PUBLICYSTYKA ANTONIEGO ZAMBROWSKIEGO

Historyczny sojusz "Chamów" i "Żydów" - posłowie Autora

Historyczny sojusz "Chamów" i "Żydów" - cz. I

Historyczny sojusz "Chamów" i "Żydów" - cz. II

Historyczny sojusz "Chamów" i "Żydów" - cz. III

Historyczny sojusz "Chamów" i "Żydów" - cz. IV

Historyczny sojusz "Chamów" i "Żydów" - cz. V

Historyczny sojusz "Chamów" i "Żydów" - cz. VI

Historyczny sojusz "Chamów" i "Żydów" - cz. VII

Historyczny sojusz "Chamów" i "Żydów" - cz. VIII

Rok teraźniejszy, AD 2003 będzie zapewne dość istotny w dziejach historii politycznej Rzeczypospolitej III, jak kamuflują socjolodzy i politolodzy czas trwania PRL-bis po tzw. okrągłym stole, czyli ustaleniach zawartych miedzy koncesjonowaną w PRL opozycją socjalistyczną w postaciach przedstawicieli KOR a poststalinowskimi komunistami skupionymi w Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, która przechodząc mutacje w czasie ostatniej dekady XX wieku przybrała nazwę Sojuszu Lewicy Demokratycznej. W obecnym roku trwającego w dużym rozwinięciu kolejnego kryzysu gospodarczego (po kryzysie ostatnich lat PRL w latach 80. ub. wieku) dojdzie najprawdopodobniej do kolejnej przemiany-przepoczwarzenia się towarzyszy post(?)komunistów w ramach nowej formacji, mającej za zadanie zdobycie następnego progu legitymizacji dawnych zarządców z woli Kremla w Polsce - tym razem w postaci "światłej, cywilizowanej, zeuropeizowanej" centro-lewicy państwa środkowoeuropejskiego, tym razem podporządkowujących się zarządcom urzędującym w brukselskiej centrali międzynarodówki socjalistycznej.
Ważną rolę w tym procesie ma zapewne odegrać kilka postaci z byłej PRL-owskiej koncesjonowanej opozycji socjalistycznej, będących niegdyś członkami lub sympatykami PZPR, a w wyniku walk frakcyjnych w łonie okupacyjnej partii komunistycznej - odsuniętych w drugiej połowie XX wieku od ścisłego kierownictwa partyjnego, co doprowadziło je do szeregów polskiej opozycji. Skrótowo zostało to opisane w haśle walki "Żydów" z "Chamami" w wielu pozycjach literatury dokumentującej przebieg życia politycznego komunistów w PRL. Inaczej pisząc: oczekiwany jest tzw. historyczny sojusz "Chamów" z "Żydami" po kilkudziesięcioletnim wewnętrznym rozbiciu narzuconej kremlowską przemocą opcji socjalistycznej/komunistycznej na terenie Rzeczypospolitej.
Jak opisuje to inny publicysta ASME, prof. Jerzy Przytawa - najwyraźniej dojdzie w celu zahamowania spadku popularności post(?)komunistów do wydzielenia się "nowej, odrodzonej" formacji lewackiej, co ma umożliwić zachowanie stanu posiadania władzy w Rzeczypospolitej przez beneficjantów tzw. okrągłego stolika, czyli mówiąc wprost - magdalenkowej siuchty pomiędzy "koncesjonowaną" opozycją a byłymi PZPR-owcami. Metoda dokonania tego socjotechnicznego manewru ma swoje zrozumiałe podłoże w opisywanych przez Antoniego Zambrowskiego konfliktach pomiędzy różnymi kamarylami w łonie narzuconej Polsce, okupowanej przez moskiewskich władców formacji totalitarnej.
W celu pełniejszego zrozumienia tego procesu umożliwiliśmy publikację krytycznej analizy książki "Żydy i Chamy" W. Jedlickiego, dokonanej przez Antoniego Zambrowskiego - syna Romana Zambrowskiego, byłego prominentnego działacza PZPR w latach 50. ub. wieku - którego zapiski nt. osnowy tego konfliktu z całą pewnością przybliżyły Państwu wiele jego aspektów i przyczyn oraz pozwoliły wyjaśnić postawy osób przewijających się po lewej części sceny politycznej obecnej PRL-bis.
W ramach witryny ASME zostanie utworzona specjalna podstrona, na której zostaną zamieszczone pełne materiały związane z opisywanymi przez Antoniego Zambrowskiego wydarzeniami.

Krzysztof Pawlak

"Rewelacje wyssane z palca. Rzecz o "Żydach i Chamach" Witolda Jedlickiego"

"Rewelacje wyssane z palca" napisałem 20 lat po wydaniu "Chamów i Żydów" Witolda Jedlickiego na łamach "Kultury" paryskiej. Tekst W. Jedlickiego wznawiały raz po raz wydawnictwa II obiegu, ufne w wagę imprimatur red. Jerzego Giedroycia. Chciałem więc ostrzec czytelników II obiegu przed "rewelacjami" zawartymi w tym z niewątpliwym talentem napisanym pamflecie na "puławian" (przez koleżankę współpracującą z Komitetem Prymasowskim proponowałem wydanie mej polemiki w Zeszytach Historycznych Instytutu Literackiego w Paryżu, ale red. Giedrojc nie był tym zainteresowany). Minęło już wiele lat po Marcu '68 i moczarowy charakter tego pamfletu nie stanowił dla mnie tajemnicy. Przerażała natomiast powszechna aprobata w gronie sympatyków opozycji antykomunistycznej dla tez lansowanych przez Witolda Jedlickiego. A przecież demaskując "puławian", Witold Jedlicki dokumentnie opluł Październik '56 - jedno z największych zwycięstw narodu polskiego w XX stuleciu, istny drugi "cud nad Wisłą". Było to głośne w całym świecie walne zwycięstwo Polski nad imperium Zła, osiągnięte bez żadnych strat i bez jedynego wystrzału, które przysporzyło Polakom należne uznanie na Wschodzie i na Zachodzie - zwłaszcza w kontraście z krwawą klęską Powstania Warszawskiego z sierpnia i września 1944 roku oraz z równoczesną z polskim zwycięstwem klęską bratniego narodu węgierskiego w listopadzie 1956 r. Było to szczególnie zastanawiające, że ci sami ludzie nie postrzegali ubeckiej manipulacji przy interpretacji wydarzeń grudniowych 1970 roku, (kiedy ludzie wołali "Pomożemy!" sowieckiemu mianowańcowi Edwardowi Gierkowi) i nie przewidywali kolejnej ubeckiej manipulacji przy szykowanym właśnie "okrągłym stole".
Poważnym problemem było dla mnie znalezienie wydawcy, o czym pisałem w ostatnich słowach swej polemiki. Od wielu bowiem lat ciążył na mnie tzw. zapis komunistycznej cenzury, wzmocniony dodatkowym zapisem narzuconym przez Jacka Kuronia. Przez wiele lat ludzie Jacka Kuronia bronili mi dostępu do kontrolowanych przez siebie opozycyjnych środków przekazu, najpierw poza granicami PRL, później w tzw. II obiegu. W 1972 roku napisałem na prośbę Adama Michnika polemikę z zamieszczanymi na łamach tygodnika "Prawo i Życie" sprawozdaniami Marii Osiadaczowej z procesów marcowych wichrzycieli, przede wszystkim z własnego procesu w lutym 1969 roku, wydanymi w formie książkowej pod tytułem "Sąd orzekł" (Adamowi chodziło o to, że moja sprawa sądowa była najbardziej skandaliczną spośród spraw marcowych. Nie byłem uczestnikiem "Ruchu 8 marca", przyciągnięto mnie do tych spraw, by stworzyć pozór powiązania tego ruchu z dawnymi bankrutami politycznymi z mym ojcem - Romanem Zambrowskim na czele, a przede wszystkim skazano mnie za napisanie wiersza, którego prawdziwym autorem był Jan Kochanowski z Czarnolasu. Słowem: kompromitacja wymiaru sprawiedliwości PRL i opisującej mój proces red. Osiadaczowej). Zatytułowałem swój artykuł "Metamorfozy albo kameleon wybrakowany", co było parafrazą tytułu poświęconego mi artykułu Marii Osiadaczowej "Metamorfozy". Aliści artykuł mój nie znalazł uznania w oczach Adama Michnika i jego kolegów, więc nie ukazał się nigdy w druku ani w II obiegu, ani w wydawanym na Zachodzie przez przyjaciół Adama kwartalniku "Aneks". (nie wytłumaczono mi nawet, co w nim było złego, co dyskwalifikowało go w ich oczach?). Ponawiałem później wielokrotnie próby wypowiadania swych opinii na aktualne wydarzenia w PRL - zawsze z tym samym skutkiem. Dla usprawiedliwienia swego ostracyzmu Jacek Kuroń rozpowszechniał diagnozę, iż mam drewniane pióro. Poznałem tę opinię z ust mego znajomego - poety Wiktora Woroszylskiego, kiedy przekazał mi odmowę druku na łamach drugoobiegowego "Zapisu" mej relacji ze wspomnień zmarłego w tym czasie ojca, spisanej przeze mnie pod tytułem "Chazjain i Gospodarz" (Młodemu pokoleniu wyjaśnię, że "Chazjain" mówiono na Kremlu o Stalinie, zaś "Gospodarz" - per analogiam o tow. Tomaszu, czyli Bolesławie Bierucie. Artykuł ten ukazał się po kilku latach - już w stanie wojennym - na łamach podziemnego "Przeglądu", na którego redagowanie nie miał wpływu Jacek Kuroń). Co gorsza, odmówiono mi pomocy, gdy w ramach esbeckiej akcji antykorowskiej padłem ofiarą włamania do mego biurka w miejscu pracy. Dwaj moi koledzy z Pracowni Prognozowania Centralnego Laboratorium Optyki na Kamionku, obydwaj członkowie PZPR - inż. Włodzimierz Łajsza oraz Janusz Dębek na zlecenie naszego opiekuna z ramienia SB Świerczewskiego włamali się cichcem po pracy do mego biurka służbowego i wykradli wraz z innymi papierami służbowymi oraz prywatnymi wydane przeze mnie własnym sumptem w II obiegu "Listy do władz partyjnych" Romana Zambrowskiego. Dzięki temu SB namierzyła kserograf, na którym powielono owe "Listy..." i spowodowała usunięcie karne z pracy operatora, który w ramach tzw. partaniny pracę tę wykonał. Ponieważ była to kulminacja wielu prowokacji podejmowanych na zlecenie SB przez tych mych kolegów, opisałem rzecz w postaci oświadczenia i wraz z wcześniejszymi skargami na poczynania SB rozesłałem do kilku redakcji, z którymi współpracowałem przed mym uwięzieniem (pisze o tym - jak zwykle pokrętnie - w kolejnym tomie swych wspomnień ekspremier PRL Mieczysław F. Rakowski, w owym czasie redaktor naczelny tygodnika "Polityka"). Zależało mi na nadaniu rozgłosu mym protestom na łamach Biuletynu Informacyjnego KSS KOR, ponieważ tylko rozgłos mógł powstrzymać SB przed powtarzaniem takich akcji przeciwko mojej osobie. Aliści Jacek Kuroń i Adam Michnik nie byli zainteresowani nagłaśnianiem mych kłopotów z SB. Straciłem wszelkie złudzenia, gdy zostałem zatrzymany przez SB po mszy katyńskiej w kwietniu 1980 roku wraz z mym kolegą z Akcji Wiernych "Chrystus w środkach przekazu społecznego" Grzegorzem Liese. Przetrzymano nas obu w Pałacu Mostowskich, zaś w komunikatach KOR-owskich o represjach SB wymieniono tylko mego kolegę.
Widać było, że Kuroń i Michnik nie zamierzają robić mi reklamy.
Inną przyczyną mych trudności wydawniczych był mój stosunek do liberalnej frakcji PZPR w czasie wydarzeń Października '56, czyli tzw. puławian. Prawicowe wydawnictwa II obiegu nie chciały drukować pracy broniącej komunistów - wprawdzie liberalnych i patriotycznych, ale mimo to "komuchów". Natomiast dziwiło mnie stanowisko wydawnictw kontrolowanych przez Kuronia i Michnika, którzy w owym czasie byli skłonni głosić dialog z liberalnymi komunistami (kierując swój gniew przeciwko tzw. betonowi). O dziwo, oni też nie lubili "puławian". Podejrzewam, że brało się to z niechęci do konkurencji, zrodzonej w czasach, gdy Karol Modzelewski i Jacek Kuroń napisali najpierw swój "Manifest rewolucyjny", a zaraz potem "List otwarty do PZPR". Choć wymyślona przez nich idea Centralnej Biurokracji Politycznej bliższa była koncepcji jugosłowiańskiego dysydenta Milovana Dżilasa o nowej klasie wyzyskiwaczy niż poglądom Lwa Trockiego, hołdowali oni trockistowskiej koncepcji rewolucji permanentnej, która miała wynieść ich do władzy rewolucyjnej po obaleniu dyktatury PZPR. Konkurencję na opozycyjnej lewicy traktowali więc jako przeciwników. Coś z tego zostało Jackowi Kuroniowi w podświadomości, gdy podczas strajku sierpniowego na Wybrzeżu powiedział do niemieckich dziennikarzy, nagrywających go w jego mieszkaniu na Żoliborzu, iż Wałęsa - to porucznik w okopach, zaś sztab generalny opozycji demokratycznej mieści się u niego w mieszkaniu. W odróżnieniu od Kuronia miałem inne cele życiowe, więc i odmienne podejście do faktów historycznych. Nie zależało mi na karierze politycznej, lecz na prawdzie. Październik '56 - to była moja młodość "górna i chmurna", pierwszy udział w powszechnym zrywie patriotycznym, w dodatku uwieńczonym sukcesem na skalę światową. Chciałem więc obronić prawdę o Październiku '56 przed oszczerstwami Witolda Jedlickiego. Wówczas sądziłem naiwnie, że Witold Jedlicki zaczerpnął swą wizję "puławskiej manipulacji" ruchem odnowy w Polsce od pracującego wraz z nim na Wydziale UW Stefana Matuszewskiego - byłego ministra PRL i jednego z przywódców Natolina. Dopiero po latach - już w III Rzeczypospolitej - we wspomnieniach premiera Jana Olszewskiego (za młodu przyjaciela Witolda Jedlickiego z Klubu Krzywego Koła w Warszawie) wyczytałem, iż Witold Jedlicki był konfidentem UB. Panu Janowi wystarczyło tłumaczenie, że chciał on zerwać z tym procederem, więc usiłował popełnić samobójstwo i UB dało mu spokój. Ja nie byłem tak łatwowierny, dzięki znajomości z mecenasem. Andrzejem Zalewskim (za rządów Antoniego Macierewicza w MSW zastępcy szefa UOP), który na przykładzie członka rodziny mojej byłej żony tłumaczył mi, że UB nigdy nie rezygnowało z wymuszania współpracy swych żywych ofiar. Doszedłem więc do wniosku, że gen. Diomko-Moczar wysłał Witolda Jedlickiego na Zachód z zadaniem znacznie bardziej perfidnym niż wyznaczano takim jego wtyczkom w rozgłośni polskiej RWE jak kapitan SB Czechowicz. Trzeba przyznać z uznaniem, że dyr. rozgłośni polskiej RWE Jan Nowak-Jeziorański nie dał się nabrać (w odróżnieniu od red. Jerzego Giedroycia z "Kultury" paryskiej) na te Moczarowe plewy i na falach eteru podjął z nim dyskusję, wykazując mu dobitnie jego propagandowe przekręty. Niestety, papier okazał się bardziej trwały od fal eteru. Stąd powodzenie tez Jedlickiego, mimo zdemaskowania ich w audycjach RWE. Ostatecznie Jerzy Ejsymontt - późniejszy minister rządu III Rzeczypospolitej zaproponował (prawdopodobnie za namową któregoś z braci Kaczyńskich z dużym poświęceniem zaangażowanych w znalezienie mi wydawcy) druk mej polemiki z Jedlickim w wychodzących w II obiegu Warszawskich Zeszytach Historycznych. Stało się to już po okrągłym stole i jak mówił mi sprzedawca spod bramy Uniwersytetu Warszawskiego - nakład rozszedł się w oka mgnieniu. I natychmiast zapadła wokół tej publikacji cisza. Nic dziwnego. Starałem się jako stróż na budowie warszawskiego metra po utworzeniu "Gazety Wyborczej" o zatrudnienie w niej, ale bez skutku. Jedno i drugie wynikało prawdopodobnie z niechęci do mojej osoby i mych poglądów. Dlatego jestem wdzięczny Krzysztofowi Pawlakowi za przypomnienie po tylu latach od ich napisania mych "Rewelacji wyssanych z palca" w jego internetowym piśmie. Dodam tylko, że współczesne analogie do dawnych podziałów w łonie PZPR są wyłącznie jego zasługą.
Na zakończenie chciałbym poruszyć jeszcze jedna sprawę. Jednym z bohaterów negatywnych "Chamów i Żydów" Witolda Jedlickiego jest mój ojciec Roman Zambrowski. Dowodzi to, że już na kilka lat przed Marcem '68 moczarowcy ostrzyli na niego noże. W marcu 1968 roku - jak wiadomo - czynniki partyjno-policyjne ogłosiły go przywódcą ruchu studenckiego i usunęły w polityczny niebyt, mnie zaś - dla uwiarygodnienia oskarżeń skazano na więzienie jako jednego z przywódców Ruchu 8 marca. Ataki nurtu policyjnego w PZPR na Romana Zambrowskiego trwały zresztą przez cały czas istnienia PRL i odzywają się do dnia dzisiejszego. Jednym z przykładów tego rodzaju praktyk jest przypisywanie przez Leszka Bubla memu ojcu wyssanego z ubeckiego bądź żydowskiego palca imienia Rubin Nussbaum. Jest to gra obliczona na ignorancję czytelników, gdyż Roman Zambrowski był już przed wojną znanym działaczem komunistycznym (sekretarzem KC KZM) i jako taki stawał pod swym nazwiskiem rodowym przed sądem. Mieszkający poza granicami Polski członkowie rodziny ojca również nosili nazwisko Zambrowski, jak jego kuzyn Stefan mieszkający w Paryżu czy kuzynka z Nowego Jorku Barbara. Tymczasem wyssana z palca informacja koczuje z publikacji do publikacji (trafiła nawet do przypisów w książce o braciach Borejszy i Różańskim). W związku z powyższym mogę jedynie zdementować ową plotkę i stwierdzić z goryczą, że wywalczona przez nas na komunistach wolność słowa służy teraz różnym amatorom dezinformacji do robienia czytelnikom wody z mózgu.

Załącznik:

Antoni Zambrowski - List do redakcji "Życia Warszawy"
Przeczytałem w sobotnim wydaniu "Życia Warszawy" sprostowanie p. Jerzego Janickiego w sprawie nadużycia jego nazwiska przez radio "Wolna Europa". Pisze on: "Z głębokim oburzeniem dowiedziałem się, jakoby moje nazwisko figurować miało wśród podpisów pod jakimś bliżej mi nieznanym oświadczeniem czy deklaracją, której rozpowszechniania podjęła się rozgłośnia radia Wolna Europa. Ze słów tych wynika, że p. Janicki nawet nie jest pewien, czy istotnie fakt taki miał miejsce. Świadczy o tym wyraz "jakoby" przezeń użyty. Nie wie też, o jakim oświadczeniu czy też deklaracji była mowa. Nie powstrzymuje to jego przed użyciem słów o "prowokatorskich celach" "informatorów obcych rozgłośni, którzy muszą uciekać się do prowokacji i kłamstwa, byle tylko zadowolić swoich mocodawców". I dodaje z dumą: "To co miewam jako Polak publicznie do zakomunikowania, od ponad trzydziestu lat oświadczam, korzystając z usług n a s z e g o Polskiego Radia. I to miedzy innymi dzieli mnie od tych, którzy protektorów szukać muszą w obcej i wrogiej rozgłośni".
Przeczytałem i pomyślałem z zawiścią, jakże szczęśliwy jest pan Janicki! Od trzydziestu z górą lat nie miał jako Polak publicznie do powiedzenia niczego, czego by nie mógł powiedzieć przez nasze Radio. Jestem zapewne młodszy od pana Janickiego, ale od wielu lat dorosły i przypominam sobie szereg spraw, co do których uczciwy Polak miałby ochotę zaprotestować publicznie, aliści n a s z e Radio tego by nigdy nie nadało. Uczciwy Polak miałby ochotę zaprotestować:
- przeciwko uwięzieniu jako obcego agenta byłego sekretarza generalnego KC PPR Władysława Gomułki i jego najbliższych współpracowników;
- przeciwko pozbawieniu wolności księdza Prymasa Stefana Wyszyńskiego;
- przeciwko łamaniu praworządności przez Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego i Informację MON, przeciwko sądom kapturowym, rozstrzeliwaniu polskich oficerów za nie popełnione zbrodnie współpracy z obcymi mocodawcami.
Na mocy uchwał VII i VIII plenum KC PZPR z 1956 roku zbrodnie okresu błędów i wypaczeń zostały potępione. Potępione też zostało naruszanie przez Stalina suwerenności RP (z tego wszelako wynika, że przez czas trwania okresu stalinowskiego Polskie Radio nie było dla Polaków tak zupełnie n a s z y m Radiem).
Nie odczuwał też pan Janicki potrzeby protestu publicznego, gdy:
- w 1957 roku zamknięto tygodnik "Po prostu",
- w 1964 roku prowadzono nagonkę na sygnatariuszy listu 34-ch intelektualistów do Premiera i skazano za szkalowanie PRL Melchiora Wańkowicza,
- w 1966 roku prowadzono nagonkę na Episkopat z Prymasem Wyszyńskim na czele w związku z listem do biskupów niemieckich utrzymanym w duchu Ewangelii,
- zdjęto ze sceny Teatru Narodowego mickiewiczowskie "Dziady", bito i aresztowano protestujących studentów oraz prowadzono publiczna nagonkę na Antoniego Słonimskiego i Pawła Jasienicę.
Wtedy też mówiono o prowokatorach i informatorach obcych rozgłośni, ba, w 1964 roku zbierano nawet podpisy wśród literatów przeciwko RWE.
Pro domo sua powiem, że w 1966 roku za krytykę kampanii antykościelnej na zebraniu uniwersyteckiej Oddziałowej Organizacji Partyjnej zostałem usunięty z Partii, co spowodowało automatycznie zwolnienie mnie z pracy na Uniwersytecie Warszawskim, zaś w marcu 1968 ściągnęło na mnie - bez żadnych zasług w tym względzie z mojej strony - fałszywe oskarżenie o współudział w organizacji wiecu na UW. Ostatecznie skończyło się na przypisaniu mi autorstwa wiersza Jana Kochanowskiego z Czarnolasu i skazaniu zań na dwa lata więzienia (oczywiście nie ma mowy o tym, bym mógł opowiedzieć o tym słuchaczom Polskiego Radia).
Pan Janicki nie odczuł również potrzeby zakomunikowania czegokolwiek publicznie, gdy protestujących przeciwko podwyżce cen robotników Wybrzeża potraktowano czołgami, rozstrzeliwano z ckm-ów, bito bestialsko w komisariatach MO, zaś trupy zabitych w workach z tworzywa chowano w nieznanych i niedostępnych dla ich rodzin miejscach.
Pan Janicki szczęśliwie nie miał wtedy jako Polak potrzeby protestu, toteż nie odczuł na własnej skórze, jak trudno jest uzyskać dostęp do mikrofonów Polskiego Radia uczciwemu Polakowi, mającemu coś do powiedzenia w sprawach żywo obchodzących Naród. Zaiste, tylko pozazdrościć tak wrażliwego sumienia obywatelskiego.
Co się mnie tyczy, to niczego w życiu do RWE nie posyłałem, żadnych zbiorowych oświadczeń nie podpisywałem (z wyjątkiem listu do "Prawdy", wysłanego przed kilkunastu laty przez mych współtowarzyszy z uniwersyteckiej POP), "informatorem obcych mocodawców" więc nie jestem. Ale słyszałem - niestety wyłącznie w audycjach obcych rozgłośni - wypowiedzi prof. Edwarda Lipińskiego, Jerzego Andrzejewskiego i Haliny Mikołajskiej, rzeczników KOR i mam jako żywo w pamięci komentarze na ich temat, m.in. na łamach "Życia Warszawy". I wtedy również była mowa o informatorach obcych mocodawców.
Pamiętam też pochód panów w ortalionach pod siedzibą Prymasa na Miodowej w czerwcu 1976 roku i okrzyki "Oddaj marki!". Jednego z największych Polaków wszystkich czasów oskarżano wówczas o zaprzedanie się obcym mocodawcom.
Władysław Gomułka czul się tak pewnym swego monopolu na dysponowanie łamami prasy i falami eteru, że 19 marca 1968 roku publicznie pytał Antoniego Słonimskiego - autora "Alarmu dla miasta Warszawy" - o to, czy czuje się Polakiem. A hasłem chwili było: "Kto za Polską, ten za Gomułką!".
Nie wierzyłem w zaprzedanie się obcym interesom ani księdza Prymasa, ani Melchiora Wańkowicza, ani Antoniego Słonimskiego i Pawła Jasienicy. Zbyt światłym jestem człowiekiem, bym dal sobie wmówić zaprzedanie się obcym interesom prof. Edwarda Lipińskiego, Jerzego Andrzejewskiego, Haliny Mikołajskiej i ich towarzyszy z KOR. Nie wierzyłem wtedy w obce srebrniki, nie uwierzę i teraz. Nie ma siły, nie uwierzę.
A panu Janickiemu mogę powiedzieć tylko tyle:
Obawia się Pan, że prowokacja obliczona była na skompromitowanie Pana osoby w oczach społeczeństwa. Czyżby Pan nie rozumiał, że właśnie swym listem do redakcji "Życia Warszawy" osiągnął Pan to, przed czym się Pan bronił? Właśnie po tym liście szerokie rzesze czytelników poznały Pana oblicze i doszczętnie się Pan w ich oczach skompromitował.
Kto z Was podniesie skargę, dla mnie jego skarga
Będzie jak psa szczekanie, który tak się wdroży
Do cierpliwie i długo noszonej obroży,
Że w końcu gotów kąsać - rękę, co ją targa.

Warszawa, 26.02.1978 r.

Tekst powyższego artykułu złożyłem w mieszkaniu Henryka Wujca red. Joannie Szczęsnej - dziś dziennikarce "Gazety Wyborczej", a w owym czasie współpracownicy KSS KOR redagującej wraz z Sewerynem Blumsztajnem Biuletyn Informacyjny KOR. Został on z miejsca odrzucony pod pretekstem, że sposób argumentacji przypomina list otwarty ojca Adama Michnika, pana Ozjasza Szechtera do PRL-owskich środków przekazu. To tak nie przymierzając, jak odrzucić mickiewiczowskie "Sonety Krymskie", gdyż formą przypominają sonety Petrarki.

Antoni Zambrowski
artykuły najnowsze | wywiady z autorem | o autorze | felietony TV | o mojej książce |