PUBLICYSTYKA ANTONIEGO ZAMBROWSKIEGO

Sprawa komandosów

(10,11,2003 źródło Asme)

Prof. Andrzej Mencwel zamieścił w ubiegłym roku na łamach dwóch kolejnych sobotnich wydań "Gazety Wyborczej" obszerny artykuł o polskim antysemityzmie. Bodźcem do zabrania głosu stał się fakt wymalowania gwiazdy Dawida na ścianie porzuconej chałupy we wsi, w której pan profesor spędza z synem wakacje letnie. Jeśli się zważy, że Andrzej Mencwel był przed 35-ciu laty uczestnikiem wydarzeń marcowych 1968 roku połączonych - jak wiadomo - urzędową antysemicką nagonką w kontrolowanych przez rządzącą krajem PZPR środkach przekazu, to aż dziw bierze, że prof. Mencwel ocknął się dopiero teraz i to pod wpływem tak błahego bodźca. Podejrzewam zresztą, że prof. Mencwel udaje Greka. Świadczy o tym treść jego artykułu, w którym obszerne podsumowanie stanowi dogłębny rozbiór treści i przekazu społecznego głośnej przed stu laty pracy Romana Dmowskiego pt. "Myśli nowoczesnego Polaka", nie ma natomiast ani słowa o napisanym w wiezieniu mokotowskim w lecie 1968 roku na zamówienie społeczne uboli z Biura Śledczego MSW znakomitego skądinąd eseju "Sprawa komandosów"
Niezorientowanym w przedmiocie sprawy wyjaśnię, że ruch opozycyjny studentów polskich rozpoczął się w styczniu 1968 roku od protestów przeciwko decyzji ówczesnego I sekretarza KC PZPR Władysława Gomułki o zdjęciu ze sceny warszawskiego Teatru Narodowego dramatu Adama Mickiewicza "Dziady". W tych protestach niepoślednią rolę odgrywał również młody i zdolny literat Andrzej Mencwel, zaprzyjaźniony ze śliczną niebieskooka blondyneczką Ireną Grudzińską - studentką Wydziału Filologii Uniwersytetu Warszawskiego i zarazem aktywną uczestniczką działającej na uczelni grupy opozycyjnej, kierowanej przez studenta Wydziału Historii UW Adama Michnika. Ówczesny I sekretarz Komitetu Uczelnianego PZPR, dr Andrzej Jezierski powiedział nieco wcześniej, iż są to "komandosi" Jacka Kuronia i Karola Modzelewskiego, dla propagandy ich wywrotowych poglądów dokonujących "desantów" na otwarte zebrania polityczne na uczelni. Chodziło im o prowokowanie nieprawomyślnych dyskusji. Nazwa "komandosi" przyjęła się w środowisku studenckim, ale prasa PZPR i PAX, polewająca pomyjami "Ruch 8 marca" starała się opisywać "komandosów" jako współbojowników izraelskiego generała Mosze Dajana, wsławionego błyskawicznym zwycięstwem nad armiami krajów arabskich w wojnie 6-dniowej w czerwcu 1967 roku. Organ PAX-u, dziennik "Słowo Powszechne" z dnia 11 marca 1968 roku w swej odezwie do studentów Uniwersytetu Warszawskiego, napisanej wspólnie przez prezesa PAX-u Bolesława Piaseckiego oraz pracownika KC PZPR Ryszarda Frelka, wręcz określał organizatorów wiecu protestacyjnego studentów UW na dziedzińcu przed BUW-em jako żydowskich nacjonalistów wysługujących się Izraelowi oraz rewanżystom z RFN. Te słowa niejednemu mogły trafić do przekonania, gdyż w gronie ówczesnych "komandosów" istotnie bardzo dużo było osób żydowskiego pochodzenia. Propaganda partyjna głosiła, iż żydowska opozycja wobec Władysława Gomułki jest zemstą za potępienie przez niego agresji izraelskiej.
W rzeczywistości sprawa miała dłuższy rodowód i wiąże się z historycznymi wydarzeniami burzliwego roku 1956. Pod naciskiem społecznym Partia była zmuszona do wielu ustępstw, m.in. do reaktywowania w tradycyjnym kształcie Związku Harcerstwa Polskiego, co stało się tuż po przełomie październikowym 1956 roku. Ponieważ w odrodzonym ZHP rej wodzili dawni działacze harcerscy z Aleksandrem Kamińskim na czele, wielu działaczy partyjnych uważało ZHP za organizację nacjonalistyczną i klerykalną. Wówczas właśnie podharcmistrz Jacek Kuroń stworzył hufiec im. gen. Waltera, głoszący hasła internacjonalizmu proletariackiego Do tego hufca z lekkim sercem wysłało swe dzieci wielu działaczy komunistycznych, zwłaszcza żydowskiego pochodzenia Po jakimś czasie władze partyjne spacyfikowały ZHP, narzuciły mu swe kierownictwo ideowe i organizacyjne oraz zrobiły porządek z hufcem walterowskim. Gdy oburzony tym Jacek Kuroń przeszedł do opozycji antypartyjnej, pociągnął za sobą wielu swych wychowanków - walterowców. Skutek był taki, że gdy 3 marca 1968 roku grono komandosów pod przewodnictwem Jacka Kuronia podjęło decyzję o organizacji wiecu na Uniwersytecie w dniu 8 marca, uczestniczący w tym zebraniu mój kolega zwierzył mi się po jakimś czasie, iż w życiu nie widział tylu Żydów naraz.
Uwięziony po spacyfikowanym przez ZOMO wiecu studentów Andrzej Mencwel odciął się w swym błyskotliwie napisanym eseju od żydowskich spiskowców i zyskując poklask przesłuchujących go uboli, został zwolniony z więzienia do domu. Znam te sprawy z osobistego doświadczenia, gdyż uwięziony 12 marca 1968 roku czytałem jako współoskarżony akta "sprawy Karola Modzelewskiego i innych". Po wyjściu na wolność po amnestii lipcowej 1969 roku otrzymałem od swego obrońcy mec. Kazimierza Łojewskiego odpisy akt sprawy i pożyczyłem Adamowi Michnikowi maszynopis "Sprawy komandosów". Pamiętam też jego uszczypliwe komentarze na temat jej autora. Z lektury akt sprawy wiem też, że podobnie jak Andrzej Mencwel zdradził swych kolegów z "Ruchu 8 marca" również Jan Tomasz Gross - obecny mąż Ireny Grudzińskiej. Nie napisał w celi więziennej tak błyskotliwej pracy, ale złożył obszerne zeznania podyktowane strachem. Dziś nadrobił swe zaległości, pisząc książkę "Sąsiedzi" o mordzie na Żydach w Jedwabnem, zyskującą poklask u Adama Michnika.
Muszę stwierdzić, że jak wielu ludzi odbieram prowadzoną przez Adama Michnika i kierowaną przez niego "Gazetę Wyborczą" kampanię w sprawie mordu w Jedwabnem jako obrzydliwą manipulację. Michnikowi, Grossowi i Mencwelowi chodziło o obarczenie odpowiedzialnością za antysemityzm w Polsce prawicy politycznej, a zwłaszcza Kościoła katolickiego. Jest to świadomy anachronizm. Opisywanie współczesnego zjawiska antysemityzmu w Polsce w oderwaniu prowadzonej pod rządami PZPR na polecenie Moskwy przez dziesięciolecia urzędowej propagandy antysemickiej, a zwłaszcza w oderwaniu od antysemickich czystek prowadzonych w Ludowym Wojsku Polskim przez gen. Wojciecha Jaruzelskiego oraz gen. Józefa Urbanowicza, zaś we władzach cywilnych PRL pod presją gen. Diomki-Moczara jest zwyczajnym wykręcaniem kota ogonem. Adam Michnik wypił bruderszaft z gen. Jaruzelskim i oczyścił go w ten sposób od winy wdrażania w Polsce antysemityzmu, nie bacząc na liczne ofiary jego rasistowskich praktyk. Siedzący ze mną w celi więzienia mokotowskiego student UW Piotr Żebruń żartował wtedy: "nie ten Żyd, kto Żyd, ale ten, kogo Partia wskaże". Dziś parafrazując to celne powiedzenie, możemy stwierdzić "nie ten antysemita, kto istotnie antysemita, lecz ten kogo wskaże Adam Michnik".
Adam nie darzy dziś sympatią wielu swych dawnych przyjaciół z opozycji antykomunistycznej, ba, zerwał publicznie szlify dawnego dysydenta z Władimira Bukowskiego, natomiast ogłosił ludźmi honoru naszych-dawnych prześladowców generałów Jaruzelskiego i Kiszczaka zbroczonych krwią polskich robotników. Tak się składa, że ci "ludzie honoru" są odpowiedzialni nie tylko za śmierć dziesiątków Polaków zabitych w grudniu 1970, w grudniu 1981 roku i później, ale i za antysemickie rugi w 1967 roku. Przyjaźń z nimi stawia w dwuznacznym świetle Adama Michnika również i jako pogromcę antysemityzmu w Polsce. Widać, że chodzi mu jedynie o pozór i pretekst do osiągania zupełnie innych celów.
Poza tym prowadzona przez niego walka przeciwko lustracji dawnych agentów SB również służy maskowaniu prawdziwych intencji czynnych dziś w Polsce zawodowych antysemitów, wydających swe gadzinówki na zlecenie i za pieniądze dawnych służb specjalnych PRL. Jednego z nich - Bernarda alias Bolesława Tejkowskiego - prezesa PSN-PWN Adam Michnik znal osobiście najpierw jako zasłużonego opozycjonistę, później jako ubola i świadka oskarżenia na procesach więźniów marcowych w latach 1968-69. Jest to antysemita niezmiernie czynny, ale nietypowy, ponieważ sam jest Żydem z pochodzenia. O Bogusławie Rybickim - prezesie kanapowego Stronnictwa Narodowego "Ojczyzna" opowiadał mi mój przyjaciel z podziemnej "S", śp. Zygmunt Krzemiński, pseudo Kmicic. Współpracował on z nim podczas wyborów parlamentarnych 1993 roku i twierdził, iż jest to dawny działacz PZPR i ewidentny "ubol". O KGB-owskich sympatiach pana Reymanna - redaktora pisemka "Najjaśniejszej Rzeczypospolitej" świadczy jego poparcie dla Jana Sienkiewicza - sowieckiego agenta wpływu w dobie walk KGB z litewskim ruchem niepodległościowym "Sajudis". Co się tyczy Leszka Bubla, to warto zwrócić uwagę, iż w ślad za Adamem Michnikiem atakuje on z zapamiętaniem ojca dyrektora Tadeusza Rydzyka i radio Maryja. Wszystkim tym antysemickim wydawcom przydałaby się lustracja oraz sprawdzenie źródeł finansowania. Nie zdziwiłbym się, gdyby się okazało że pieniądze pochodzą od służb specjalnych Białorusi lub Rosji, czyli od tych, którzy finansują ustawianie na poboczu rosyjskich szos zaminowanych tablic z hasłem "Śmierć gudłajom". Przy okazji porządnej lustracji wyszłyby i kontakty krajowe - z SLD lub z inną lewicą. Nie są to tylko czcze supozycje. Gdy w roku 1996 ówczesny premier Włodzimierz Cimoszewicz na obchodach rocznicy pogromu w Kielcach zwalał winy swej formacji ideowo-politycznej wobec Żydów na cały naród polski, były działacz Wolnych Związków Zawodowych na Wybrzeżu Krzysztof Wyszkowski powstrzymał antysemicką prowokacje zaplanowaną do odegrania w obecności pana Eli Wiesela na cmentarzu żydowskim w Kielcach w wykonaniu miejscowych skinów. Opiekunem owej bojówki był według relacji Krzysztofa Wyszkowskiego miejscowy działacz SLD oraz pracownik miejscowego kuratorium w jednej osobie. Jeśli się zważy, że Włodzimierz Cimoszewicz jest podobnie jak prezydent Aleksander Kwaśniewski przyjacielem Adama Michnika, to się nasuwa pytanie, czy działają oni pospołu w kierunku rozpalania antysemityzmu czy też w kierunku jego naturalnego wygasania po obaleniu totalitaryzmu komunistycznego? Coś mi się widzi, że jest jak w Kielcach w 1946 roku - przydałyby się nawet ofiary żydowskie, byle można było obciążyć nimi prawicę.

Antoni Zambrowski
artykuły najnowsze | wywiady z autorem | o autorze | felietony TV | o mojej książce |