PUBLICYSTYKA ANTONIEGO ZAMBROWSKIEGO

Spluń za siebie

(14,07,2003 źródło Asme)

Dawny bard podziemnej "Solidarności" Jacek Kaczmarski napisał ostatnio wiersz, względnie tekst piosenki zatytułowany (z aluzją do słynnej powieści Aleksandra Sołżenicyna) - "Oddział chorych na raka a la Polonaise AD 2002", zamieszczony w sobotnim dodatku do dziennika Rzeczypospolita "Plus minus" (28-29 czerwca br.). Opisuje tam pobyt na badaniach w warszawskim szpitalu przy ul. Banacha i rozmówki pacjentów w pięcioosobowym pokoju szpitalnym. Jako Żyda z pochodzenia, najbardziej animuje go temat stosunków polsko-żydowskich w tych rozmowach i to do tego stopnia, że im poświęcił swój wiersz. Rzecz wygląda na opis z natury, lecz mimo to budzi moje wątpliwości. Gdyż opis ten aż nadto układa się w stereotypy propagandowe lansowane przez "Gazetę Wyborczą". Chodzi o to, że antysemitą w pokoju szpitalnym jest facet słuchający późnymi wieczorami nieszporów w radiu Maryja. Wygłasza on przy sposobności teksty, że Polacy winni są Hitlerowi pomniki za wymordowanie żydowskiego robactwa i ma zarazem pretensje o to, że Żydzi kazali założyć papieżowi jarmułkę. Pozostali pacjenci reagują słowami poparcia dla przedmówcy, gdy jeden z chorych ośmielił się oponować, tłumacząc, iż ojciec święty włożył jarmułkę podczas odwiedzin synagogi. Zakrzyczano go, by nie bronił żydowskiej bolszewii. Taki właśnie obraz, czy tylko aby z natury?
Przed laty Jacek Kaczmarski napisał wzruszający tekst o dzieciach stanu wojennego, a w nim taką zwrotkę: "Ulepiliśmy bałwana w ciemnych okularach. Obsikaliśmy go w koło i stanęli w parach". Ów bałwan w ciemnych okularach był w latach wczesnej młodości Jacka Kaczmarskiego współorganizatorem masowej czystki antysemickiej w PRL Przyjaciel Jacka Kaczmarskiego Jacek Kuroń jest inicjatorem corocznych obchodów smutnej rocznicy eksodusu resztki polskich Żydów, wypędzonych po marcu 1968 roku przez gen. Jaruzelskiego z naszego kraju. Nie przeszkadza to we fraternizacji przyjaciół Jacka Kuronia z gen. Jaruzelskim, który dziś już przezornie antysemitą nie jest. Teraz to się już nie opłaca. Jest natomiast bożyszczem postkomunistycznej lewicy, jak widać było z owacyjnego powitania go na II zjeździe SLD.
Ponieważ gen. Jaruzelski nie jest już winowajcą antysemityzmu w Polsce, więc odpowiedzialność za jego przejawy złożono na ojca Tadeusza Rydzyka i jego radio Maryja. Coś tu się jednak nie zgadza w opowieści Jacka Kaczmarskiego, gdyż jego słuchacz tegoż radia jest gotów budować pomniki Hitlerowi, zapominając o zbrodniach wojennych popełnionych przez hitlerowców na milionach Polaków. Takie poglądy są absolutnie wykluczone w radiu Maryja. Co więcej, ojciec Tadeusz Rydzyk jak na eurosceptyka przystało - ostrzega przed niemieckim niebezpieczeństwem dla Polski i Polaków.
Jacek Kaczmarski przypomina tu swego przyjaciela Sergiusza Kowalskiego, który na łamach "Gazety Wyborczej" zwalcza literaturę antysemicką w księgarniach przykościelnych. Obecność takiej literatury w kioskach "Ruchu" już go nie razi, podobnie jak bezczynność w tym względzie podlegającej min. Kurczukowi prokuratury. Ministra Kurczuka można zrozumieć, że traktuje łagodnie ubeckie podziemie, finansujące antysemickie wydawnictwa. Jest postkomunistą i nic co rodem z PRL - nie jest mu obce. Natomiast Sergiusz Kowalski oraz Jacek Kaczmarski dawniej walczyli z ubecją i jej antysemityzmem. Dziś zapominają już o prawdziwych źródłach tego zjawiska w Polsce, oskarżając o to posoborowy Kościół katolicki.
Na zakończenie wiersza Jacek Kaczmarski pisze, że pod wpływem szpitalnych dyskusji w ustach mu gęstniała tysiącletnia ślina, której ze względu na chore gardło nie mógł przełknąć. "Spluń za siebie - mówiło mi coś - spluń i zmykaj!". Czyżby ta tysiącletnia ślina miała być metaforą tysiąclecia stosunków polsko-żydowskich? Byłby to błąd historyczny, gdyż przedrozbiorowa Polska stanowiła przez wieki azyl dla Żydów w Europie. Stosunki popsuły się w czasie rozbiorów, gdyż polscy Żydzi w swej masie w miarę upływu lat niewoli coraz bardziej obojętnieli na los Polski, zaś zrusyfikowani litwacy z ziem odłączonych od Kongresówki stali się wręcz nosicielami antypolonizmu. Więc ślina może być najwyżej stuletnia. Spluwając atoli na nas wszystkich za winy nielicznych antysemitów, Jacek Kaczmarski mógłby w ten sposób wymazać cały swój dorobek uzyskany w walce o wolną Polskę. A szkoda by było takich pięknych tekstów.

Prasa kłamie

(14,07,2003 pźródło Asme)

Napotkałem w dodatku stołecznym do "Gazety Wyborczej" na znajome nazwisko i w związku z tym przeczytałem reportaż Dariusza Foconia - "Dajcie żyć" o dramacie mego kolegi z więziennej celi Eugeniusza Temkina, któremu tzw. blockersi z jego osiedla na Kabatach prześladują l6-letniego syna Alka. Blockersi - to młodzieżowa subkultura wyrosła w nowych dużych osiedlach mieszkaniowych złożonych z wielkopłytowych kamienic. Nie jest polską specyfiką, gdyż pleni się w wielu dużych miastach na całym świecie, tam gdzie dorośli współmieszkańcy nie znają się ze sobą. Blockersi terroryzują współmieszkańców, przede wszystkim nieletnich, i stanowią istną plagę uboższych dzielnic, zwłaszcza jeśli zawodzi policja. Mówię o dzielnicach uboższych, gdyż zamożniejsze spółdzielnie mieszkaniowe opłacają firmy ochroniarskie i problemów z blockersami nie znają. Podobne trudności, co na osiedlu, mieli rodzice Alka w szkole, ponieważ szkoły państwowe realizujące powszechny obowiązek nauczania trapi ta sama plaga chuligaństwa i bandytyzmu młodocianych. Na właściwe rozwiązanie wynikające ze zdobyczy III Rzeczypospolitej wpadli rodzice Alka, widząc jego trudności z otoczeniem w szkole podstawowej przy ul. Lokajskiego. (Koledzy szkolni dokuczali mu i onanizowali się na jego oczach w ubikacji). Przenieśli go więc do szkoły społecznej na Mariensztacie, gdzie chłopiec czuje się dobrze.
"Gazecie Wyborczej" atoli wszystko kojarzy się z antysemityzmem, więc i sprawę Alka Temkina red. Dariusz Facoń opisuje w sposób oczekiwany przez jego redakcyjną zwierzchność. Źródłem problemów młodego Temkina ma więc być nagminny w Polsce antysemityzm. Jest to diagnoza po części uzasadniona, gdyż zjawisko chuligaństwa na tle antysemityzmu istotnie wystąpiło w Wielki Czwartek i Piątek na osiedlu w Kabatach, gdy przy akompaniamencie okrzyków antysemickich obrzucono Temkinom okna jajkami. Jest to jednak półprawda, ponieważ chuligaństwo blockersów w większym stopniu godzi w rodowitych Polaków niż w nielicznych u nas Żydów. W dodatku by uzasadnić swą tezę red. Dariusz Facoń odpowiednio fryzuje fakty, informując o żydowskich i gruzińskich korzeniach rodziny Temkinów, natomiast zapominając poinformować o korzeniach polskich. Tymczasem prawda jest taka, że mama Alka - Marysia Temkinowa jest rodowitą Polką i żarliwą katoliczką. Mama Eugeniusza Temkina, a babcia Alka po mieczu pochodziła z zasłużonej dla Polski rodziny o żydowskich korzeniach i była spokrewniona ze znaną muzyczną rodziną Wiłkomirskich. Przed wojną jako zdolny pedagog współpracowała ona z doktorem Januszem Korczakiem. (Dodajmy, że poprzez światowej sławy skrzypaczkę Wandę Wiłkomirską Eugeniusz Temkin jest spowinowacony z ekspremierem PRL Mieczysławem F. Rakowskim. Mimo takich koligacji Eugeniusz był wieloletnim uczestnikiem opozycji antykomunistycznej, współpracownikiem Komitetu Obrony Robotników oraz Solidarności Rolników, za co w stanie wojennym internowano go w więzieniu w Białołęce). Urodził się Eugeniusz Temkin w sowieckim obozie pracy w Kniaż Pogostie w autonomicznej republice Komi na Uralu ze związku uwięzionej tam jego matki z gruzińskim więźniem tegoż łagru. Po swym gruzińskim ojcu i dziadku odziedziczyli zarówno Eugeniusz, jak i Alek śniadą cerę i czarne włosy. Właściwie obaj z powodzeniem mogliby nosić gruzińskie nazwisko swoich kaukaskich przodków. Obawiam się, że problemów z blockersami by nie uniknęli, ale "Gazeta Wyborcza" nie miałaby pretekstu do pisania o polskim antysemityzmie. Dodam jeszcze, że Temkinowie są rodziną katolicką, brali ślub kościelny, chrzcili dzieci i chodzą do kościoła. Choć "Gazeta Wyborcza" ten szczegół przemilcza, podejrzewam, że nie stanowi to tajemnicy dla sąsiadów. Red. Dariusz Facoń zgłasza pretensje do miejscowego proboszcza o odmowę interwencji. Uważam, że ksiądz proboszcz istotnie popełnił tu grzech zaniedbania, gdyż powinien był potępić chuligaństwo wobec bliźniego zwłaszcza w dniach Męki Pańskiej. No i bezbożny antysemityzm, godzący w dodatku w jego parafian. Wszak w Kościele Powszechnym "nie masz Greczyna ani Żyda". Wątpię atoli, czy by to odniosło oczekiwany przez "Gazetę Wyborczą" skutek. Przypuszczam bowiem, że szykany pogańskich w gruncie rzeczy blockersów można z równym powodzeniem zapisać na konto antykatolickich nastrojów na osiedlu zamieszkałym przez dawnych uboli i milicjantów.
O prezesie spółdzielni mieszkaniowej Kabaty, tow. Zbigniewie Santkiewiczu wróble ćwierkają, że był dawnym wysokim funkcjonariuszem kiszczakowego MSW. Tłumaczyłoby to jego (opisywana przez "Gazetę Wyborczą") obojętność na dramaty rodziny Temkinów, zawinione przez osiedlowych chuliganów. Wszak jak mawiał nie żyjący już światowej sławy ekonomista, prof. Michał Kalecki: "Rządy PRL są niczym cesarz Neron. Prześladują bowiem pospołu chrześcijan i Żydów". I tak widocznie już zostało u postkomunistów, mimo spektakularnych gestów przywódców SLD w Jedwabnem.
Ze zgrozą pisze "Gazeta Wyborcza" o okrzykach osiedlowych chuliganów, iż powtórzy się wnet Oświęcim, nic a nic nie kojarząc, że jest to skutek uprawianej w proeuropejskich środkach przekazu z "Gazetą Wyborczą" na czele propagandy wyłączności żydowskiego Holocaustu. Wobec roli RFN jako adwokata spraw polskich w Unii Europejskiej polskie środki przekazu milczą o polskich stratach zawinionych przez III Rzeszę w II wojnie światowej. W czasie hitlerowskiej okupacji Polacy powtarzali: tylko świnie siedzą w kinie, gdy ich bracia w Oświęcimiu. Wtedy wiedza o obozie zagłady dla Polaków w Oświecimiu była w Warszawie powszechna. Dziś tak już nie jest, zwłaszcza po kampanii "Gazety Wyborczej" przeciwko ustawianym przez Kazimierza Świtonia na żwirowisku krzyżom ku czci pomordowanych w Oświęcimiu Polaków. I jako skutek tego obserwujemy identyfikację polskich chuliganów z niemieckimi okupantami, a nie z ich polskimi i żydowskimi ofiarami. Niestety nie tylko chuliganów. Jak widać, okrzyki o nowym Oświecimiu nie przeszkadzają ani prezesowi Spółdzielni Mieszkaniowej, tow. Zbigniewowi Santkiewiczowi, ani kierownictwu komisariatu policji na Ursynowie.
Nie mogąc doczekać się interwencji policji, Eugeniusz Temkin postanowił odwołać się do środków przekazu, nieświadom obosieczności tej broni. Kilka gazet zbyło go pustymi obietnicami, ale "Gazeta Wyborcza" przysłała reportera, któremu niestety reportaż pomylił się z literaturą fantastyczno-naukową. (Takie są bowiem w tym dzienniku obyczaje.) Opisał więc rozmowy z blockersami na podwórku lub z sąsiadami w kamienicy, których nie było. Co gorsza: podkoloryzował szykany wobec Alka w szkole podstawowej, opisując bicie chłopca przez kolegów, którego również nie było. Teraz szkoła zgłasza pretensje o oszczerstwo nie do gazety, lecz do państwa Temkinów.
Dziwię się redaktorowi Adamowi Michnikowi, podejmującemu interwencje prasową na rzecz naszego wspólnego znajomego Gienia Temkina i jego syna Alka. Dlaczego zamiast drukować głupoty o rodzinie Temkinów w redagowanej przez siebie "Gazecie" nie zadzwoni do swego serdecznego przyjaciela - premiera Leszka Millera i nie poprosi go, by polecił komendantowi policji Kowalczykowi, aby pogonił kota podwładnym na Ursynowie. Przynajmniej dzielnicowemu z osiedla. Red. Ernest Skalski z tejże "Gazety Wyborczej" powiedział niegdyś, że policja i prokuratura - to są służby leniwe. Sprawa Eugeniusza Temkina i jego syna Alka dowodzi, iż słowa te nie straciły jak dotychczas nic na aktualności.

Antoni Zambrowski
artykuły najnowsze | wywiady z autorem | o autorze | felietony TV | o mojej książce |