz Polskie Siły Zbrojne na Zachodzie.
Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że nie można dzielić przelanej polskiej krwi, gdyż nie wszyscy Polacy mieli swobodę wyboru barw. Wielu musiało walczyć w takiej formacji, do której trafili. Odznaczeni pośmiertnie za bitwę pod Lenino tytułem Bohatera Związku Rad śp. kapitan Wysocki oraz śp. szeregowiec Aniela Krzywoniówna - wybierali się do armii Andersa, ale bić się i ginąć musieli pod komendą dezertera z tej armii, gen. Berlinga. Takie były polskie losy i nie ma w tym ich winy. Natomiast sposób przedstawienia dzielących polskich komunistów opcji ideowych wskazuje na więź ideową redakcji "Faktów i mitów" z nurtem sterowanym przez NKWD. No, i skłonność do lansowania mitów zamiast faktów.
Gwoździem numeru jest oczywiście zaanonsowany na okładce wywiad byłego kapitana SB Grzegorza Piotrowskiego o inwigilacji księdza Karola kardynała Wojtyły przez tajne służby PRL. Piotrowski przyznaje, że ksiądz Wojtyła objęty był - jak się wyraził - "rutynową inwigilacją - zresztą jak każdy ksiądz. Z czasem, gdy dzięki niekwestionowanym talentom uzyskiwał coraz silniejszą pozycję w Kościele, zainteresowanie nim rosło. Sakra biskupia, kapelusz kardynalski i hipotetyczna możliwość awansu na urząd najwyższy - zajmowały agentów coraz bardziej". Tu już pan Piotrowski bajeruje nas o zdolności przewidywania w jego resorcie. Gdy przypomnę potworne zaskoczenie SB i KGB wyborem księdza Karola kardynała Wojtyły na papieża, to opowieści o zdolności uboli do myślenia hipotetycznego miedzy bajki włożę. Była to instytucja PRL-owska i jak wszystko w gospodarce komunistycznej - pracowała jak z łaski (przesłuchujący w MSW ambasadora Gajewskiego po jego powrocie z wakacji w Paryżu funkcjonariusz nie wiedział nawet, z kim rozmawia, gdyż nie chciało mu się przed rozmową zajrzeć do papierów).
Dalej Piotrowski usiłuje wcisnąć swym czytelnikom kit propagandowy o romansie papieża, jakiego nie udało się nam wcisnąć znacznie lepiej wyposażonej Służbie Bezpieczeństwa PRL. Licząc najwyraźniej, że nikt go nie skontroluje co do prawdomówności, opowiada o wynikach swej inwigilacji księdza biskupa, a następnie księdza kardynała Wojtyły. Tymczasem dzięki badaniom archiwalnym red. Zbigniewa Branacha - autora książki o okolicznościach mordu na ks. Stanisławie Suchowolcu, wiemy, że kapitan Piotrowski montował (i to z marnym skutkiem!) antypapieską prowokację w pierwszym roku stanu wojennego (Zbigniew Branach - "Sam płonął i nas zapalał. Próba wyjaśnienia zbrodni zabójstwa księdza Stanisława Suchowolca". Agencja reporterska CETERA, 2002). Zresztą o swych urzędowych matactwach przeciwko księdzu biskupowi Ignacemu Tokarczukowi opowiadał on sam podczas pobytu w więzieniu memu koledze red. Tadeuszowi Fredro-Bonieckiemu, który o nawróceniu Grzegorza Piotrowskiego napisał w dobrej wierze całą książkę. Tak załgany świadek nie może później liczyć na zaufanie swych czytelników.
Tymczasem pan ekskapitan zapomina się i rżnie autorytet moralny niczym Adam Michnik w konfrontacji z Lwem Rywinem. Odpowiada on (ekskapitan oczywiście, nie Michnik) tak na zadane przez red. Marka Szenborna pytanie:
"- Jaką mamy pewność, że pan nie kłamie ?
- Żadnej. Ale niech pan zwróci uwagę, że po prostu nie mam w tym żadnego interesu (sic! - AZ) A poza tym... powiem tak: za mój głupi zwyczaj mówienia prawdy z podniesioną głową przesiedziałem 15 lat. Więc niech mi pan tu teraz...".
Widzicie więc państwo człowieka honoru co najmniej na miarę gen. Kiszczaka. On siedział 15 lat w więzieniu za mówienie prawdy z podniesioną głową. A ja w naiwności swojej myślałem, że siedział on tam za zamordowanie ze szczególnym okrucieństwem kochanego przez wszystkich Polaków kapłana katolickiego księdza Jerzego Popiełuszkę. Powinien był za to dostać od sprawiedliwego sądu karę śmierci lub przynajmniej dożywocia bez prawa warunkowego zwolnienia. Tymczasem za swe kłamstwa w sądzie według scenariusza gen. Kiszczaka otrzymał od sądu PRL zaledwie 25 lat więzienia i skorzystał dwukrotnie za tę samą zbrodnię z komunistycznej amnestii. A dziś bezczelnie pluje na swe ofiary.
Ksiądz Sylwester Zych wziął na swe sumienie winy swoich młodocianych parafian uwikłanych w niezamierzoną śmierć sierżanta Karosa. Odsiedział w więzieniu kilkuletni wyrok pod akompaniament gróźb, że zapłaci za te śmierć swym życiem. Zginął w lecie 1989 roku z ręki kolegów kapitana Piotrowskiego. Gdybyśmy mieli być takimi jak oni, to ekskapitan Piotrowski również by już nie żył. Na szczęście my w tym Katolandzie wyznajemy Ewangelię Chrystusową. Ale to nie znaczy, że Grzegorz Piotrowski i drukujący go red. Kotliński powinni mieć prawo do bezkarnego plucia na naszą narodową dumę - na polskiego papieża. Takie załgane pismo brukowe już dawno powinno pójść z torbami wskutek naszych pozwów sądowych o obrazę naszych uczuć religijnych. Czyż nie ma w Polsce żadnego majętnego katolika, kogo stać by było na koszta sądowe i adwokata, więc mógłby podać do sądu i Grzegorza Piotrowskiego, i redaktora Romana Kotlińskiego?!

Antoni Zambrowski
artykuły najnowsze | wywiady z autorem | o autorze | felietony TV | o mojej książce |