PUBLICYSTYKA ANTONIEGO ZAMBROWSKIEGO

Moskwa popiera turkmeńskiego Stalinka

(2,03,2003 źródło Asme)

Ostatnio - 19 lutego mieszkańcy postsowieckiej republiki Turkmenii obchodzili radośnie 63. rocznicę urodzin prezydenta Saparmurata Nijazowa, połączonych z obchodami Dnia Flagi Narodowej. W stolicy kraju - Aszchabadzie odbyła się defilada wojskowa, tradycyjne turkmeńskie wyścigi konne, koncert estradowy, zaś wieczorem - ognie sztuczne. Sprawujący swój urząd dożywotnio prezydent Saparmurat Nijazow był w czasach sowieckich I sekretarzem KC Komunistycznej Partii Turkmenii (w składzie KPZR) i w czasie pieriestrojki w roku 1990 na wzór Gorbaczowa został dodatkowo wybrany prezydentem sowieckiej Turkmenii. W chwili rozpadu Związku Rad przemianował on partię komunistyczną w Demokratyczną Partię Turkmenistanu i jako jej przewodniczący został zatwierdzony na stanowisku urzędującego prezydenta republiki. Przebudowa ustrojowa odbyła się zatem bez wstrząsów. Wyborcy Nijazowa, a ściślej mówiąc poddani, mieli nadzieję, że z bogatej w gaz i ropę naftową, a liczącej zaledwie 3 mln mieszkańców republiki uczyni on w szybkim czasie postsowiecki Kuwejt. Niestety, tak się nie stało. Jak to bywa z autokratycznymi władcami, uzyskane z eksportu sumy prezydent noszący urzędowy tytuł Turkmenbaszy, czyli ojca Turkmenów, przeznaczył na dobrobyt własny oraz swego otoczenia, ze szczególnym uwzględnieniem wojska i policji.
Ponadto biorąc przykład ze Stalina i Brieżniewa, nie ogranicza się on do działalności wyłącznie politycznej i administracyjnej. Napisał on w wolnych chwilach m.in. książkę pod tytułem "Ruchnama", która ma pełnić rolę świeckiego Koranu. Zaleca on w niej swym rodakom mycie się co rano, a nadto sławi liczące ponoć 5 tys. lat dzieje Turkmenów, którym przypisuje wynalazek koła oraz topora kamiennego. Ku czci umiłowanego prezydenta wznosi się w całym kraju pomniki, nazwę Turkmenbaszy nosi dziś zbudowany jeszcze przez Rosjan w carskich czasach port Krasnowodsk nad Morzem Kaspijskim, zaś napisana przez niego i wydawana masowo książka "Ruchnama" jest traktowana jako święta książka Turkmenów. Na cześć matki ojca wszystkich Turkmenów zostały przemianowane nazwy turkmeńskie niektórych miesięcy i dni tygodnia.
Dnia 25 listopada 2002 roku prowadzona przez prezydenta Nijazowa pancerna limuzyna została ostrzelana z broni palnej przez nieznanych sprawców. Tego dnia samochód prezydenta znajdował się na czele kawalkady, a nie w jej środku jak nakazują względy bezpieczeństwa. Mimo to prezydent nie zauważył incydentu i o wszystkim dowiedział się dopiero po czasie od swej ochrony. Całe zdarzenie nie zawierało więc takiej dramaturgii jak zamach rosyjskich służb specjalnych na prezydenta Gruzji Eduarda Szewardnadzego, kiedy jego pancerny mercedes trafiono pociskami z kilku granatników przeciwczołgowych. Mimo to skutki zamachu były opłakane dla wszystkich, kogo policja turkmeńska uznała za wrogów prezydenta. Według moskiewskiego ośrodka obrony praw człowieka "Memoriał" aresztowano 61 bądź 67 osób, które poddano wymyślnym torturom. Spośród nich skazano za udział w spisku 28 osób. Jeden ze skazanych Amanmuchamet Ykłymow zeznał w sądzie, że był torturowany w lochu miejskiego departamentu policji w Aszchabadzie. Oprawcy zakładali mu na głowę torebkę plastikową lub (dla urozmaicenia) maskę gazową, zamykając dostęp powietrza, wieszali za wykręcone do tyłu ręce. Po tych torturach Ykłymow chodzi z trudem, ma unieruchomioną lewą rękę, lewe ucho i lewe oko są niesprawne. Oczywiście sędziowie zignorowali jego zażalenie. Co więcej policyjni oprawcy wzięli również na męki jego 72-letniego stryja nazwiskiem Ata Ykłymow, który przebywa w szpitalu w bardzo ciężkim stanie. Innych podejrzanych zastraszano, bito, deportowano z miasta na pustynię, ich dzieci wydalono ze szkół i nawet przedszkola.
25 grudnia został aresztowany w Aszchabadzie Borys Szychmuradow - były wicepremier oraz minister spraw zagranicznych, a po konflikcie z prezydentem Nijaszowem przywódca opozycyjnego Ludowego Ruchu Demokratycznego Turkmenistanu, od roku przebywający na emigracji w Europie.

Co wolno Iwanowi, to nie Gruzinowi

(2,03,2003 źródło Asme)

W czasach PRL-u odwiedziła mnie ze swym alkoholem trzyosobowa grupa dziennikarzy gruzińskich, przebywających w ramach delegacji służbowej w Warszawie. Gdy wychodziliśmy skoro świt z mego mieszkania na Starym Mieście, wskazałem im na pomnik Jana Kilińskiego na Podwalu i wyjaśniłem, że jest to szewc i przywódca powstania przeciwko rosyjskiemu panowaniu w Polsce. Następnie wskazałem na widoczną w oddali kolumnę Zygmunta i wyjaśniłem, że jest to król Polski i Litwy, którego wojsko zdobyło Moskwę w 1610 roku. I idąc za ciosem, wytłumaczyłem, że nieco dalej na Krakowskim Przedmieściu stoi pomnik konny księcia Józefa Poniatowskiego, który wraz z Napoleonem zdobywał ponownie Moskwę w roku 1812. Gruzini spojrzeli po sobie i zapytali, co na to mówi Ambasada. Odpowiedziałem na luzie, że musi szanować nasze pamiątki narodowe. Gruzini nie zmawiając się, jęknęli jednym głosem: "Ach, gdybyśmy to mieli 40 mln mieszkańców i własne wojsko!". Pozostający pod sowiecką okupacją Gruzini gotowi byli nam zazdrościć nawet gen. Jaruzelskiego i jego wojska z polską komendą. No i było ich dziesięciokrotnie mniej niż nas.
W odróżnieniu od PRL w sowieckiej Gruzji gruzinojęzyczna była jedynie milicja. Wojsko - choć formalnie federalne - było de facto rosyjskie i dwukrotnie za życia mego pokolenia sprawiło buntującym się mieszkańcom Tbilisi krwawą łaźnię. Ostatnim razem było to w kwietniu 1989 roku, kiedy rosyjscy komandosi zmasakrowali saperskimi łopatkami 20 kobiet - uczestniczek pokojowej manifestacji patriotycznej, zaś ponad tysiąc struli gazem bojowym.
Gdy w roku 1991 po rozpadzie Związku Rad Gruzja odzyskała utraconą w roku 1921 niepodległość, nie miała w odróżnieniu od Polski własnego wojska. Kiedy prezydent niepodległej Gruzji Zwijad Gamsachurdia odmówił wstąpienia do zawiązanej pod auspicjami Kremla Wspólnoty Państw Niepodległych (WNP), pozostająca na żołdzie rosyjskich służb specjalnych organizacja paramilitarna "Mchedrioni" wywołała w grudniu 1991 roku zbrojny zamach stanu w Tbilisi i obaliła prawowitego prezydenta. Na jego miejsce "Mchedrioni" zaprosili po kilku tygodniach mieszkającego w Moskwie dawnego I sekretarza KC KP Gruzji Eduarda Szewardnadze. Zasłynął on w świecie jako minister spraw zagranicznych ZSRR w dobie pieriestrojki Michaiła Gorbaczowa i teraz miał legitymizować nowych władców Gruzji. Gamsachurdia salwował się ucieczką do pobliskiej Armenii, a następnie schronił się przed długą ręką Kremla w niezależnej od Moskwy Czeczenii jako gość honorowy prezydenta Dżohara Dudajewa, który przysłał po niego specjalny samolot (zginął wkrótce w noc sylwestrową 1993 roku podczas nieudanej próby odzyskania władzy w swych stronach ojczystych w zachodniej Gruzji, w upozorowanym przez rosyjskie służby specjalne "samobójstwie").
Zwycięscy "Mchedrioni" zachowali się jak bandyci i splądrowali opanowane przez siebie połacie kraju, a następnie w sierpniu 1992 roku sprowokowali konflikt zbrojny w dwóch autonomicznych regionach, położonych na północy kraju na granicy z Rosją. W położonej nad Morzem Czarnym Abchazji mieszkali od tysiącleci Abchazowie, połączeni w średniowieczu unią personalną z monarchią gruzińską, niczym Polska i Litwa w Rzeczypospolitej Obojga Narodów. W położonej w górach Kaukazu Osetii mieszkają od kilku wieków osiedlający się na ziemi gruzińskiej Osetyjczycy, przybysze z północnego zbocza Kaukazu. Tam mają oni własną republikę autonomiczną w składzie Federacji Rosyjskiej zwaną Osetią Północną lub Alanią. (Alanowie byli we wczesnym średniowieczu potężnym ludem i Osetyjczycy chętnie odwołują się do tej tradycji). "Mchedrioni" chcieli złupić te tereny, jak złupili wcześniej inne połaci Gruzji, ale Abchazowie i Osetyjczycy, wspierani cichcem przez Rosjan, pobili najpierw "Mchedrionów", a następnie słabo wyszkolone i źle uzbrojone wojsko gruzińskie i oddali się pod rosyjską kuratelę. Kontrolę nad tym terenem po długich pertraktacjach dyplomatów przejęły jednostki rosyjskie, występujące oficjalnie jako formacje rozjemcze WNP (Po takiej klęsce prezydent Eduard Szewardnadze był zmuszony rozbroić "Mchedrionich" i zamknąć na jakiś czas w więzieniu ich przywódców. Dzięki temu uzyskał on swobodę ruchów i uwolnił się od kurateli ludzi uznawanych przez obywateli Gruzji za bandytów.).
Po ponownym przyłączeniu Czeczenii do Rosji na przełomie 1999 i 2000 roku wytworzyła się dwuznaczna sytuacja: Rosja domaga się od całego świata uznania integralności jej terytorium kosztem prawa Czeczenów do samostanowienia i zarazem odrzuca analogiczny postulat prezydenta Gruzji Szewardnadzego względem Abchazji i Południowej Osetii. Jest to klasyczny przypadek stosowania filozofii Kalego: co wolno Iwanowi, to nie Gruzinowi...
Tymczasem Rosja może obejść się bez Czeczenii (zaoszczędziła by nawet jedną trzecią budżetu państwa jakie pochłania wojna z partyzantami), zaś Gruzja ma na utrzymaniu trzysta tysięcy etnicznych Gruzinów wypędzonych z Abchazji, zwłaszcza z zaludnionego w większości przez Gruzinów pogranicznego powiatu galskiego, i pozbawionych wskutek tej czystki środków do życia. Abchazowie pozbyli się żywiołów gruzińskich z obawy przed zagrożeniem równowagi etnicznej w ich kraju i ten krok cieszył się poparciem ze strony Moskwy. Gdyby w ten sposób Łotysze i Estończycy postąpili z Rosjanami, którzy kolonizowali ich miasta w czasach sowieckiej okupacji, a teraz zagrażają równowadze etnicznej w tych państwach, to Moskwa trąbiłaby na wszystkich europejskich gremiach o łamaniu praw człowieka.
Ostatnio spór Tbilisi z Moskwą zaostrzył się, gdyż władze rosyjskie masowo nadają obywatelstwo Federacji Rosyjskiej mieszkańcom Abchazji i Osetii Południowej, nie pytając o zgodę na to władz w Tbilisi. Gruzja więc otwarcie mówi o pełzającej aneksji tych dwóch regionów przez Rosję. Gdy Gruzja naciskana w zeszłym roku przez Rosję o spacyfikowanie przylegającego do Czeczenii wąwozu w Pankisi, w którym szukali schronienia partyzanci czeczeńscy, zaprosiła do współpracy nie rosyjskich generałów, lecz instruktorów z USA, oburzeni tym krokiem deputowani Dumy Państwowej w Moskwie otwarcie mówili o ukaraniu niewdzięcznej Gruzji przez jej rozczłonkowanie. Władimir Żyrinowski wyliczał z trybuny powiaty, które należy oderwać od Gruzji, by dać samostanowienie ich mieszkańcom.
Indagowany ostatnio w sprawie nadawania paszportów rosyjskich obywatelom Gruzji bez porozumienia z jej władzami prezydent Władimir Putin odpowiedział na szczycie WNP w Kijowie bezczelnym kłamstwem, powielanym przez rosyjską telewizję. Stwierdził on, iż Moskwa nadaje rosyjskie obywatelstwo nie tylko Abchazom i Osetyjczykom, ale i etnicznym Gruzinom (Putin oświadczył, iż blisko 650 tys. Gruzinów otrzymało już obywatelstwo rosyjskie). Zapomniał wszelako dodać, że ci Gruzini mieszkają od lat w Rosji, dokąd wyjechali za chlebem na saksy, zaś Osetyjczycy i Abchazowie otrzymują rosyjskie obywatelstwo, nie ruszając się z domu. Co więcej: władze rosyjskie uruchomiły bez należnych konsultacji z Tbilisi linię kolejową z rosyjskiego miasta Adler aż do stolicy Abchazji Suchumi, tłumacząc się względami humanistycznymi. No i zwolniły z obowiązku wizowego przy wjeździe do Rosji (nałożonego za karę na Gruzinów jako jedyny kraj w WNP pozbawiony przywileju bezwizowego wjazdu do Rosji) tychże mieszkańców Abchazji i Południowej Osetii. Gruzini odbierają to jako dodatkową szykanę.
Gruzja była niegdyś zamożną republiką i Nikita Chruszczow, obwożąc Fidela Castro po całym Związku Rad, żartował, iż Gruzja pierwsza zbudowała socjalizm (czytaj dobrobyt), który inni dopiero budują. Gdzież są niegdysiejsze śniegi?! Dziś Gruzja zrujnowana przez wojnę domową klepie powszechną biedę i to jest kara Moskwy za niesubordynację, a ściślej mówiąc - za opór wobec jej imperialnych zapędów.

Antoni Zambrowski
artykuły najnowsze | wywiady z autorem | o autorze | felietony TV | o mojej książce |