PUBLICYSTYKA ANTONIEGO ZAMBROWSKIEGO

Nieporozumienie z październikiem 1956 roku

(19,11,2003 źródło Asme)

Mój wieloletni przyjaciel Krzysztof Wyszkowski zamieścił na łamach "Głosu" artykuł stanowiący ważne świadectwo intensywnych starań Jacka Kuronia oraz jego politycznych przyjaciół w kierunku przejęcia politycznej kontroli nad Wolnymi Związkami Zawodowymi Wybrzeża oraz nad powstającym Niezależnym Samorządnym Związkiem Zawodowym "Solidarność" Jako świadek wydarzeń postrzegający je z innego punktu obserwacji, mogę jedynie potwierdzić tę diagnozę. W pewnym momencie atoli Krzysztof przytoczył cytat z mego opracowania pod tytułem "Rewelacje wyssane z palca" (obszernie udostępnionego jedynie przez witrynę ASME), aby uzasadnić zarzut, iż Jacek Kuroń był przez długie lata epigonem "liberalnego" nurtu w PZPR w 1956 roku czyli tzw. Puławian. Krzysztofowi chodziło o to, że Kuroń przeciwstawiał idei wolnych związków zawodowych propagowane w 1956 roku koncepcje samorządu robotniczego. Sądzę jednak, że nie była to sprzeczność zasadnicza. Samorząd robotniczy jest do pogodzenia z wolnymi związkami zawodowymi. Dowodzi tego dalsza historia "Solidarności" Spór z Kuroniem dotyczył w istocie innych spraw. Jak wiadomo, idei niepodległości Polski Jacek Kuroń przeciwstawiał hasło samorządnej Rzeczypospolitej, w miejsce niezależności od Rosji, wysuwając bardziej strawne dla Kremla koncepcje finlandyzacji PRL. Koncepcje te głosił on zaraz po powołaniu Komitetu Obrony Robotników na łamach jego "Biuletynu Informacyjnego", a następnie ze wszystkich dostępnych sobie trybun. Tymczasem w 1956 roku hasło Rad Robotniczych miało zupełnie odmienne konotacje, gdyż wypowiadane było jednym tchem z hasłem przywrócenia suwerenności Rzeczypospolitej. Sowiecki model socjalizmu przewidywał bowiem jedynie kierowniczą rolę aparatu partyjnego, zaś jugosłowiańskie pomysły samorządu pracowniczego traktowane były w Moskwie jako rewizjonistyczne herezje. Jugosławia była krajem poza obozem sowieckim, niepodległym, prowadzącym samodzielną politykę zagraniczną i wewnętrzną, a przez to mimo rządów komunistycznych - budzącym zawiść w środkowo-europejskich poddanych Moskwy. Niepodległościowy zryw Polaków w październiku 1956 roku został w poważnym stopniu sprowokowany przez bezczelną ingerencję Nikity Chruszczowa i jego towarzyszy w polskie sprawy, popartą marszem sowieckich kolumn czołgowych z sowieckich baz na Warszawę. Polacy nie mogli puścić tej ingerencji płazem. Tysiące ludzi na niezliczonych wiecach i zebraniach deklarowali otwarcie wolę obrony suwerenności swej ojczyzny. Przed kierownictwem sowieckim stanęło groźne widmo powtórki Powstania Warszawskiego z sierpnia i września 1944 roku, tłumionego tym razem nie przez hitlerowców, lecz przez Sowiety. I to w skali całego kraju. Wobec jednoznacznej postawy społeczeństwa, nieobojętna była również znaczna część aktywu partyjnego oraz wojska. Po stronie Polaków opowiedzieli się również komuniści jugosłowiańscy oraz chińscy. Kreml uznał więc, że skórka nie warta jest wyprawki i zatrąbił na odwrót. Zdumiony świat wstrzymał oddech, kiedy tysiące bezbronnych Polaków swoją odwagą i rozwagą - bez jedynego wystrzału - zmusiło sowieckie czołgi do odwrotu. Było to pierwsze po II wojnie światowej polskie zwycięstwo nad Imperium Zła, zwiastun przyszłych zwycięstw z sierpnia 1980 oraz czerwca 1989 roku! Zmieniło to powszechny odbiór Polaków w oczach Europy i świata. Znany rosyjski pisarz emigracyjny Władimir Maksimow powiedział mi po wielu latach w Warszawie, że rosyjski inteligent patrzył wówczas na Polaków "snizu wwierch" - z poczuciem uznania i zawiści. Przed Październikiem '56 znany austriacki pisarz Franz Werfel napisał głośną w Europie i USA sztukę teatralną pod tytułem "Jakubowski i pułkownik", ukazującą w świetle satyrycznym Polaków. Jej bohaterem był dzielny, a zarazem przytomny na umyśle Żyd Jakubowski towarzyszący w dniach klęski wojennej Francji w lecie 1940 roku zwariowanemu polskiemu pułkownikowi o wymownym nazwisku Umieralski. Światowy sukces teatralny i filmowy tej sztuki świadczył wymownie, iż po Powstaniu Warszawskim 1944 roku świat postrzegał nas jako zwariowanych Umieralskich. Październikowe zwycięstwo Polaków przekreśliło te złośliwe stereotypy. Umieralskimi stali się nasi węgierscy pobratymcy, na których spadł wówczas cios Imperium Zła, wymierzony początkowo w nas.
I tu nasuwa się refleksja, że nie umiemy w Polsce świętować zwycięstw narodowych. Gdyby czołgi sowieckie nie zawróciły wówczas do swych baz z lęku przed konfrontacją z Polakami i gdyby Polska przeżyła tragedię na wzór węgierskiej z listopada 1956 roku, dziś z bólem obchodzilibyśmy kolejną rocznicę masakry. Ponieważ odnieśliśmy wtedy zwycięstwo, dzień 23 października minął bez echa zapomniany przez wszystkich. A mój przyjaciel Krzysztof Wyszkowski - zbyt młody, by pamiętać tamte wydarzenia dziejowe - traktuje jako zarzut korzystanie z dorobku tamtych lat, nieświadom, że jest to właśnie dorobek obozu niepodległościowego, porzuconego przez Jacka Kuronia na rzecz ugody z komuną.

Antoni Zambrowski
artykuły najnowsze | wywiady z autorem | o autorze | felietony TV | o mojej książce |